Страница 20 из 85
8
W piątek nie widziałam ani Ryana, ani Bertranda. LaManche spędził cały dzień na dole, pracując nad ciałami z St-Jovite. W laboratorium histologii stały szklane pojemniki z żebrami dzieci. Jakiekolwiek rowki czy prążkowania byłyby tak drobne, że nie chciałabym ich uszkodzić gotując albo zdrapując, nie chciałam też zrobić skalpelem albo nożyczkami żadnych zadraśnięć, więc wszystko, co mogłam zrobić, to co jakiś czas zmieniać wodę w pojemnikach i usunąć ciało.
Nareszcie mogłam trochę odetchnąć i zająć się kończeniem raportu w sprawie Elisabeth Nicolet, skoro obiecałam, że skończę go na piątek. W poniedziałek miałam wracać do Charlotte, więc planowałam, że żebrami zajmę się w weekend. Pomyślałam, że jeżeli nic nie wyskoczy, wszystkie pilne prace zrobię przed poniedziałkiem. Nie przewidziałam wtedy, że o dziesiątej trzydzieści zadzwoni telefon.
– Przykro mi, że muszę pani przeszkodzić, doktor Bre
– Siostra Julie
– Przepraszam za te telefony.
– Telefony? – Przejrzałam różowe karteczki na moim biurku. Wiedziałam, że dzwoniła w środę, ale znalazłam jeszcze dwie karteczki z jej imieniem i numerem telefonu.
– To ja przepraszam. Cały dzień wczoraj byłam zajęta i nie przejrzałam wiadomości. Przykro mi.
Nic nie odpowiedziała.
– Właśnie piszę raport.
– Nie, nie, to nie to. To znaczy, tak, oczywiście, to jest bardzo ważne. Wszyscy niecierpliwie czekamy…
Zawahała się, a ja wyobraziłam sobie, jak jej ciemne brwi pogłębiają troskę, która zwykle maluje się na jej twarzy. Siostra Julie
– Czuję się niezręcznie, ale nie wiem, do kogo się zwrócić. Modliłam się, oczywiście, i wiem, że Bóg słucha, ale czuję, że sama powi
Znowu długa przerwa. Przeczekałam ją cierpliwie.
– On pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.
– Tak.
– Chodzi o moją siostrzenicę, A
– Siostry siostrzenica? – Nie mogłam sobie tego wyobrazić.
– To jest córka mojej siostry.
– Rozumiem.
– Ona… Nie wiemy, gdzie ona jest
– Aha.
– To bardzo dobre dziecko, sumie
– Aha. – Zaczynałam rozumieć.
Wreszcie to powiedziała.
– A
Nie byłam pewna, co mam powiedzieć. Nie spodziewałam się, że może chodzić o coś takiego.
– Zaginęła siostry siostrzenica?
– Tak.
– Może powi
– Moja siostra dzwoniła już dwa razy. Powiedzieli jej, że w przypadku młodych osób czekają od czterdziestu ośmiu do siedemdziesięciu dwóch godzin.
– W jakim wieku jest siostry siostrzenica?
– A
– I studiuje na uniwersytecie McGill?
– Tak. – W jej głosie brzmiało ogromne napięcie.
– Siostro, ja naprawdę nic…
Usłyszałam cichy płacz.
– Wiem, wiem, i naprawdę przepraszam, że sprawiam pani tyle kłopotu, pani doktor. – Między słowami wciągała powietrze i brzmiało to tak, jakby miała czkawkę. – Wiem, że jest pani zajęta, wiem, ale moja siostra ma skło
Z przerażeniem usłyszałam, jak wybucha płaczem. Łzy zatarły i pochłonęły słowa. W głowie miałam zamęt. Co mam powiedzieć?
Płacz ucichł i usłyszałam, jak wyciąga chusteczkę i wyciera nos.
– Ja… Ja… Proszę mi wybaczyć. – Głos drżał.
Nigdy nie umiałam doradzać. Nawet wobec najbliższych nie potrafię stawić czoła emocjom. Wolę działać.
– Czy już kiedyś coś takiego się zdarzyło? – Pomóż jej.
– Chyba nie. Ale my nie zawsze z siostrą… dobrze się rozumiałyśmy. – Znowu była spokojna i znowu ostrożna w doborze słów.
– Czy miała jakieś problemy z nauką?
– Nie sądzę.
– Z przyjaciółmi? Może z chłopakiem?
– Nie wiem.
– Czy zmieniła ostatnio swoje zachowanie?
– Co ma pani na myśli?
– Jadła coś i
– Przykro mi. Od kiedy poszła na uniwersytet, nie widuję się z nią tak często jak kiedyś.
– Czy chodzi na zajęcia?
– Nie jestem pewna. – Ostatnie słowo powiedziała bardzo cicho. Zdawała się bardzo wyczerpana.
– A jak się jej układa z matką?
Długa przerwa.
– Ich stosunki są nieco napięte, jak zwykle, ale wiem, że A
Bingo.
– Siostro, A
– Tak, chyba ma pani rację, ale czuję się taka bezsilna w stosunku do Virginie. Zupełnie oszalała. Nie mogę jej przemówić do rozsądku, więc pomyślałam, że jeżeli mogłaby pani jej powiedzieć, że policja szuka, może by się… uspokoiła.
