Страница 64 из 69
Końcówka
Los nie jest mimo wszystko tak okrutny jak Will Szekspir. Wkraczając w okres personalnej kośby z góry pragnę uprzedzić, że przynajmniej część bohaterów opowieści pozostanie przy życiu – choćby na jakiś czas – i nasza historia nie skończy się jak owe dramaty krwistego Anglika, które przeżywają zazwyczaj jedynie sufler i inspicjent.
Miał rację ojciec Jana Pawłowskiego – stawiający przypadek wśród sprawczych demonów władających historią. Przecież gdyby Człowiek-Cytryna przeżył, Levecque się dodzwonił, a Ziegler nie zaskoczył w alkoholiczny ciąg, losy naszego globu potoczyłyby się najprawdopodobniej zupełnie inaczej.
Chociaż jeszcze teraz wszystko mogło się odwrócić, ciąg dalszy zależał od obrotów zdarzeń w ciasnych komorach Californii, na zaniedbanej florydzkiej farmie i wśród potarganych przez tsunami kokosowych palm Oceanii.
Najpierw pomyślał, że wszystko jest stracone, że od początku Rosę Higgins przejrzała ich grę. Śmieszne, cały czas obawiał się Patty… a tymczasem Rosę… Gdzie ona może być? Może w wahadłowcu odbija już od stacji. Może komunikuje się z NASA, żądając natychmiastowego zniszczenia obiektu. David ruszył ciężko w stronę kabiny nawigacyjnej, gdzie za kwadrans czekał go seans łączności z Ziemią.
Doktor Higgins wpadła na niego w korytarzu, uśmiechnięta, dobroduszna, nie podejrzewająca niczego.
– Gdzie byłaś? – rzucił, odrobinę zbyt napastliwie.
– Zwiedzałam tutejsze toalety. Komfort!
– Jeff i Patty są zajęci przy usterkach, mamy we dwójkę zająć się seansem łączności – powiedział poważnie.
– W porządku – uśmiechnęła się. Swoją drogą, tu w kosmosie wszystko niby jest takie same, a wydaje się i
– Na przykład?
– Przysięgłabym, że jesteś swoim własnym bratem bliźniakiem… i jakoś inaczej słyszę twój głos.
Nic nie odpowiedział. Po seansie trzeba będzie ją jakoś uciszyć. Okropne – stosować przemoc fizyczną wobec kobiet!
Farmę De
– W porządku – mówił wycierając stara
– Mija trzecia godzina – powiedział Le
– A co potem? – zapytała Tamara.
Nasza kosmiczna ekipa przesiądzie się na wahadłowiec i wróci na Ziemię.
– Pozostawiając na Californii emitor…? dopytuje się dziewczyna.
– Nie, to by było związane ze zbyt dużym ryzykiem, ktoś niepowołany prędzej czy później mógłby chcieć dobrać się do niego i zlikwidować nasz pływający arsenał. Emitor zostanie automatycznie wyrzucony w przestrzeń kosmiczną i tam zdetonowany…
De
Ciekawe, czy jest tam panika? Przecież na skutek makroawarii energetycznych amerykański i europejski system gospodarczy właściwie nie istnieje. Nagłe wyłączenie siłowni atomowych wywołało zawał przeciążonych łącz. W sumie szok najlepiej zniosły zapóźnione kraje Trzeciego Świata pozbawione energetyki jądrowej. Dodatkowe eksplozje, dokonywane tu i ówdzie przez bojowników Ziu Donga, wywołały powszechną panikę.
Czy mogli już zorientować się, co się dzieje? W pierwszych dwóch godzinach zapewne panowało przekonanie o sabotażu w paru siłowniach, ponieważ wysiadła znaczna część telekomunikacji, trudno było nawet zbierać dane.
Tymczasem Lee Grant doniósł, że u schyłku trzeciej godziny zdano sobie wreszcie sprawę z uniwersalnego charakteru wydarzeń. Z rezydencji w Camp David wysyłano rozpaczliwe monity do naukowców. Pentagon szukał swych ekspertów, a CIA ścigało swego szefa, który nieświadom niczego ze swoją młodą sekretarką wybrał się na ryby. Tymczasem napływały niepokojące sygnały z baz – przestały działać reaktory lotniskowców i atomowych łodzi podwodnych.
Gorące linie między Moskwą, Pekinem. Waszyngtonem i Delhi rozgrzały się rzeczywiście do białości. Oskarżano się o sabotaż. Ale jaki? Równocześnie na takich obszarach? Przeciwko wszystkim naraz. Wzajemna nieufność kazała postawić w stan gotowości całą potęgę militarną świata. Nie zdawano sobie sprawy, że większość odbezpieczonych głowic zawiera już bezużyteczny szmelc. Sekretarz generalny zaklinał w imię Boga przewodniczącego KPCh. że to nie on. a szef administracji amerykańskiej błagał towarzysza sekretarza o zaufanie.
