Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 63 из 78

– Gdzie jest kasa? Potrzebuję pieniędzy!

Chłopak wskazał przeciwległą ścianę. Co prawda w tłumie ludzi ucieczka mogła być utrudniona, ale Murray nie wahał się; co więcej, był wręcz zdziwiony swoją determinacją. Kiwnął ręką chłopakowi i zaczął się przepychać w kierunku pomalowanej jaskrawo budki.

– I gdzie pan się tak spieszy? – usłyszał jeszcze z tyłu. – Chce pan stracić całą forsę?

– Nie. Chcę zyskać.

– Naiwniak. Ma pan system na „jednorękiego bandytę”?

– Mam coś lepszego.

Murray zatrzymał się przed małym okienkiem.

– Ile pan ma pieniędzy? – spytał.

– Dla pana wystarczy – mężczyzna w kantorku wyjął worek z bilonem. – Ile pan chce?

– Wszystko.

– Co?!

Murray wyjął rewolwer.

– Wszystko – powtórzył. – To jest napad!

Jeden z podnieconych grą gości podszedł bliżej.

– Hej, to jakaś nowa gra? Chcę się przyłączyć. Ile płacę?

– Ty też dawaj wszystko!

– Jasne. A kiedy będzie moja kolej?

– Co?

– Kiedy ja będę napadał?

– Psiakrew! – zdenerwował się Murray. – To nie jest żadna zabawa!

Mężczyzna w kasie wychylił się na zewnątrz.

– Pan zwariował?

Murray podniósł rewolwer i ściągnął spust. Huk, zwielokrotniony w zamkniętym pomieszczeniu, zagłuszył wycie automatów i wszelkie i

– Szybciej!

Mężczyzna w kasie drżącymi rękami układał woreczki na ladzie. W nagle zapadłej ciszy słychać było brzęk monet.

– Patrz, Luke – krzyknął ktoś z tyłu. – Jakiś facet obrabia kasę!

– Szybciej!

Mężczyzna pakował woreczki do wyciągniętej skądś torby.

– Hej, człowieku… Zabierz im wszystko!

– Nareszcie ktoś się wziął za tych złodziei!

Powoli narastał szum głosów. Murray chwycił torbę.

– No jazda, gapie! – ryknął jakiś schrypnięty bas. – Przejście dla bohatera narodowego!

Goniony gwizdami i coraz głośniejszym śmiechem, Murray wybiegł na ulicę.

Seager rozejrzał się niepewnie po ogromnym hallu Centralnego Banku. Mi

– Przepraszam za to nagłe wezwanie – powiedział, odpinając kołnierzyk. – Ale zwaliło się naraz tyle spraw…

– Mam nadzieję, że nie jechałem niepotrzebnie.

– Oczywiście, Irvin. Umówiłem cię z dyrektorem Van Burenem. To na najwyższym piętrze – Mi

– Nasz kowboj dokonał kolejnego napadu – podjął, gdy kabina ruszyła w górę. – Tym razem na salon gier.

– Facet musiał już całkiem zgłupieć. Ile zwinął?

– Około pięciuset dolarów – Mi

– Cholera.

Seager zamyślił się nad czymś.

– Spryciarz. Płacąc gotówką uniknie identyfikacji – powiedział po chwili. – Co prawda na długo mu nie starczy.

– Będzie zwracał powszechną uwagę. A poza tym… Już go prawie mamy. To Paul Murray, inżynier.

– Skąd wiesz? Listy gończe?

Mi

– Jesteśmy…

– Tak, wiem – przerwała mu sekretarka. – Proszę.

Zajęli miejsca w pustym gabinecie.

– Pan dyrektor zaraz przyjdzie. Czy zamknąć drzwi?

– Jeśli można.

Seager odwrócił głowę.

– Kto go rozpoznał?

– Lawrence Boyd. Sprzedawca w sklepie z bronią.

– Kupował tam coś?

– Tak. W dniu pierwszego napadu nabył Whirlwinda. Niezła broń dla amatorów. Duża.

– Dobra też dla czołgistów… Zamiast działa.

– Boyd zaktualizował jego program osobowościowy. Widziałem wydruk.

– Dziwne. Program nie wykazał jego zamiarów?

– Nie.

Mi

– Ale to jeszcze nie wszystko – zaciągnął się dymem. – Murray chciał chyba popełnić samobójstwo w parku. Co prawda facet ze służby parkowej twierdzi, że próbowano go zamordować, ale sądzę, że była to tylko przerwana próba samobójstwa.

– Dlaczego? – Seager strzepnął popiół, czubkiem palca zbierając to, co nie wpadło do popielniczki.

– Dotarłem do jego żony, która powiedziała mi co nieco. Murray stracił pracę i poszukiwał jej od miesiąca. Jego były szef, Weickert, sprawił, że nie miał żadnych szans.

– Myślisz, że ktoś mu to w końcu uświadomił?

– Wiem, że tak było. Zrobił to LeBas, prezes…

Przerwało mu gwałtowne otwarcie drzwi.

– Wybaczcie spóźnienie, panowie – zwalista sylwetka Van Burena dosłownie wypełniła ogromny fotel za biurkiem.

Seager nie sądził, że dyrektor ogromnego przedsiębiorstwa może być aż tak młody. Ich oczy spotkały się.

– Przedstawił mi pan przez telefon cały problem i…

– Ja jestem Seager. To on dzwonił.

– Przepraszam – Van Buren uśmiechnął się lekko, jednak widać było, że jest rozkojarzony i jakby… nieobecny. – Właśnie sprawdzaliśmy program Murraya.

– Z jakim skutkiem?

– Z zerowym.

Seager zgasił dopiero co zapalonego papierosa.

