Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 20 из 90

Posłuchała.

– Dobra, możesz otworzyć – usłyszała po chwili. Otworzyła oczy i oniemiała na widok nowiutkiego, bardzo drogiego wózka dziecięcego.

– Och, Charlie!

– Jeszcze trochę podźwigasz to coś – powiedział, pokazując na nosidełko – i ręce wyciągną ci się do samej ziemi.

LuA

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Shirley Watson była zła jak diabli. Obmyślając stosowną zemstę na LuA

Gniew niskiej, przysadzistej Shirley rósł z każdym krokiem. Chodziła z LuA

Do przyczepy było już niedaleko, Shirley pochyliła się więc nisko i zaczęła przemykać chyłkiem od drzewa do drzewa. Przed wejściem stał wielki kabriolet. Widać było ślady jego opon w stwardniałym błocie. Mijając samochód, zatrzymała się na chwilkę, żeby zajrzeć do środka, po czym skradając się, ruszyła dalej. A jak w przyczepie jest ktoś jeszcze? Uśmiechnęła się do siebie. Może pod nieobecność Duane’a LuA

Rozejrzała się ponownie. Takiego smrodu nie pamiętała nawet z czasów, kiedy odpracowywała krótki wyrok na miejscowym wysypisku śmieci. Wsunęła nóż z powrotem do kieszeni, odkręciła pokrywkę bańki i zakryła nos chusteczką. Smród nie smród, za daleko już zaszła, żeby teraz zawracać. Wślizgnęła się na palcach do przyczepy i podkradła do sypialni. Uchyliła drzwi i zajrzała. Nikogo. Zamknęła cicho drzwi i odwróciła się, żeby przejść w drugi koniec przyczepy. Może tam śpi LuA

– Niewiele kupiłaś, LuA

LuA

– Tylko się rozglądałam. To też przyjemne. Poza tym tutejsze ceny z nóg mogą zwalić. Boże!

– Przecież to ja bym płacił – zaprotestował Charlie. – Sto razy ci powtarzałem.

– Nie chcę, żebyś wydawał na mnie pieniądze, Charlie.

Charlie usiadł w fotelu i spojrzał na nią.

– To nie moje pieniądze. To też ci mówiłem. Mam zagwarantowany zwrot wydatków. Możesz mieć, co chcesz.

– Tak powiedział pan Jackson?

– Coś w tym rodzaju. Nazwijmy to zaliczką na poczet twojej wygranej. – Uśmiechnął się.

LuA

– Masz tutaj. – Charlie podał LuA

LuA

– Nigdy bym nie pomyślała, że spotkam w tym mieście dorożkę zaprzężoną w konia. Wspaniała była ta przejażdżka po tym dużym, starym parku. Kto by się tego spodziewał między tymi wszystkimi budynkami?

– Przestań, nigdy nie słyszałaś o Central Parku?

– A jakże, słyszałam. Ale nie wierzyłam. – LuA

– O, dobrze, że mi przypomniałaś – powiedział Charlie.

– To do mojego paszportu?

Kiwnął głową i schował fotografie do kieszeni marynarki.

– A Lisa go nie potrzebuje?

Pokręcił głową.

– Jest jeszcze za mała. Może podróżować na twój.

– Aha.

– Słyszałem, że zamierzasz zmienić nazwisko?

LuA

– Pomyślałam sobie, że tak będzie lepiej. To ma być początek czegoś nowego…

– Wiem od Jacksona, że tak powiedziałaś. Zastanawiam się tylko, czy naprawdę tego chcesz.

LuA

– Przestań, LuA

Podniosła na niego wzrok.

– Jesteś pewien, że wygram na tej loterii?

– Jutro się okaże, LuA

– Tyle pieniędzy, ale ja wciąż mam mieszane uczucia, Charlie.

Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.

– Zamówię coś do pokoju. Posiłek z trzech dań i butelkę wina. Do tego gorącą kawę i tak dalej. Zjesz, to od razu humor ci się poprawi.

Otworzył menu i zaczął je studiować.

– Robiłeś to już kiedyś? To znaczy, opiekowałeś się już ludźmi, którzy… których wybrał pan Jackson?

Charlie spojrzał na nią znad menu.

– Tak, pracuję dla niego od jakiegoś czasu. Osobiście nigdy się z nim nie spotkałem. Komunikujemy się wyłącznie przez telefon. To łebski facet. Trochę za dupowaty, jak na mój gust, trochę za bardzo szurnięty, ale ma głowę na karku. Dobrze mi płaci, nie mogę narzekać. A opiekowanie się ludźmi w szykownych hotelach i zamawianie posiłków do pokoju to nie taka znowu zła fucha – dorzucił z szerokim uśmiechem. – Ale nigdy jeszcze nie miałem podopiecznego, z którym czułbym się tak dobrze jak z tobą.

– LuA

Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.

– Co to?

– Kupiłam ci prezent. To ode mnie i od Lisy.

– Kiedy to zrobiłaś?

– Pamiętasz, jak odszedłeś na chwilę do stoiska z męską odzieżą?

– LuA

– Wiem – wpadła mu w słowo. – Prezenty mają to do siebie, że nie ma przymusu ich dawania. – Charlie, nie odrywając od niej oczu, mocno ściskał paczkę w dłoniach. – No, rozpakuj wreszcie – ponagliła.

Zaczął ostrożnie odwijać papier, a LuA

– O rany! – Ostrożnie wyciągnął ciemnozieloną fedorę. Miała szeroką na cal opaskę na denku i wyściółkę z kremowego jedwabiu w środku.

– Zauważyłam, jak przymierzasz ten kapelusz w sklepie. Bardzo ci w nim było do twarzy. Ale odłożyłeś go na miejsce. Widać było, że z ociąganiem.

– LuA

– Miałam trochę oszczędności. Podoba ci się?

– Jest piękny, dziękuję. – Uścisnął LuA

– No, przymierz jeszcze raz. Sprawdź, czy pasuje. – Włożył kapelusz i przejrzał się w lustrze. – Bomba, Charlie, naprawdę bomba.

Uśmiechnął się.

– Nieźle, całkiem nieźle. – Manipulował kapeluszem, dopóki nie ułożył go na głowie pod właściwym kątem. Potem zdjął kapelusz i usiadł. – Nigdy jeszcze nie dostałem prezentu od ludzi, którymi się opiekowałem. Ale zazwyczaj jestem z nimi najwyżej przez dwa dni, a potem przejmuje ich Jackson.

LuA

– Jak doszło do tego, że się tym zajmujesz?

– Rozumiem, że chciałabyś usłyszeć historię mojego życia?

– No pewnie. Ja się już dosyć nagadałam.

Charlie rozsiadł się wygodnie w fotelu i wskazał na swoją twarz.

– Zakład, że nie domyśliłaś się jeszcze, że próbowałem kiedyś sił na bokserskim ringu. – Uśmiechnął się. – Przeważnie byłem sparingpartnerem – workiem treningowym dla tych, co byli na fali. Miałem na tyle oleju w głowie, żeby się wycofać, zanim do końca nie obtłukli mi mózgu. Potem grałem półzawodowo w futbol. Niewiele się to różni od boksu, ale człowiek nosi przynajmniej kask i ochraniacze. Jednak od dziecka lubiłem sport i odpowiadał mi taki sposób zarobkowania.