Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 74 из 130

– Pani? – Niewolnica nie odważyła się wejść na balkon, klęczała tylko na progu z nisko pochyloną głową.

Jasenka drgnęła, niemile zaskoczona, że ktoś wbrew rozkazom ośmiela się ją niepokoić.

– Czyż nie poleciłam…? – zaczęła ostro, ale w tejże chwili dostrzegła zarys jeszcze jednej postaci, majaczącej za niewolnicą.

Stał w cieniu, nie rozpoznawała więc rysów, ale niewątpliwie był mężczyzną, wysokim, choć szczupłym. Z postawy nie przypominał jej nikogo. Zresztą nie sądziła, by któryś z dworzan, choćby najbardziej pewnych książęcej łaski, śmiał ją nagabywać nieodzianą i w prywatnych apartamentach.

– Wybaczcie. – Przybysz uczynił krok wprzód, grubiańsko odsuwając nogą niewolnicę. – Byłem przekonany, że zechcecie ze mną mówić.

Postąpił jeszcze trochę ku światłu i ze zdumieniem ujrzała na jego czole zarys znamienia skalnych robaków. W pierwszym impulsie chciała się cofnąć, bo choć w Spichrzy rezydował poseł zakonu Zird Zekruna i spotykała go czasami podczas dworskich uroczystości, przecież nigdy nie wyzbyła się strachu i obrzydzenia, jakie budził w niej widok obłych, wijących się pod skórą kształtów. Powstrzymała się jednak. Nie mogła w równie głupi sposób dawać mu nad sobą przewagi.

– Czym mogę służyć, wasza dostojność – spytała, stara

Nie znała tego człowieka. Na ramiona narzucił grubą podróżną opończę, toteż nawet z kształtu i zdobień świąty

Jasenka uniosła brwi na ową jawną bezczelność. Właściwie powi

– Czujcie się jak u siebie – zakpiła. – Jeśli zechcecie się ochłodzić napojem, sama wam usłużę.

Sługa Zird Zekruna obrócił na nią spojrzenie zimnych, brązowych oczu i zdjął opończę, ukazując wyszywaną srebrem szatę i ciężko kuty łańcuch.

– Jestem Kierch, zwierzchnik kapłańskiego kolegium Uścieży i opiekun Zarzyczki – oznajmił bez żadnych wstępów. – Właśnie przybyłem do Spichrzy.

Jej źrenice rozszerzyły się z szoku i mimowolnie umknęła wzrokiem w dół, ku pochodowi, który znów ruszył przez ukwiecone miasto. Książę Evorinth i ona spodziewali się przybycia tego człowieka, odgrywał on poczesne miejsce w ich planach, nie przypuszczała jednak, że spotka go tak wcześnie i nieprzygotowana. Owszem, zamierzała go poznać, może nawet nieco oczarować, bo wciąż przynosiło jej to wiele przyjemności. Ale jeszcze nie teraz. Dzisiaj kapłan powinien stać u boku księżniczki.

– Cóż mogę dla was uczynić? – Stara

– To ja mogę uczynić coś dla was, moja piękna pani Jasenko. – Uśmiechnął się wąskimi wargami i miała dziwne wrażenie, że jej imię zabrzmiało w jego ustach jak obelga. – Słusznie robicie, spoglądając w dół, bo tam, na ulicach Spichrzy dobiega właśnie kresu wasze panowanie.

Kartoflanka była przypalona i zalatywała stęchlizną, co, jak zauważył Twardokęsek, zdarzało się za każdym razem, gdy Szarka brała się pospołu z wiedźmą do warzenia strawy. Wolarze posępnie siorbali zupę, rozumiejąc, że skoro Morwa poszła tego wieczoru do karczmy, przyjdzie im poprzestać na cienkiej polewce. Twardokęsek zamieszał łyżką w kociołku, wszakże nie wyłowił nic prócz żałosnej, rozgotowanej zieleniny i paru ziaren fasoli. Popatrzył na nie, potrząsnął głową i nic nie powiedział. Zresztą co miał rzec?

Odkąd wyruszyli z klasztoru Cion Cerena, susza nie ustawała. Potoki powysychały, tylko gdzieniegdzie na dnie sączyła się wąska strużka. Zboże żółkło na polach, spękana ziemia prawie w glos skwirczała deszczu, a woły czyniły na spieczonym gościńcu taką kurzawę, że ledwo człek dychał. Szczęściem kompania Kuny znała szlak i poganiacze nawet podczas owej upalnej wiosny potrafili znaleźć wodę. Obozowali jednak przeważnie pod gołym niebem, gdyż żaden oberżysta nie wpuściłby za próg wolarzy, ludzi gwałtownych, słynących z grubiaństwa i zamiłowania do bitki, a przy tym golców i rozpustników. Kuna zapewniał Twardokęska, że to się zmieni, kiedy już każdy z nich zawiesi przy pasie wypchaną sakiewkę. Ale na razie siedzieli na klepisku, a okna oberży po drugiej stronie zagonu koniczyny połyskiwały przytulnym, ciepłym światłem.

Wędrowali od trzech tygodni, pędząc stado coraz wyżej przez Góry Żmijowe, bez pośpiechu, aby woły nie wychudły i nie zmarniały przed czasem. Kuna co roku prowadził bydło na letnie targi w Spichrzy, tym razem jednak prześladował go pech. Na równinach Turznii, za południowym zboczem Gór Żmijowych, zaraza przetrzebiła stada i z trudem zdołał się wynająć do bydląt. Potem zbójcy ubili czterech ludzi z jego kompanii. Gdy w końcu, poharatani i wyczerpani, dowlekli się pod klasztor Cion Cerena, zostało ich tylko ośmiu, liczba zaś owa, jak powszechnie wiadomo, nie sprzyja wędrowcom. Nawet wraz z Twardokęskiem, Szarką i wiedźmą było ich wciąż jedenaścioro, i Kuna nie mógł wybrzydzać, kiedy pojawiła się Morwa. W miłej bogom dwunastoosobowej gromadce ruszyli wreszcie w drogę.

