Страница 28 из 78
Było inaczej niż zwykle. „Pułkownik” Gusiew cały dygotał, wręcz trząsł się, nie mogąc opanować nerwów. Coś się stanie. Coś się stanie. Coś się stanie! Tylko to jedno miał w głowie. Jako obserwator natchniony czuł tę zbliżającą się dziwną rzecz wszystkimi komórkami ciała. Coś się stanie…
Zapalił papierosa i spojrzał na szczyt Hali Ludowej. Tu przemawiał i Hitler, i papież – obaj w końcu honorowi obywatele Wrocławia. Tu, gdzieś w okolicy, w 1936 roku firma IBM sprzedała Niemcom automatyczny system rozpoznawania kart perforowanych, nadający się idealnie do ewidencjonowania w Auslandorganisation Żydów, których miano później eksterminować. Mniej więcej stąd XXX Dywizja Piechoty ruszyła na wojnę z Polską, atakując stojące blisko nad granicą wojska generała Rómmla, dalekiego krewnego Erwina Rommla. Feldmarszałek ćwiczył na podwrocławskim poligonie – później, przed wyprawą do Afryki. Nie ma to jak sprawy rodzi
Wzrok Gusiewa prześlizgiwał się po idealnie ułożonej kostce nowoczesnego parkingu. Tak dobrego obserwatora jak on nowa nawierzchnia nie mogła zmylić. Wiedział, którędy szła stara droga, gdzie jeszcze zostały słupy z niemieckimi lampami, które można obejrzeć w dowolnym filmie o Auschwitz. Wiedział, gdzie są najniższe punkty betonowego pola i jak podłączono je do niemieckiej sieci melioracyjnej. Miał wrażenie, że całe pokolenia architektów budujących to miasto chciały mu coś powiedzieć. Że w tkance aglomeracji zaklęta jest jakaś myśl. Że to wszystko czemuś służy. Ciągle nie mógł się domyślić, ale wiedział, że w końcu dotrze do rozwiązania. Bo coś tu tkwiło, coś na granicy pomiędzy kompletnym niezrozumieniem, entropią, a porządkującą ideą. Zerknął na idealnie wystrzyżony trawnik. Wystarczyłoby wziąć łopatę, by w dowolnym miejscu dokopać się ludzkich kości i jakichś kamieni z niemieckimi lub hebrajskimi inskrypcjami, niosącymi swoje mroczne przesłanie – hen, przez niewyobrażalne otchłanie czasu. Wiedział też, że właśnie on odkryje to przesłanie, dowie się, co chcieli powiedzieć Starzy Mistrzowie.
Ale jeszcze nie dziś. Dzisiaj nie mógł się skupić. Coś się stanie. Coś się stanie. Coś się stanie… Łomotało mu w głowie. Jedyną pociechą było to, że Dietrich też pije w swoim samochodzie, w zupełnie i
Dietrich skończył pić ćwiartkę „Żubrówki” dokładnie w momencie, gdy Gusiew ruszał bocznymi drogami w swoją podróż, z powrotem do domu, do którego wcale nie chciał wracać. Uruchomił silnik samochodu, ukrytego w betonowej wnęce budynku z wielkiej płyty. Stąd na swój strzeżony parking miał raptem kilkaset metrów, lecz dzisiaj zaparkował tuż pod własną bramą. Coś się stanie. Coś się stanie, coś się stanie… Cały w nerwach, wsiadając do windy wziął do ust pół paczki gumy do żucia. Niepotrzebnie. Okazało się, że żony i dzieci nie ma w domu. Zapalił gaz pod czajnikiem, puścił wodę do wa
Coś się stanie. Coś się stanie… Dietrich nie mógł skupić się na smarowaniu skomplikowanych mechanizmów, nie rejestrował upływu czasu. Znudzony pers wskoczył na biurko, jego puchaty ogon momentalnie zajął się od świeczki. Kot stał i z pewnym zdziwieniem patrzył na swoje płonące ciało. W tym momencie rozległ się szczęk zamka. Do mieszkania weszła żona z dziećmi.
Dietrich chwycił kota i wyskoczył do przedpokoju.
– Tadam, tadam! – krzyknął. – To pierwszy płonący kot na świecie!!! – usiłował zgasić koszulą palący się ogon.