Jakoż wojna nie wybuchła.
Dopiero na początku czwartej godziny grupa naukowców z Houston stwierdziła możliwość ataku nowym rodzajem promieniowania neutralizującego ciała rozszczepialne. Po następnych dziesięciu minutach ustalono, że ich źródłem jest kosmos – tu niektórzy z jajogłowych wpadli w panikę, uważając, że rozpoczęła się inwazja obcej cywilizacji. Po kolejnych dziesięciu minutach stało się jasne, że promieniowanie, acz nie znane nauce, może pochodzić z pokładu któregoś z tysięcy okołoziemskich satelitów. Wreszcie pięć minut potem popłynęło żądanie natychmiastowej łączności z całą czteroosobową załogą Californii.
Nic uprzedzajmy jednak faktów.
Burt jeszcze raz nawiązał kontakt z grupą na Raronga.
– Już czas!
Ziegler odczuwał rosnącą duszność. Zwiedzanie łodzi podwodnej, nawet wynurzonej, ma w sobie coś z wizyty w kopalni. Komu i
W tym samym czasie do zwiedzających dołączył kapitan Vogt. lekko wyniszczony przez zachła
Ziegler kiwał głową robiąc miny specjalisty od skorupiaków, choć prawdę powiedziawszy nieprzypadkowo został przez De
Zwiedzali właśnie kubryk, czy jak kto woli, współcześniej świetlicę załogową, gdy rozległ się świdrujący dźwięk i Bowling popędził na mostek.
– Co się mogło stać? – zapytała Maggi.
– Alarm trzeciego stopnia – powiedział niedbałym tonem kapitan Vogt.
– Czyli?
– Albo nic, albo trzecia wojna światowa. Dowództwo lubi robić nam takie niespodzianki. Wracamy na górę.
Bowlinga zastali lekko wzburzonego.
– Będziecie musieli opuścić pokład – rzucił.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Nikt nic nie wie. Doszło do serii awarii elektrowni atomowych i reaktorów doświadczalnych…
– Tutaj?
– Tutaj nie, wszędzie. Zaczęło się przed godziną, ale o nas przypomniano sobie dopiero teraz.
– Co robimy? – zapytał kapitan Vogt.
– A co możemy zrobić? Znajdujemy się w pułapce. Nie wypłyniemy stąd przed upływem ośmiu godzin. Cholera, tak niewiele brakuje nam do szczęścia. Rób swoje, Vogt, według instrukcji! Ja wyprowadzę państwa…
– Proszę się nami nie zajmować – zaoponowała Maggi. Nie będziemy przeszkadzać…
Jej wypowiedź przerwało zjawienie się kilku nowych oficerów.
– Cała załoga ma wrócić na pokład? – zapytał jeden z przybyłych.
Pionowa zmarszczka niczym kilwater przecięła czoło komandora.
– Nieee. Tylko ochrona, obsługa rakietowa i wachta! W najgorszym wypadku zatopimy jednostkę.
– Instrukcja mówi o zdetonowaniu – zaoponował tęgi oficer.
– Ale na pełnym morzu, a nie na gęsto zamieszkanym atolu, zresztą nie przypuszczam, żeby naprawdę coś nam groziło. Nikt nie wie, że tu jesteśmy.
– Wywiady wiedzą!
– Mamy stałą łączność z samolotami wczesnego ostrzegania i zwiadem kosmicznym, więc jakikolwiek ruch na Pacyfiku zostanie nam zasygnalizowany i będziemy mieli co najmniej kwadrans na podjęcie decyzji. Na razie proponuję jedynie uruchomić maszyny. I spokój, spokój. A my chodźmy – tu zwrócił się do gości – pa
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, nogi ugięły się pod Maggi i osunęła się na podłogę.
– Zemdlała! – krzyknął Ziegler – i nerwowo sięgnął do piersiówki.
– Vogt, co się gapisz, lekarza! – zawołał komandor klękając przy zemdlonej, okropnie pobladłej dziewczynie. Szelma pomyślał Ziegler – świetnie to zrobiła – chociaż zatrzymanie oddechu i doprowadzenie do autoomdlenia jest elementem dywersanckiego “abc" dla naśladowczyń Maty Hari.
– Przenieście ją – komenderował Bowling – gdzie nosze?
– Zaraz będą – odkrzyknął ktoś z załogi.
– Proponuję – wtrącił się Roy – położyć ją gdzieś tutaj, nosze zablokują wam trap, a tam zdaje się okropny ruch.
– Racja – zgodził się komandor – wyniesiemy ją. jak się trochę uspokoi.
– Będę przy niej czuwał – zaofiarował się profesor.
Lekarz znajdował się na lądzie i zanim przybył upłynęło sporo czasu. Z kabiny łącznościowców dochodziły tymczasem sprzeczne meldunki, które uzupełniane nasłuchem cywilnych stacji radiowych, dawały obraz kompletnego chaosu opanowującego oście