Morwa śmiała się w uchylonych drzwiach oberży schrypniętym, niskim śmiechem kobiety, która umiała wypić równie dużo, jak Twardokęsek, i po pijanemu, siedząc okrakiem na dyszlu, wyśpiewywała najbardziej sprośne piosenki, jakie słyszał – co świadczyło o znacznym obyciu, jako że zbójca słyszał niejedno. Zdzira, pomyślał z zawiścią, bo z gospody dochodziła nie tylko fala wrzasków, ale i zapach wędzonki, od którego hersztowi donośnie zaburczało w brzuchu. Jakby porażona jego niechęcią, kobieta zachwiała się. Odepchnęła wczepionego w nią powroźnika i sztywnym krokiem podążyła ku krytemu płótnem furgonowi, ochrzczonemu przez wołarzy babińcem. W połowie zagonu koniczyny przewróciła się i zwymiotowała.

Poganiacze zaśmiali się zgodnie, bez złości.

Dwunastka nie dwunastka, pomyślał Twardokęsek, z niepokojem przyglądając się jej towarzyszowi, jeszcze na nas baba nieszczęście sprowadzi. Zważywszy na to, że zarówno powroźnik, jak i wszyscy jego konfratrzy, żyli z tropienia złoczyńców i odszczepieńców, a na wozie spała wiedźma, zbójca miał się czym trwożyć.

Co prawda, rzekł sobie, jeśli nawet Morwa zdążyła się domyślić, z kim ją zetknął los – a dałby sobie rękę uciąć, że tak było – to na razie nie czyniła żadnych wstrętów wiedźmie i Szarce. Jęzor miała wprawdzie popędliwy, ale ujadała przeważnie na poganiaczy. W niewieścim furgonie natomiast panowały spokój i harmonia, o czym wkrótce przekonał się wolarz, którzy nieopatrznie klepnął po zadku zbierającą chrust wiedźmę. Baby się rzuciły nań zgodnie i otlukły mu grzbiet gałęziami.

Wolarze z wolna kładli się w posłaniach, lecz Twardokęska czemuś sen nie morzył. Zatrzymali się na ostatni postój przed pasmem Gór Sowich, legowiskiem zwierzołaków, i Twardokęsek znał te strony lepiej, niż był skło

Dumał posępnie, nacierając łojem wysokie buty z żółtej, licowanej skóry, kiedy znienacka zaszła go Szarka i przysiadła obok na derce. Na samodziałową koszulę wyrzuciła skórzany serdak bez rękawów, z przodu sznurowany aż pod szyję, w talii ściągnięty szerokim pasem. W opactwie hojnie ich wywianowano przyodziewkiem i jadłem, nosiły się więc z wiedźmą wcale zasobnie i na pierwszy rzut oka nikt by ich nie wziął za byle powsinogi. Twardokęsek też bardzo sobie chwalił poczciwość mnichów, bo mu na pożegnanie podarowali sielną kobyłkę, przyciężkawą nieco, lecz spokojną i nawykłą do górskich ścieżek.

Dotychczas wędrowało im się zadziwiająco spokojnie. Twardokęsek przykazał wolarzom zwać się Derkaczem i ani im we łbie świtało, kogo do kompanii przyjęli. Co zaś się tyczy niewiast, mnisi musieli delikatnie napomknąć Kunie o napadzie i zbójeckiej swawoli, jakiej padły ofiarą. Jednakże trzeba przyznać, że poganiacze nie próbowali dziewek przymuszać do żadnych figli – zapewne po trochu obawiali się zbójcy, bo był on potężnym chłopiskiem, a może Kuna im zakazał zbereźności, gdyż te łatwo stałyby się przyczyną swarów. Najwyżej czasami któryś klepnął Szarkę czy wiedźmę w tyłek, ale też obyczaje mieli proste i trudno się było o to gniewać.

Dzionki mijały jeden po drugim i jeśli mógł na coś Twardokęsek narzekać, to tylko na ciężką pracę przy bydle, od której wieczorem sztywniały wszystkie mięśnie i łamało go w krzyżu. Ale jadziołek nie kręcił się obok furgonu, wiedźma nie wiedźmiła, a obręcz dri deonema i dwa zakrzywione miecze spoczywały gdzieś głęboko ukryte między babskimi pakunkami. Szarka zaś wielce składnie udawała młodziutką, niedoświadczoną włościankę; kiedy jakiś wolarz rzekł przy niej coś sprośnego, płoniła się i uciekała, choć ślepia jej przy tym bardzo nieprzyjemnie łyskały.

– Lękam się, Twardokęsek – odezwała się stłumionym głosem dziewczyna. – Im głębiej w te góry, tym bardziej jadziołek staje się niespokojny.

Ot, dziwowisko, pomyślał zbójca. Pewnie gadzina czuje, ile tu krwi popłynęło, kiedy jeszcze szczuracy luzem tutaj chodzili i naród mordowali.

– Należało się w opactwie przyczaić, drogę dobrze obmyślić, może jaki zacny kupiecki konwój wyszukać, żeby naszego bezpieczeństwa strażnicy strzegli – mruknął niechętnie – a nie do Spichrzy na przełaj smyrgać. Gadałem przecie, że tu okolica dzika, zbójcy, zwierz leśny i szczuracy na koniec podróżnych prześladują. Zrządzenie losu czyste, kto tu cało przejedzie, a czyje kości wilki ogryzą.