Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 87

8

– Nie pij już więcej soku jabłkowego – powiedziała Cheryl do dwuletniego synka, Co

Stałem za linią autową, z założonymi rękami. Był typowy jesie

Na nosie miałem okulary przeciwsłoneczne. Ciemne okulary i kaptur na głowie. Wyglądałem jak Unabomber z listów gończych.

Kibicowaliśmy grającym w piłkę nożną ośmiolatkom. Le

– Ponieważ -odparła z matczyną cierpliwością Cheryl – od soku jabłkowego dostajesz biegunki.

– Naprawdę?

Po mojej lewej Le

– Jesteś najlepszy, Ricky. Dalej. Petey. No, to był dopiero wykop, Davey.

Zawsze zdrabniał ich imiona. Owszem, to wkurzające. Raz, w przypływie euforii, nazwał mnie Marky. Tylko raz. – Wujku Marc?

Ktoś pociągnął mnie za nogawkę. Spojrzałem na Co

– Od soku z jabłek dostaję biegunki.

– Dobrze wiedzieć.

– Wujku Marc?

– Tak?

Co

– Biegunka jest niedobra – powiedział.

Zerknąłem na Cheryl. Powstrzymała uśmiech, za którym jednak dostrzegłem troskę. Znowu spojrzałem na Co

Chłopiec z zadowoleniem kiwnął głową. Uwielbiam go. Jego widok łamie mi serce i jednocześnie sprawia ogromną radość. Dwadzieścia sześć miesięcy. Dwa miesiące starszy od Tary. Z podziwem i smutkiem obserwowałem, jak rośnie. Znów odwrócił się do matki.

Wokół Cheryl leżały rozmaite części ekwipunku, w ilości odpowiedniej dla krzepkiego jucznego muła. Kartony z sokiem Minutę Maid oraz tabliczki Nutri-Grain. Pampersy Baby Dry * (jakby ktoś widział gdzieś Baby Wet? * *) oraz Huggies z dodatkiem aloesu na odparzenia pośladków. Butelki do karmienia Evenflo.

Grahamki z cynamonem, oskrobane marchewki, obrana pomarańcza, posiekane winogrona (poszatkowane dokładnie, żeby dzieciak się nie zadławił) oraz kubeczki z czymś, co -jak miałem nadzieję – było homogenizowanym serkiem, wszystko to zapakowane w hermetyczne plastikowe pojemniki. Le

„Dawaj, dawaj!”, a kiedy przechodzili do obrony, krzyczał:

„Zatrzymaj go!”. A czasami, tak jak w tej chwili, objawiał swą głęboką znajomość subtelnych zasad taktyki i strategii: – Kopnij piłkę!

Krzyknąwszy to po raz czwarty z kolei, Le

Chłopcy byli ubrani jak zawodowi gracze. Na nogach mieli korki.

Pod podkolanówkami ochraniacze kostek. Większości z nich posmarowano twarze kremem z filtrem, chociaż słońce nie chciało się wychylić zza chmur. Dwaj z nich nosili ochraniacze nawet na nosach. Patrzyłem, jak mój chrześniak, Kevin, usiłuje wykonać polecenia ojca i kopnąć piłkę. I nagle to spadło na mnie niczym cios. Chwiejnie cofnąłem się o krok.

Zawsze tak to odczuwałem. Obojętnie, czy oglądałem mecz, jadłem obiad ze znajomymi, czy też przyjmowałem pacjenta lub słuchałem piosenki nadawanej przez radio. Robiłem coś zupełnie zwyczajnego, przeciętnego i czułem się całkiem dobrze, gdy nagle bach – i ślepłem. Łzy stawały mi w oczach. Przed morderstwem i porwaniem nigdy mi się to nie zdarzało. Jestem lekarzem. Umiem zachować spokój w życiu zawodowym i prywatnym. Teraz jednak przez cały rok noszę ciemne okulary jak jakiś nadęty aktor występujący w filmach klasy B. Cheryl spojrzała na mnie i w jej oczach znów dostrzegłem troskę. Wyprostowałem się i uśmiechnąłem z wysiłkiem. Cheryl wypiękniała. Tak czasem bywa. Macierzyństwo służy niektórym kobietom. Obdarza je nieziemskim spokojem i urodą. Nie chcę, żebyście źle mnie zrozumieli. Nie płaczę po całych dniach. Wciąż prowadzę normalne życie. Cierpię, ale nie stale. Nie pogrążyłem się w smutku. Pracuję, chociaż jeszcze nie mam odwagi pojechać za morze. Wciąż mi się zdaje, że powinienem pozostać w kraju na wypadek, gdyby pojawił się świeży trop. Wiem, że to jest irracjonalne, a może nawet chore. Mimo to jeszcze nie jestem gotowy do wyjazdu. Co mnie dziwi i wciąż na nowo zaskakuje, to sposób, w jaki smutek potrafi niespodziewanie dopaść człowieka. Żal, którego się spodziewamy, można jeśli nie opanować, to przynajmniej jakoś stłumić i znieść. Jednak żal lubi kryć się po kątach. Lubi spadać na ciebie znienacka, przestraszyć, wykpić, odrzeć z pozorów normalności. Żal usypia czujność i dlatego jego atak staje się jeszcze dotkliwszy. -Wujku Marc?

