Страница 63 из 69
Levecque niespiesznie podnosi się z krzesła. Cały wsłuchany jest w gwar miejski, w odległe wycie syreny, zupełnie tak jakby spodziewał się usłyszeć w zgiełku dźwięk trąb archanielskich.
Kiosk Mątwy 16 niczym płetwa rekina wystawał z lazurowej toni laguny. Zaimprowizowany trap prowadził na pokład łodzi. Wokół krzątali się marynarze przygotowujący jednostkę do rychłego wypłynięcia, co według wszelkich prognoz, miał umożliwić wieczorny przypływ i nadciągająca burza. Komandor Bowling, wyświeżony, w paradnym mundurze, towarzyszył Maggi i Zieglerowi, który wyglądał zaskakująco trzeźwo, tylko mówił odrobinę wolniej i co jakiś czas domagał się “kapeczki".
– Kobiety zawsze potrafią namówić nas do grzechu – pokpiwał komandor.
– Tylko nie zawsze do grzechu dochodzi – pomyślał ponuro Roy, po raz tysięczny zadając sobie pytanie – co mnie podkusiło? Dość spokojnie przyjął polecenie zdania komendy córce De
Już dawniej zapoznano się z zabezpieczeniem tymczasowej bazy. Nabrzeże obsadzał batalion ochrony, wyposażony w komplet broni mogącej poskromić każdy atak z lądu czy powietrza. Na łodzi stacjonowało kilkudziesięciu marynarzy. Aktualnie trzech z nich pilnowało trapu. Gdy mijali ich goście, jeden podszedł, aby obszukać Zieglera. Bowling zgromił go.
– Daj spokój, Mikę.
– Nie, to jego obowiązek! – zaprotestował Roy.
Wartownik poprzestał na kilku ruchach wykrywaczem metalu. Bez dalszych przeszkód weszli na pokład.
Daud Dass, czy jak chętnie określał się w duchu “jego irlandzka karykatura", przemierzył rączo centralny korytarz kosmicznej stacji. Z tyłu pozostał Silvestri i uruchomiony emitor, rażący z milimetrową precyzją punkty na przesuwającej się w dole planecie. David zastanawiał się nad efektami tego bombardowania, nad gasnącymi metropoliami, alarmami w sztabach, krzyżującymi się komunikatami i dyskusjami na gorących liniach.
– Żeby tylko komuś nie przyszło do głowy odpalić ciągle jeszcze posiadane zasoby w przeciwnika!
Pocieszał się jednak, że wszystkie urządzenia na Ziemi nastawione są na badanie pojawienia się promieniowania, a nie – jego braku. Toteż nie od razu wszystkie efekty kanonady promieniami kappa będą zauważone.
Wszedł do komory laboratoryjnej.
– Halo, Rosę – rzucił. Odpowiedziała mu cisza.
– Rosę, to ja.
Równie głębokie milczenie. Laboratorium świeciło pustkami. Zrobiło mu się gorąco i słabo.
Bo
Na korytarzu trwał rejwach, ludzie biegali jak oszalali, na biurku jakiegoś ważniaka wył ostrzegawczo czerwony sygnał. Alarm! Alarm!
– Czyżbym dożył końca świata? – przemknęło przez głowę Bo
Nie indagowany przez nikogo opuścił gmach, doszedł do rogu. gdzie nieświadomy zbliżającego się Końca kioskarz sprzedawał być może ostatnie hotdogi świata. Tam zaczekał. Nie upłynął kwadrans, a z przerzuconą przez ramię marynarką Levecque opuścił gmach z definicji broniącej prawa i porządku. Twarz mu promieniała, co wskazywało, że jeśli nawet nadchodził Wielki End, pewne kategorie łajdaków nie musiały się go obawiać. Levecque skręcił do małego bistra. Bo
– Co się dzieje? – spytał Marcel.
– Podobno Kubańczycy lądują – flegmatycznie odpowiedział barman – chce pan z tej okazji cuba librę?
Ekskomisarz podziękował za ten skądinąd niezły cocktail. Szukał Levecque'a. Nie było to trudne. Drobne, wręcz dziecięce buciki, widać było pod przykrótkimi drzwiami kabiny telefonicznej. Odbezpieczył broń i szarpnął drzwiczki. Ekspert nie zdążył się jeszcze z nikim połączyć. Na widok Bo
– Słuchaj, wszystko ci wyjaśnię… – wybełkotał.
Marcel wbił mu lufę między brodę a grdykę. Najmniejszy ruch lub gest spowodować mógł tylko jedno: zwolnienie języka spustowego.
– Mów, co się dzieje! Krótko.
– Wyjdźmy stąd. tego nie da się powiedzieć w dwóch słowach.
– Powtarzam: mów. co się dzieje, i natychmiast dzwonimy do Admirała.
– Jest już. chyba za późno. Zaczęło się!
– Co z tą Californią"!
– Na pokładzie są ludzie De
– Co za emitor?
– Wysyła promienie… Promienie kappa, powodujące neutralizację reakcji rozszczepialnych… Wiązka promieni zmienia elektrownie, wyrzutnie w bezużyteczny szmelc. To się już zaczęło i nie można, nie trzeba, przeszkadzać!
– A co będzie potem?
– Pozostanie tylko jeden uzbrojony punkt, dzięki niemu będą… będziemy mieli pełną kontrolę nad światem. Ty też możesz pójść z nami…
– Co to za miejsce?
– Nie… nie wiem!
Mógł nie wiedzieć. Bo
Zderzyli się wzrokiem.
– Nie możesz mnie zabić, Bo
Dziwny chłód przeniknął całe jestestwo eks-komisarza. Ciasna, telefoniczna kabina przypominała szafę, w której schroniła się uciekająca przed pościgiem Paulina. Miejsce, w którym zginęła.
– Nie jesteś mordercą, jesteś sprawiedliwy! – gorączkowo mamrotał Levecque wyczuwając rozterkę starego policjanta.
Od drzwi bistra dobiegł rumor. Na ulicy jęczała syrena policyjna. Potem zabrzmiał pełen służbistości głos miejscowego inspektora.
– Poddaj się Bo
– Wypuść mnie – powiedział trochę pewniejszym tonem Levecque.
– Jutro pomogę ci wyplątać się z tej kabały…
Może gdyby się nie uśmiechnął. Może gdyby nie pogardliwy ruch kącików warg, Bo
– Nie! – zawył ekspert odgadując wyrok.
Padł strzał. Jeden. Więcej nie było potrzeby. Zresztą nie istniała taka możliwość. W ekipie inspektora znalazł się ktoś narwany. Seria z automatu przestebnowała drewniane drzwi kabiny. – Jak Paulina! – ostatnia myśl błysnęła w umyśle Marcela Bo