Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 74 из 78

Oddychała trochę za szybko. Wagner wyczuł, że zaczęła się bać.

– I co niby moglibyście mi zrobić? – kpił Baryła. – Spuścić na łeb bombę atomową? Mam wrażenie, że bez elektryczności będzie to dla was dość kłopotliwe. A może armia USA uderzy na Wrocław? Hmmmm, macie aż tyle żaglowców, żeby przewieźć wojsko przez ocean? – pochylił się nad lśniącym blatem. – No, proszę mi nareszcie powiedzieć, czy konsul ma być obecny, gdy będę rozrywał panią końmi na Rynku, czy nie?

Sue bała się jak diabli. Zacisnęła dłonie na poręczach fotela. Zorg też to dostrzegł, zastrzygł uszami. I, tak jak Wagner, zauważył coś jeszcze.

– Pani się zastanawia, jak mnie zabić – mruknął Baryła. On również był dobrym obserwatorem. Otworzył ogromną szufladę biurka i wypuścił na blat dwa perskie koty. Zaczęły się przeciągać na śliskiej powierzchni. – Myśli pani o dwóch rozwiązaniach. Albo wypuści pani grzechotnika z torby – ale to głupi pomysł, te koty załatwią go w ciągu kilku sekund – albo użyje swojego malutkiego, szybkostrzelnego pistoletu. Niewykrywalnego dla naszych rewizji – roześmiał się znowu. – To tylko Amerykanie mogli wymyślić… Skonstruować mikroskopijny pistolecik z pociskami, które wręcz patroszą człowieka. On jest tak mały, że ukryli go w… za przeproszeniem… – zerknął odruchowo na jej opięte, czarne spodnie. – To tylko Amerykanie mogli wymyślić – powtórzył. – Pistolet ukryty w… – chrząknął. – Właściwie niewykrywalny. Tyle tylko, że jeśli zechce pani wystrzelić, musi pani rozpiąć i zdjąć spodnie, ściągnąć majtki, wyjąć go i… Hmm. W tym czasie pan porucznik zdąży sześćset razy zatopić swoje jadowe kły w pani szyi. Zorg – zwrócił się do geparda. – Długo umiera ukąszony przez ciebie człowiek?

– Dhhhhłughhho…

Wagner wiedział, że gepard mówi prawdę. Jad był ustawiony na paraliżowanie przeciwnika. Unieruchamiał momentalnie; zawarte w nim toksyny były tylko efektem ubocznym reakcji chemicznej, ale powoli rozpuszczały się we krwi wroga, doprowadzając go do śmierci. Mutanci umierali nawet i po dwóch, trzech godzinach, dysząc z bólu – wciąż sparaliżowani.

– Sami daliście nam tę technologię – kontynuował Baryła. – Gdy wymyśliliście grzechotniki, to starsze, nie tak skuteczne modele – kotki, ptaszki, tygryski i gepardy – sprzedaliście poślednim narodom. Jasne, węża nie można tak łatwo wykryć w podczerwieni, jak kota, ale gdy zabrakło elektryczności, to okazało się, że wąż jest kompletnym zerem w porównaniu z takim „biczem bożym”, jakim są nasze gepardy…

– Skąd pan tyle wie, panie generale? – usiłowała być racjonalna. – Ma pan agentów w USA?

– A po co? – pokiwał głową. – Nic nas nie łączy. Na papierze jesteśmy sojusznikami, ale sama pani wie… Za daleko, żeby się czymkolwiek interesować.

– Więc kto? Arabowie?

– Beduini, droga pani. Proszę nie mieszać tych dwóch nacji.

– Oni szpiegują u nas? Po co?

– Mają jakieś przemytnicze interesy – wzruszył ramionami. – A ja mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić u nich to, co chcę mieć – zaczął głaskać jednego z persów na biurku. Kot wyprężył grzbiet i pomrukiwał. – Paręset lat temu byłbym chyba najlepszym klientem w każdym supermarkecie, bo zawsze stać mnie na wszystko, o czym tylko marzę.