To znów Co

Zadałem sobie pytanie, jak teraz mówiłaby Tara, i zamknąłem oczy, skryte za okularami. Wyczuwając mój nastrój, Cheryl wyciągnęła rękę, chcąc zabrać chłopca. Nie pozwoliłem jej. – O co chodzi?

– A kupa?

– Co z nią?

Podniósł głowę i w zadumie zamknął jedno oko.

– Czy kupa jest dobra?

Ciekawe pytanie.

– Nie wiem, kolego. A jak myślisz?

Co

W końcu odpowiedział: – Lepsza niż biegunka.

Poważnie skinąłem głową. Nasza drużyna zdobyła następną bramkę.

Le

O mało nie fiknął koziołka, gratulując strzelcowi bramki, Craigowi (a może raczej powinienem powiedzieć Craigy'emu). Gracze poszli za jego przykładem i zaczęło się powszechne przybijanie sobie piątek. Nie przyłączyłem się do nich. Uznałem, że mam być milczącym towarzyszem Le

Obserwowałem stojących wokół boiska rodziców. Matki zebrały się w kilka grupek. Rozprawiały o swoich dzieciach, o ich sukcesach i nadzwyczajnych zdolnościach, nie słuchając się wzajemnie, ponieważ opowieści o cudzych dzieciach są nudne. Ojcowie zachowywali się w bardziej zróżnicowany sposób. Jedni filmowali mecz. I

Czasem z zapałem graniczącym z obsesją. Niektórzy rozmawiali przez telefony komórkowe lub nieusta

Dlaczego zawiadomiłem policję?

Od tamtego strasznego dnia niezliczoną ilość razy mówiono mi, że nie ponoszę winy za to, co się stało. W pewnym stopniu zdaję sobie sprawę z tego, że moje zachowanie niczego nie zmieniło.

Prawdopodobnie wcale nie zamierzali oddać mi Tary. Być może już nie żyła, kiedy porywacze zadzwonili po raz pierwszy. Może niechcący ją zabili. Może wpadli w panikę albo byli naćpani. Kto to wie? Ja na pewno nie. No właśnie, w tym rzecz.

Nie mogłem być pewien tego, że nie jestem za to odpowiedzialny.

Podstawowe prawo fizyki: każda akcja wywołuje kontrakcję. Nie śnię o Tarze – albo jeśli śnię, bogowie są dla mnie łaskawi i nie pamiętam snów. Choć zapewne przypisuję im zbytnią wielkoduszność.

Ujmę to inaczej. Może nie śni mi się Tara, ale biała furgonetka ze sfałszowaną tablicą rejestracyjną i skradzionym znakiem firmowym. W tych snach słyszę stłumiony dźwięk, który z pewnością jest płaczem dziecka. We śnie wiem, że Tara jest w furgonetce, ale nie mogę do niej pójść.

Moje nogi tkwią głęboko w gnoju. Nie jestem w stanie się ruszyć.

A kiedy wreszcie się budzę, nie mogę nie zadawać sobie oczywistego pytania: Czy Tara była tak blisko? I ważniejszego:

Czy zdołałbym ją wtedy uratować, gdybym był trochę odważniejszy?

Sędzia, chudy licealista o dobrodusznym uśmiechu, dmuchnął w gwizdek i pomachał ręką nad głową. Koniec meczu. Le

Ośmiolatkowie niepewnie popatrzyli po sobie. Jeden zapytał kolegę z drużyny: – Kto wygrał?

Zapytany wzruszył ramionami. Ustawili się w dwuszeregu, jak hokeiści w Pucharze Stanleya, żeby uścisnąć sobie dłonie. Cheryl wstała i położyła dłoń na moim ramieniu. – Wspaniałe zwycięstwo, trenerze.

– Tak, dzięki mojej ciężkiej pracy – odparłem.

Uśmiechnęła się. Chłopcy ruszyli w naszym kierunku.

Pogratulowałem im stoickim skinieniem głowy. Matka Craiga kupiła Dunkin Donuts Munchkins, w koszmarnie kolorowym opakowaniu zawierającym pięćdziesiąt sztuk pączków. Mama Dave'a przyniosła kartony z czymś, co nazywało się Yoo-Hoo. Trzeba mieć zboczone poczucie humoru, żeby tak nazwać mleczny napój o smaku kredy.

Pochłonąłem pączka i podziękowałem za napój. Cheryl zapytała:

– O jakim smaku są pączki?

Wzruszyłem ramionami.

– A miewają różne smaki?

Patrzyłem, jak rodzice witają się z dziećmi, i czułem się obco.

Podszedł Le

– Taak – odparłem. – Jesteśmy niepokonani.

Odciągnął mnie na bok. Odeszliśmy kilka kroków. Kiedy nikt nie mógł już nas usłyszeć, Le

– Formalności spadkowe są już prawie zakończone. Teraz to już długo nie potrwa.

– Uhm – mruknąłem, ponieważ wcale mnie to nie obchodziło.

– Ponadto przygotowałem twój testament. Musisz go podpisać.

Ani Monica, ani ja nie sporządziliśmy ostatniej woli. Przez całe lata Le

Fuzzbol, wyjaśniam tym, którzy mają braki w podstawowym wykształceniu, to stołowa gra zręcznościowa, w której piłkę kopią gracze na obracanych drutach. – Już jestem mistrzem świata – przypomniałem mu.

* Dry (j, ang.) – suchy.

* * Wet (j. ang.) – mokry.