Wyciągnęła znowu chusteczkę i znowu popłynęły łzy.
– No dobrze, zadzwonię. Nie jestem pewna, czy to coś da, ale spróbuję. Podziękowała mi i się rozłączyła. Siedziałam przez chwilę, zastanawiając się, jakie mam możliwości. Pomyślałam o Ryanie, ale McGill leży na wyspie Montreal. Miejski Wydział Policji w Montrealu. MWP. Odetchnęłam głęboko i wykręciłam numer. Kiedy odebrała recepcjonistka, poprosiłam o połączenie.
– Monsieur Charbo
– Un instant, s'il vous plait.
Kiedy wróciła, oznajmiła mi, że Charbo
– Czy mam połączyć z monsieur Claudelem?
– Tak. – Równie mocno pragnęłam wrzodów. Cholera.
– Ciaudel – odezwał się i
– Monsieur Claudel. Mówi Tempe Bre
Wyobraziłam sobie czubiasty nos Claudela i papuzią twarz, zwykle przyobleczoną w wyraz niechęci do mojej osoby. Lubiłam go równie mocno jak czyraki. Ale ponieważ sama nie zajmuję się ucieczkami nieletnich, nie byłam pewna, do kogo się zwrócić. Kiedyś pracowaliśmy razem przy kilku sprawach i zaczął mnie nawet tolerować, więc miałam nadzieję, że chociaż mi powie, do kogo mam się zwrócić.
– Oui?
– Monsieur Claudel, mam raczej niezwykłą prośbę. Zdaję sobie sprawę, że nie należy to do pana obowiązków…
– O co chodzi, doktor Bre
– Właśnie dzwoniła do mnie kobieta, która martwi się o swoją siostrzenicę. Dziewczyna jest studentką na uniwersytecie McGill i wczoraj wieczorem nie wróciła do domu. Myślałam…
– Trzeba wypełnić raport zaginięcia.
– Powiedziano matce, że nie można nic zrobić, dopóki nie minie od czterdziestu ośmiu do siedemdziesięciu dwóch godzin.
– Wiek?
– Dziewiętnaście lat.
– Nazwisko.
– A
– Mieszka w campusie?
– Nie wiem. Chyba nie, chyba mieszka z matką.
– Czy była wczoraj na zajęciach?
– Nie wiem.
– Gdzie widziano ją po raz ostatni?
– Nie wiem.
Kolejna przerwa. Po chwili:
– Wygląda na to, że mało pani wie. To może wcale nie być sprawa dla MWP i na razie to absolutnie nie jest sprawa dla wydziału zabójstw. – Widziałam, jak puka czymś w jakiś przedmiot, ze zniecierpliwieniem na twarzy.
– Tak. Po prostu nie wiem, z kim mam się skontaktować – odparowałam. Nie lubię, jak ktoś sprawia, że czuję się nieprzygotowana. I psuje mi koncept. Jak zwykle, nie wypadłam przed nim najlepiej, zwłaszcza że jego krytyka mojej metodologii nie była zbyt uzasadniona.
– Niech pani spróbuje w wydziale osób zaginionych.
Usłyszałam sygnał.
Wciąż byłam wściekła, kiedy telefon znowu zadzwonił.
– Doktor Bre
– Wybrałam chyba nie najlepszą chwilę…? – Miękki akcent z Południa silnie kontrastował z nosowym francuskim Claudela.
– Doktor Jea
– Tak. Ale proszę mi mówić Daisy.
– Wybacz mi, Daisy. Ja… to było kilka ciężkich dni. Co mogę dla ciebie zrobić?
– Znalazłam kilka ciekawych materiałów na temat rodziny Nicolet dla ciebie. Nie chciałabym wysyłać ich przez kuriera, bo kilka z nich to stare i prawdopodobnie wartościowe egzemplarze. Może byś wpadła po nie?
Rzuciłam okiem na zegarek. Było po jedenastej. Do diabła, czemu nie. Może kiedy będę w campusie, popytam o A
– Podjadę przed dwunastą. Może być?
– Świetnie.
Znowu byłam za wcześnie. Znowu drzwi były otwarte, a w biurze młoda kobieta przerzucała czasopisma. Zastanawiałam się, czy to ten sam stos, który asystentka Jea
– Halo, szukam doktor Jea
Kobieta obróciła się i jej wielkie kolczyki w kształcie kół zakołysały się i błysnęły w słońcu. Była wysoka, może metr osiemdziesiąt, z ciemnymi, krótko obciętymi włosami.
– Zeszła na chwilę na dół. Czy jest pani umówiona?
– Jestem trochę za wcześnie. Nie szkodzi.
W biurze znowu było tak ciepło. Zdjęłam kurtkę i wetknęłam rękawiczki do kieszeni. Kobieta wskazała mi wieszak i powiesiłam na nim kurtkę. Przyglądała mi się bez słowa.
– Ona ma mnóstwo czasopism – zagadnęłam, wskazując stos na biurku.
– Wydaje mi się, że pół życia spędzam sortując je. – Bez wstawania położyła jedno z nich na półce nad swoją głową.
– Ale wzrost się tu pani przydaje – zagadnęłam.
– Czasami tak.