– Arabowie… znaczy Beduini… wyszpiegowali wszystko na temat mojej misji?!

Baryła tylko machnął ręką.

– „Wszystko”… – prychnął jak kot, którego głaskał. – Pani sama nie wie wszystkiego o swojej misji, a nikt na świecie nie pozna wszystkich tajemnic bunkra Langley. To zresztą zupełnie niepotrzebne.

– Czego więc dotyczy nasza rozmowa?

– Otóż chcę, żeby mi pani ładnie wyśpiewała to, co wie.

– Proszę na to nie liczyć, generale!

Powiedziała to trochę zbyt szybko. Nikomu z obecnych w gabinecie nie umknął fakt, że znowu zacisnęła dłonie na poręczach fotela.

– Pani Andrzejewska… – uśmiechnął się Baryła. – Proszę się, z łaski swojej, nie wygłupiać. Powie pani.

– Bo jak nie to… rozerwie mnie pan końmi na rynku? A może wbicie na pal? Obcięcie piersi?

Była twarda, ale nie do końca. Chyba zbyt plastycznie wyobraziła sobie te możliwości, bo momentalnie się spociła.

– Pani Andrzejewska – Baryła z dobrotliwym wyrazem twarzy napełnił wódką jej kieliszek. – Niech pani nie opowiada głupot. Od razu na pal! Albo piersi obciąć… – wzruszył ramionami. – Tak robicie w Ameryce? Tu, na szczęście, jest Polska. Dogadamy się po dobroci, przy wódeczce.

– Nigdy się nie dogadamy!

– Och, doprawdy? A te dziesięć kontenerów, które miała pani zniszczyć, to co? Pryszcz?

– Skąd pan o tym wie?! – zerwała się z fotela. Zabrakło jej oddechu. Najprawdopodobniej oprócz niej o tym zadaniu mógł wiedzieć tylko prezydent USA.

Baryła uśmiechnął się ciepło.

– Tak, tak… Pan prezydent USA, Jose Torres de Fuengirola, też ma swoje słabości. On lubi chłopczyków, a w tym specjalizują się Beduini… Zapomniała pani? Lawrence of Arabia? Ale, oczywiście, tylko kpię – generał wychylił swój kieliszek i wykonał zapraszający gest, żeby zrobiła to samo. – Prezydent to dla mnie trochę za wysoko. Zresztą… po co? Ja kupuję informacje dużo bardziej precyzyjne, ale z niższego szczebla, i w związku z tym znacznie tańsze.

– Co pan wie o mojej misji?

– Pani Andrzejewska, powiem pani nawet to, o czym pani nie ma zielonego pojęcia, bo nikt pani nie uświadomił. W zamian proszę tylko o jedną rzecz. O datę.

– Nigdy!

– He, he… Jak mówiłem, tu Polska. Dogadamy się przy wódeczce – ponownie napełnił kieliszki.

– Nigdy w życiu, gnoju jeden!!!

– He, he… Mam tu jednego takiego mutanta, co go Wagner złapał zeszłego roku. On ma szczególny talent. Taki, który pozwala obyć się bez wbijania na pal. Piersi też może sobie pani zachować na własność. Nic mi po nich.

– Nie wolno używać mutantów!

– To spuśćcie mi za to na łeb bombę atomową – zakpił, pochylając się nad biurkiem. – Co? Nie uda się?

– Panie generale…

– Milcz i słuchaj. To był kijek – wysapał Baryła. – Teraz marchewka.

Znowu nalał wódki. Wypił, zakąsił konserwowym ogórkiem i otarł usta.

– Słuchaj, Zuzia. Nie proponuję ci nic do jedzenia, bo i tak wiem, że z najwyższym trudem kontrolujesz zwieracz odbytu, ale za to uraczę cię paroma informacjami, o których nie masz pojęcia. Twój prezydent, pan Jose Torres „Wielbiciel Chłopaczków” de Fuengirola wie o czymś, o czym nie wie nikt i

– O czym pan mówi?

