Страница 18 из 51
Raimundo Silva nie otworzył okna, spogląda przez szybę, a w rękach trzyma książkę, otwartą na fałszywej stronie, tak jak mówi się, że fałszywą jest moneta wybita przez kogoś, kto nie miał na to pozwolenia. Deszcz głucho rozbrzmiewa na cynkowej blasze daszku i on go nie słyszy dlatego, że, jak powiedzielibyśmy, poszukując porównania odpowiedniego do sytuacji, deszcz jest jakby jeszcze odległym odgłosem ko
Pewni autorzy, może z powodu nabytego przeświadczenia albo z powodu usposobienia ducha, z natury swojej nie znajdującego upodobania w cierpliwych dociekaniach, cierpią na myśl o tym, że nie zawsze istnieje linearny i jednoznaczny związek pomiędzy tym, co nazywamy przyczyną, i tym, co z racji tego, że następuje później, nazywamy skutkiem. Twierdzą oni, i trudno nie przyznać im racji, że odkąd świat światem, mimo że nie wiemy, kiedy powstał, nigdy nie widziano skutku nie mającego swej przyczyny i że wszystkie przyczyny, czy to za sprawą przeznaczenia, czy też z powodu zwykłego mechanicznego działania, powodowały i będą powodować skutki, które, co istotne, powstają natychmiast, nawet jeśli przejście od przyczyny do skutku umknęło uwagi obserwatora albo dopiero po długim czasie zostaje bardziej lub mniej precyzyjnie zrekonstruowane. Idąc dalej, wystawiając się zuchwale na niebezpieczeństwo, utrzymują rzeczeni autorzy, że wszystkie widoczne dziś i rozpoznawalne przyczyny spowodowały już swoje skutki, nie musimy nawet czekać, aż się objawią, oraz że wszystkie skutki, już objawione albo dopiero mające się objawić, mają swe nieuniknione przyczyny, choć z powodu naszych wielorakich ograniczeń nie jesteśmy w stanie ich zidentyfikować i odpowiednio przyporządkować, nie zawsze w sposób linearny, nie zawsze w sposób jednoznaczny, jak to stwierdzono na początku. Mówiąc teraz tak jak wszyscy ludzie, i zanim te tak uciążliwe rozważania pchną nas w kierunku bardziej złożonych problemów, jak dowód na przypadkowość świata Leibniza albo dowód kosmologiczny Kanta, co nieuchro
Ten wniosek, mający tyle z niepewności co przezorności, pozwala nam, dzięki zręcznej zmianie planu narracji, powrócić do redaktora Raimunda Silvy dokładnie w chwili dokonywania czynu, którego przyczyn nie mogliśmy przeniknąć, pochłonięci smakowitym badaniem ogólnym przyczyn i skutków, szczęśliwie przerwanym w chwili, gdy pojawiło się zagrożenie ontologicznym i paraliżującym przygnębieniem. Czyn ten, tak jak wszystkie, jest skutkiem, lecz jego przyczyna, któż wie, czy znana samemu Raimundowi Silvie, zdaje się nam nieprzenikniona, gdyż trudno pojąć, biorąc pod uwagę dostępne dane, dlaczego ów człowiek wylewa do kuche
Następne kroki powtórzyły już tylko codzie
Historia oblężenia Lizbony leży na nocnym stoliku. Raimundo Silva ujął książkę w dłonie, pozwolił, żeby sama się otworzyła, znamy jej treść, nie będzie nowej lektury. Usiadł przy biurku, gdzie czeka na niego nie skończony tomik poezji, to znaczy nie skończone jego poprawianie, a także przeczytana tylko w jednej trzeciej powieść przyniesiona przez Costę, co do której nie było pośpiechu, poprawione niektóre błędy, zasugerowane gdzieniegdzie wyjaśnienia, a nawet dyskretnie poprawionych kilka błędów ortograficznych. Raimundo Silva usunął na bok lektury obowiązkowe i wsparł czoło na wygiętych w łuk palcach, popatrzył nie widzącym wzrokiem na Historię oblężenia Lizbony, niebawem jednak i ona poszła w ślady powieści i tomiku poezji, biurko jest gładką, czystą powierzchnią, tabula rasa, powiedzielibyśmy, w pełni wykorzystując możliwości języka, redaktor pozostał tak przez długie minuty, słychać jednostajny odgłos deszczu za oknem, nic więcej, jakby miasto nie istniało. Wtedy Raimundo Silva sięgnął po kartkę papieru, także gładką i czystą, tabula rasa, i u góry wyraźnym, stara
Co mam napisać to nie jedyne pytanie, zaraz przyszło mu do głowy następne, równie władcze i tak naglące, że chciałoby się je uznać za skutek nagłego odruchu, jednak roztropność doradza, byśmy nie powracali do dywagacji, w których uprzednio się zagubiliśmy i które ponadto wymagałyby, aby nie popaść powtórnie w pomieszanie pojęć, rozróżnień pomiędzy związkami intymnymi i związkami przypadkowymi, co najmniej tyle, a tak naprawdę w tym wypadku interesuje nas tylko to, że Raimundo Silva po zadaniu sobie pytania, Co mam napisać, zapytał, Od czego zacząć. Rzec by można, że pierwsze pytanie jest ważniejsze, gdyż ono zadecyduje o celach i naukach płynących z tekstu, który dopiero powstaje, lecz nie mogąc i nie chcąc cofać się tak bardzo, że konieczne stałoby się napisanie Historii Portugalii, na szczęście krótkiej, ponieważ zaczęła się zaledwie kilka lat wcześniej i jej kres, którym jest, jak zostało powiedziane, oblężenie Lizbony, znajduje się w zasięgu wzroku, a także dlatego, że opowiadanie nie posiada odpowiedniego wprowadzenia, by rozpocząć się w chwili, w której krzyżowcy odpowiedzieli królowi, Nie zgadzamy się, więc pytanie jawi się jako nieuniknione odniesienie faktograficzne i chronologiczne, równoważne z pytaniem, jakie zadałby lud, Z której strony mam to ugryźć.