Страница 73 из 130
Właściwie nie powi
Bram było siedem. Jasenka uśmiechnęła się złośliwie. Wśród świątecznego rozgardiaszu symbolika tej liczby jakoś umknęła księżnej Egre
Spojrzała na miasto. Choć słońce stało już wysoko, orszak Zarzyczki zdołał dotrzeć zaledwie do czwartego postoju. Jasence przelotnie zrobiło się żal księżniczki, która ponoć nie cieszyła się dobrym zdrowiem, a musiała cały dzień spędzić w ścisku, upale i smrodzie niemytych biedaków, którzy zbiegli się zewsząd, aby ją oglądać.
Książę Evorinth był zaskoczony. Z początku po prostu dobrze bawił się tą maskaradą. Wyobrażał sobie furię matki na wieść o wybryku niesfornego jedynaka, który kolejny raz zakpił z protokołu i wyjechał aż do bramy miejskiej, aby sobie obejrzeć nowo przybyłą księżniczkę. Zapewne księżna dowiedziała się już, że odprawił kapłanów Zird Zekruna, i zachodzi teraz w głowę, jak im wynagrodzić tę zniewagę. Właściwie matka miała rację, obraza zwierzchnika kolegium kapłańskiego Uścieży rzeczywiście nie należała do rozważnych postępków i zasługiwała na przyganę. Jednakże kiedy zobaczył Zarzyczkę w jej jasnej srebrzystej sukni, jakże samotną i smutną w tłumie kapłanów, którzy tłoczyli się wokół niej niczym brunatne robactwo, od razu pojął, co powinien uczynić. Poprzez ten jeden gest, może istotnie pochopny i głupi, stał się w oczach pospólstwa jej wybawcą, bo w Spichrzy od dawna krążyły pogłoski, jakoby słudzy Zird Zekruna więzili Zarzyczkę i nastawali na jej bezpieczeństwo. Był to oczywiście jedynie teatr, jarmarczne widowisko na uciechę gawiedzi, niczego niezmieniające w prawdziwej istocie rzeczy. Ale książę Evorinth rozumiał wyśmienicie, że właśnie ów teatr stanowi niejednokrotnie o powodzeniu władców, on zaś potrzebował przychylności poddanych.
Wciąż wiwatowali na jego cześć, zachwyceni tym jasnym chłopcem, co pojawił się niczym książę z baśni, by ocalić uciemiężoną pa
Ciekawe, pomyślał książę, kątem oka obserwując jej twarz. Orszak zatrzymał się teraz przed bramą złotników, najokazalszą ze wszystkich, a mistrzowie cechowi prezentowali wszem wobec wspaniałe upominki, wyszykowane specjalnie dla księżniczki – kolię przybraną szafirami wielkiej urody i podobne kolczyki. Zarzyczka wygłosiła już krótką przemowę, wyrażając stosowny zachwyt i wdzięczność, a teraz czekała, aż strażnicy przygotują dalsze przejście, zablokowane przez gapiów. Nadal dobrze skrywała zmęczenie, ale widział dwie strużki potu, spływające z jej skroni. Na szczęście nie pokryła twarzy bielidłem, jak uczyniło wiele mieszczek, ocierających teraz rozmazaną od upału barwiczkę.
Nieopodal zażywna niewiasta w srebrnych zausznicach i bogato wyszywanej sukni dobyła zza dekoltu chustę i ukradkiem osuszyła twarz. Zapewne była małżonką jednego z rajców, stała bowiem przed i
Grube przekleństwa dobiegały aż do Zarzyczki, a na twarzach mieszczek pogłębiało się zakłopotanie. Tęga niewiasta w zausznicach posapywała przez uchylone usta, bezradnie rozglądając się na boki. Nad jej górną wargą jak groch perliły się krople potu i księżniczka poczuła nieoczekiwany przypływ sympatii do biedaczki. Ostatecznie męczyła się tak samo jak ona.
– Straszliwy skwar – odezwała się, pochylając się łaskawie ku kobiecie.
Mieszczka desperacko łypnęła, chcąc się upewnić, czy aby księżniczka przemówiła właśnie do niej. I
– Ano, prędko tego roku wiosna nastała, a mojej córce obiecywali wróżowie, że i lato będzie upalne – po czym zamilkła i zakryła sobie usta dłonią, spłoszona, czy też tą pogawędką o pogodzie nie uraziła księżniczki.
Ale Zarzyczka bynajmniej nie wydawała się rozgniewana.
– A gdzież tę córkę skrywacie? – spytała z uśmiechem. – Bo żadna z pań z twarzy do was niepodobna.
Żona rajcy zakłopotała się jeszcze bardziej. Miała dość dworskiego obycia, by wiedzieć, że materia jest delikatna i wstydliwa dla wielkich dam. Musiała jednak coś odpowiedzieć, więc postanowiła rzec prawdę.
– Przy nadziei ona, dlatego z resztą pań pod zadaszeniem została – machnęła ręką w stronę niewielkiego pawilonu, który przed świtem wzniesiono naprędce w bocznej uliczce tuż obok bramy, aby mieszczki mogły się tam odświeżyć i wypocząć w oczekiwaniu na nadejście księżniczki. – Wybaczcie, jasna pani, lecz strach, by jej od upału słabość nie ogarnęła – dodała ciszej. – Pierwsze dziecię nosi. Coraz więcej gapiów zaczynało się ciekawie przysłuchiwać rozmowie.
– Żadnej ujmy w tym nie masz, bo na każdą z nas prędzej czy później ów stan przyjdzie – odparła donośnym, jasnym głosem Zarzyczka. – Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby za moją przyczyną nieszczęście spotkało ją albo też i
Musiała przerwać, bo pospólstwo, pochlebione pochwałą, wybuchło radosnym rwetesem. Umilkli dopiero, kiedy uniosła ramię na znak, że chce coś jeszcze powiedzieć.
– Abym zaś mogła wam dowieść, że urazy nie żywię, zaprowadźcie mnie do niej, bym jej sama szczęśliwego rozwiązania życzyła.
Wyciągnęła ręce, czekając, aż jakiś pojętniejszy pachołek pomoże jej zsunąć się z siodła, ale ci tylko gapili się na nią w tępym zadziwieniu. Po chwili otyła mieszczka ocknęła się z zaskoczenia i przypadła do dwóch drabantów stojących u boku bramy z wielkimi halabardami, szarpiąc ich za kubraki.
– Co jeden z drugim oczy wybałusza, ladaco? – syknęła, ale tak, że było ją słychać przez pól placyku. – Migiem jasnej pani usłużcie!
I kiedy książę Evorinth powrócił, szczęśliwy, że wreszcie udało się spędzić z traktu hałastrę, uczy