– O projekcie „Queens”.

– O czym?!

– O „Queens Project”. O maszynie czasu.

– Jezu… – Murzynka potrząsnęła głową. – Chyba śnię.

– Nie wiem, czy pani śni – Baryła wyjął papierosa z drewnianej szkatułki na biurku i zapalił go prześlicznej roboty rosyjską, benzynową zapalniczką. – Wasi inżynierowie myśleli tak: jeśli nie uda się wygrać z Chińczykami i oni rozpylą szeny w atmosferze, to na całym świecie zniknie elektryczność. Izolatory zamienią się w przewodniki i… i koniec naszej kochanej cywilizacji. Koniec globalizacji, zabijania na odległość, indoktrynacji totalnej… Koniec giełd i telefonów. Przeciętna Amerykanka nie będzie mogła kupić sobie w sklepie nawet głupiego wibratora. I co? I wymyślili zabezpieczenie ostateczne – maszynę czasu.

– Pan bredzi, generale.

– A jeśli nie? Posłuchaj mnie, Zuzia, do końca. Było tak. Macie maszynę czasu… tylko co z tego? Jeśli Żółtki wypuszczą szeny, to maszyna będzie bezużyteczna. Więc co zrobić? Ano… wysłać ją w kosmos. No, ale co z tego kosmosu? Szeny co prawda jej nie uszkodzą, ale jak wysłać sygnał, że ma zacząć działać, skoro nie będzie już elektryczności? I tu, moja droga, ujawnia się cały geniusz amerykańskich inżynierów. Nie można użyć maszyny na Ziemi? Trzeba wysłać w kosmos. Nie można z Ziemi zawiadomić jej, że ma zacząć działać? Nie ma sprawy… Musi zacząć działać sama z siebie. Ale jeśli wygramy, to po co ma działać? Jak to rozstrzygnąć? Bardzo prosto. Maszyna została wysłana w okolice Saturna. Miała wrócić po kilkudziesięciu latach i cofnąć całą planetę w czasie. O paręset lub parę tysięcy lat. Cywilizacja zyska jeszcze jedną szansę. Tylko co to daje autorom projektu? A jak historia się powtórzy? Znowu dojdzie do wojny, Żółtki znowu wypuszczą szeny i pętla czasu się zamknie. Po co? Najlepszym rozwiązaniem byłoby cofnąć się w czasie, ale w taki sposób, żeby kilka osób zachowało przynajmniej część wiedzy o tym, co ma nastąpić w przyszłości. Żeby przeniosły się w czasie z jakąś cząstką nowoczesnej technologii. Jak to zrobić? Bardzo prosto. Amerykańscy inżynierowie są genialni. Wygląda to tak: po kilkudziesięciu latach maszyna czasu wraca z orbity Saturna. Cofa całą Ziemię w czasie, jednak trzeba do tego tak gigantycznych źródeł energii, że nikt nie jest w stanie ich zbudować. Ziemia zostaje więc „zawrócona” na czas zaledwie nanosekundy. Cofnie się wszystko do roku, powiedzmy, tysięcznego, i błyskawicznie powróci do naszych czasów. Mówimy o nanosekundzie! Jaki z tego zysk? To również proste. Ci wszyscy ludzie, którzy będą przebywać w zasięgu działania emiterów Voughta, pozostaną w tych czasach, do których zostaną cofnięci. Ludzie i urządzenia. Rozważając hipotetycznie, sytuacja będzie wyglądać tak: obojętnie, wygramy czy przegramy, maszyna czasu wróci ze swojej orbity i cofnie całą Ziemię o kilkaset lat. Jeśli wygramy, to po nanosekundzie wrócimy, nietknięci, do naszych czasów. Nikt niczego nie zauważy. Jeśli jednak przegramy… Wtedy ściśle wyselekcjonowani ludzie i stara