Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 15

OPOWIEDZIAŁ DZIĘCIOŁ SOWIE

Opowieści różne znacie:Więc opowieść o piracie,O magiku-mechaniku,O zaklętym koguciku,O północnym, groźnym wietrzeI o chorym termometrze.O uczonym kocie w butachI o wyspach Bergamutach,O diabełku na kominie,O sierotce Klementynie,O entliczku, o pentliczkuI o Janku Wędrowniczku,O Paproszku – mądrym skrzacie –Wszystkie te historie znacie.Ale dziś mam – daję słowo –Bajkę dla was całkiem nową.Posłuchajcie: pod DąbrowąJest dąbrowa. W tej dąbrowieOpowiedział dzięcioł sowieO tym, czego się dowiedział,Kiedy w leśnej dziupli siedział.Ja to wszystko podsłuchałemI czym prędzej zapisałem.

I

Było tak: w sędziwym lesie,Który widać na bezkresie,Mieszkał bury wilk Barnaba,Zamożniejszy od nababa.Miał on skarbów pełne woryI wciąż znosił do komorySmakołyki i frykasy,Z których słyną polskie lasy.Miał Barnaba spryt handlowy,Więc założył wśród dąbrowySklep dla zwierząt. Na polanieWybudował rusztowanie,Poukładał mech u góry,Pozatykał gliną dziury,Gałęziami ściany pokryłI, z wysiłku cały mokry,Siadł za ladą. Na tej ladzieSmakowite kęski kładzie.Każdy łatwo coś wyszuka:Jest tu przysmak dla borsuka,Jest pachnący ser dla lisa,Dla niedźwiedzia pełna misa,Coś dla kuny do zjedzenia,Świeża marchew dla jelenia,Dla jaszczurek smaczny żurekI orzechy dla wiewiórek.Siedzi wilk Barnaba w sklepieI zmrużywszy jedno ślepie,Wszystkich woła i zaprasza:– Komu jaja, komu kasza,Komu mleko na śniadanie?U mnie w sklepie jest najtaniej!Wielka była to przynęta,A więc zbiegły się zwierzęta.Wszystkie tłoczą się u lady:– Proszę kilo marmolady…– A ja garść orzechów proszę…– Dla mnie sadła za trzy grosze…– Dla mnie miodu dziesięć deka…– A ja proszę kwartę mleka…Wilk się krząta i na ladzieCo najgorszy towar kładzie,Nie doważa, nie domierza,Marmolada jest nieświeża,Sadło zgniłe i tłuste,Gorzki ser, orzechy puste,Zamiast mleka – sama woda.Wprost każdego grosza szkoda!– Jak tu drogo! – jęknął zając.Na to rzekł Barnaba wstając:– Kto powiedział, że jest drogo?Nie prosiłem z was nikogo,By odwiedzał moją knieję.Komu drogo – niechaj nie je!A jak chodzi o zające,Radzę zmykać, bo przetrącę!Czmychnął zając nie czekając –Nie przekona wilka zając.Sarna wstała pełna trwogi,Tchórz wiewiórce szepnął: – W nogi!I nie wziąwszy nawet reszty,Zmykał szybko, gubiąc meszty.