– To chyba nie jest możliwe…

– Dotychczas sądziłem tak samo – dłoń dyrektora przesunęła się po klapie marynarki. – Przez cały czas wyświetlany jest idiotyczny napis: „Obywatel o nieskazitelnej opinii…”, i tak dalej.

– Czy coś takiego miało już kiedyś miejsce?

– Nie. Ale przewidywaliśmy podobną możliwość.

– A więc jest jakieś wytłumaczenie?

– Wytłumaczenie jest zawsze – Van Buren rozprostował ręce. Teraz dopiero stało się jasne, dlaczego w pobliżu biurka nie było żadnych łatwo tłukących się przedmiotów. – Jednak dopiero czas pokaże, czy jest prawdziwe. Szczególnie…

– Czy moglibyśmy je usłyszeć? – wpadł mu w słowo Mi

– Cóż, Murray jest szaleńcem. Jego podświadomość wiedziała o zamiarze popełnienia zbrodni, jednak on sam był święcie przekonany o czystości swoich intencji, i to spowodowało fałszywą weryfikację programu.

– To wszystko?

– Chce pan godzi

– Nie, nie – Mi

– Nie.

Seager wstał i podszedł do okna. Przez chwilę spoglądał w dół, na światła reklam konkurujące ze słonecznymi odblaskami w szybach.

– Bez przesady – powiedział cicho. – Szaleniec czy nie, na pewno zdaje sobie sprawę, że nie uda mu się zbyt długo żyć w ten sposób. Nie może być aż tak głupi.

– Dobrze, ale jak przewidzieć, co zrobi w najbliższym czasie?

– To bardzo proste. Zemści się na Weickercie.

Paul Murray siedział na murku otaczającym niewielki skwerek. Uśmiechnął się na wspomnienie miny kelnera w wykwintnej restauracji, skrzętnie przeliczającego dwudziestopięciocentówki. Jednak mimo to nie czuł się najlepiej. Perspektywa kolejnej nocy na stacji metra, brak spokoju i poczucia bezpieczeństwa, a przede wszystkim niemożność wzięcia kąpieli nie nastrajały go optymistycznie. Poza tym nie miał złudzeń. Zdawał sobie sprawę, że policja złapie go w przeciągu tygodnia. Chyba, że w tej instytucji pracują wyłącznie głupcy – wtedy miał szansę na miesiąc. Nie widział przed sobą żadnych perspektyw. Nie chciał uciekać na prowincję, nie chciał porywać samolotu, nie miał nawet pojęcia, jak zabrać się do którejkolwiek z tych rzeczy. Nie chciał też dobrowolnie oddawać się w ręce policji. Wiedział, że go złapią, ale miał nadzieję, że przynajmniej to będzie ciekawe. Skrzywił się na myśl o strzelaninie jak z lat trzydziestych.

Spojrzał na zegarek. Mimo wszystko był to pięknie rozpoczęty dzień i należało go dobrze skończyć. Pójść do Joan? Bzdura. Do kogoś ze znajomych? Po co? Miał już dość współczujących spojrzeń i ciągle tych samych słów pociechy. Chciał zrobić coś naprawdę mocnego. A więc zemsta? Zamknął oczy. Obraz zasztyletowanego, powieszonego i przepuszczonego przez maszynkę do mięsa Weickerta pojawił się natychmiast. Zastrzelić go? Nie, nie chciał tego. Być może nawet w decydującej chwili nie zdołałby przycisnąć spustu. Ale Weickert upokorzony i klęczący w strachu pod lufą rewolweru wart był każdego ryzyka. Uśmiechnął się znowu. Pozostawał tylko jeden problem: jak przedostać się na teren zakładu. Tym razem legitymacja nie wchodziła w rachubę. Musiał wymyślić coś i

Zerknął na kalendarz. A jednak miał szczęście! Dzisiaj jest wtorek, a we wtorki na portierni siedział Kinch – jedyny człowiek, z którym Murray zaprzyjaźnił się w zakładzie.

Wstał i zszedł do ukrytej pod ziemią toalety. Tam w jednej z kabin włożył do bębna nowy nabój w miejsce zużytej łuski. Schował rewolwer z powrotem za pasek i przykrył go płaszczem, a potem wyszedł na zewnątrz. Zdawał sobie sprawę, że pomysł, który zaczął realizować, nie był najlepszym rozwiązaniem jego sytuacji. Mimo to był przekonany, że nie przytrafi mu się nic, co usprawiedliwiałoby mądrzejsze postępowanie.

Do stacji metra miał kilkadziesiąt metrów.

– To absolutnie niemożliwe – krzyknął Weickert. – Nie zgadzam się!

– Panie dyrektorze… – zaczął Mi

– Przykro mi – powiedział stanowczo. – Nie ma i

– Ale dlaczego ja muszę się narażać?

Osłaniając dłońmi płomień Weickert zapalił papierosa. Widać było, że drżą mu ręce.

– Dlaczego ja? – powtórzył.

– Myślałem, że już to sobie wyjaśniliśmy.

– Nie wystarczy wam posadzenie go za napady? Dlaczego muszę służyć za żywy cel?

– Proszę zrozumieć, że to niebezpieczny szaleniec. Za napady z bronią w ręku dostanie jakieś dwadzieścia lat, ale prasa brukowa zrobi z niego bohatera – ostatniego rewolwerowca broniącego się przed terrorem informatyki.

Seager uderzył pięścią w blat.

– Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży swoich pamiętników znajdzie adwokata, który wyciągnie go z więzienia już po dwóch, trzech latach – powiedział trochę ciszej. – My musimy zamknąć Murraya za usiłowanie zabójstwa.

– A wie pan, jaki on ma teraz program osobowościowy? – dodał Mi