II

Nieco dalej, stąd pół mili,Mieszkał siwy ryś Bazyli.Był wąsaty, zły i srogi;Każdy rad był zejść mu z drogi,A on prychał, a on mruczał,Wszystkim bruździł i dokuczał.Nawet rudy lis MikitaBardzo grzecznie rysia witałI udając, że jest chory,Szybko biegł do swojej nory.Ryś miał także sklep swój w lesie;Znał się ryś na interesie,Toteż jego sklep był pełnyCiepłych futer, pierza, wełny,Ptasich czubków, barwnych piórekI kapturków dla wiewiórek.Siedział ryś Bazyli w sklepieI zmrużywszy jedno ślepie,Wołał ciągle: – Idzie zima,Kto na zimę futra nie ma,Kto linieje lub łysieje,Niech tu biegnie poprzez knieję,Bowiem każde leśne zwierzęU mnie ciepło się ubierze,Ptak – odnowi swoje pierze,Wszystko można dostać u mnie!Więc zwierzęta biegły tłumnie.Ten coś kupił, ów coś kupił,A Bazyli skórę łupił,Zamiast futer wtykał szmaty,Zamiast skórek – stare łaty,Zamiast wełny – pęk badyli.Taki to był ryś Bazyli!Niedaleko sklepu rysiaByła w jarze jama lisia,Dobrze pośród drzew ukryta.Mieszkał w jamie lis Mikita.Po wsiach znał kurniki liczneI zagrody okoliczne,Umiał świetnie w każdym czasieWykryć nowe gniazda ptasie,Umiał gąskę podejść z bliska,Wiedział, gdzie są kretowiska,Po karasie biegł do rzekiI wybierał miód z pasieki.Zdobycz swoją co dni kilkaLis Mikita niósł do wilka.Wilk unosił się na ławce:– Czekam, czekam na dostawcę.Pokaż towar. Cóż to? Kaczka?Ależ chuda nieboraczka!Gęś? Nie będzie z niej pociechy;Jajka małe jak orzechy.Nie, Mikito, miód niesłodki,A karasie są jak płotki.Nędzna zdobycz, drogi lisie,I na moje widzimisięWarta cztery skórki krecie.Ale więcej? Nigdy w świecie!Lis miał mores przed Barnabą –Potargował się dość słabo,Schował skórki, a po chwiliJuż go witał ryś Bazyli:– Cóż przynosisz dziś, Mikito?Cztery skórki? Dobre i to.Mogę wziąć je, chętnie służę,Dam ci za nie jajko kurze.Lis podskoczył: – Nie kpij ze mnie!Słuchać nawet nieprzyjemni.Za te skórki, wyznać przykro,Dałem trzy karasie z ikrą,Dziesięć jajek, kaczkę młodą,Gęś i duży plaster miodu.Ryś uderzył groźnie w ladę:– Skórki biorę, jajko kładęI nie radzę wszczynać kłótni,Bo się skończy jeszcze smutniej.Lis do kłótni nie był skory –Poszedł z jajkiem do swej noryI pomyślał, płaczu bliski:"To są właśnie moje zyski."

III

Wilk bogacił się na sklepie,Ryś stał także coraz lepiej.Jeśli chodzi o Mikitę,Ten się trzymał własnym sprytem.Lecz zwierzęta – że wymienięTchórze, jeże i jelenie,Nawet kuny i niedźwiedzie –Wszystkie były w wielkiej biedzie.A tymczasem przyszła jesień,Coraz głodniej było w lesie,Coraz głodniej, coraz chłodniej,Upływały dni, tygodnie,W lesie było brak żywności,Poszły wszystkie oszczędności,A u rysia i u wilkaCeny rosły co dni kilka.Wilk Barnaba siedział w sklepieI zmrużywszy jedno ślepie,Wykrzykiwał: – Głodomory,Opuszczajcie wasze nory,Przybywajcie do mnie tłumnie!Tylko u mnie, tylko u mnieSą kiełbaski i serdelki,I przysmaków wybór wielki!Równocześnie z i

ej stronyRyś Bazyli niestrudzonyWołał: – Do mnie, chuderlaki!Mam serdaki, mam kubraki,Skórki ciepłe jak pierzynyI zimowe peleryny.Lecz zachęta nie pomoże,Kiedy nędza jest w komorze,Bo kupują ci, co płacą,A kupować nie ma za co.Tak cierpiała knieja cała,Wreszcie miarka się przebrała.Mieszkał w lesie niedźwiedź Błażej.Choć wyglądał nie najstarzej,Szanowały go zwierzęta,Tak jak ludzie – prezydenta.Przyszły tedy do Błażeja:– W tobie cała jest nadzieja!W lesie chłodno, w domu głucho,Daj nam radę niezawodną,Bo Barnaba i BazyliJuż doszczętnie nas złupili.Niedźwiedź w ucho się podrapał,Długo myślał, długo sapał,Wreszcie rzekł: – Mam pomysł taki:Niech kukułka wszystkie ptakiI zwierzęta z całej knieiZawiadomi po kolei,Że w świetlicy "Pod Żołędziem"Jutro się nasz sejm odbędzie.– Świetnie! Świetnie! – krzyknął zając. –Sejm zwołamy nie zwlekając!– Racja – rzekły dwie kukułki,Nierozłączne przyjaciółki. –Obwieścimy wnet orędzie,Że się jutro sejm odbędzie.Zaraz wzięły się do dzieła,Jedna w prawo pofrunęła,Druga w lewo – i kukałyDwie kukułki przez dzień cały.