Jednak żona nie doceniła dowcipu. Patrzyła w szoku na wylewającą się na przedpokój wodę z wa
– To jest bardzo dziwne – mówił Gusiew do „Węgierki z Węgier”. – Prowadziliśmy badania nad powtarzającymi się snami, ale do niczego nie doszliśmy.
– Gusiew, nie pierdol – powiedziała Irmina, dając kolejny dowód, że języka polskiego uczył ją ktoś z wielkim talentem, a w dodatku bez żadnych zahamowań. – Ja już szpiegowała we śnie i wiem, że zaraz powiesz mi coś ważnego.
– Niczego ci nie powiem!
– Gusiew! – prawie krzyknęła, śmiejąc się jednocześnie. – Powiesz!
„Pułkownik” tylko wzruszył ramionami.
– Powtarzające się sny? – zapalił papierosa. – Taaaaaaaaaa… Borkowski prowadził badania na ten temat. Wymyślił nawet „uprzyjemniacz snów”. I testował z jednym takim technikiem na Jarku Wiśniowieckim. Tyle tylko, że Jarek nie żyje, dostał udaru w trakcie eksperymentu. A Borkowskiego policja i władze uczelni tak zaszczuty, że się powiesił. Chcesz z nim pogadać? Nie ma sprawy, zawiozę cię na cmentarz!
– Gusiew, nie pierdol, dobrze? – powtórzyła Irmina. – Gdzie jest pokój Borkowskiego?
– O tu! – Gusiew odchylił się na fotelu, otworzył drzwi, wskazał coś w głębi korytarza. – Tu jest! Masz jeszcze nawet policyjne pieczęcie na drzwiach, dziecko. Oryginalne.
– Klucz!
– Na policji, dziecko.
– Gusiew, nie wpieprzaj mnie. Klucz!
Dietrich nie wytrzymał. Także odchylił się na fotelu, wystawiając głowę na korytarz.
– Pani Aniu – krzyknął do portierki. – Pani da klucz od sto szesnaście! Wie pani, ten zapasowy dla sprzątaczek.
– Nie ma sprawy – usłyszeli miły, kobiecy głos, a potem odgłos powolnego człapania zbyt dużych butów. – Tylko lepiej tam nie wchodźcie, panowie doktorowie. Tam atomy latają. Sprzątaczki mi mówiły.
– Tak. Wszystkie trzy – zgodził się Ivan. – W zeszłym tygodniu usiłowaliśmy złapać jednego, ale za szybki, cholernik! Zwiał.
Irmina uśmiechnęła się.
– No. Ja mówię – pani Ania paznokciem usunęła policyjne plomby i kartki z pieczątkami. – Tylko tych aparatów nie włączajcie, panowie doktorowie. Za dużo nieboszczyków już było. Świętej pamięci doktor Borkowski i…
– Magister – sprostował Dietrich, uściślając stopień naukowy kolegi.
Pani Ania odeszła, człapiąc do swojej wieży strażniczej vis-à-vis parkingu, na którym ciągle kradli radia ze wszystkich samochodów. Po chwili usiadła obok śpiącego ochroniarza, który chrapał, a cudze radia miał w dupie.
Gusiew, nagle zdenerwowany, otworzył drzwi i wpuścił ich do środka. Potem cofnął się. Wyjął z szuflady biurka trzy piwa, ustawił butelki pod ścianą, jak skazańców, i przeleciał po nich strugą z gaśnicy śniegowej; stary studencki sposób.
– Dobra, macie zimne – składanym nożem zerwał kapsle. – I co niby chcesz tu znaleźć?
Irmina z wdzięcznością przyjęła piwo. Za oknami słońce wznosiło się coraz wyżej – jedynie w grubych, poniemieckich murach dało się jeszcze jako tako oddychać.
– Gdzie jego notatki?
– Czyje?
– Pan Borkowski. Pisał coś. Nie?
– Wszystkie jego prace znajdziesz w bibliotece.
– Nie wkurzaj mnie, „Sepp”! – dziewczyna nagle odchyliła rękaw, pokazując żyły pokłute jak u narkomanki. – Ten wasz Urząd Bezpieki wymyślił w latach pięćdziesiątych pochodną skopolaminy! Ja już szpiegowała we śnie! – krzyknęła. – Ja już się otarła o śmierć, ale wiem, że Borkowski miał lepszą metodę!
– O kurwa… – szepnął Gusiew. Potrząsnął głową, później znowu wyjął składany nóż. Jednym ruchem otworzył szufladę biurka, podważając zapadkę w kiepskim zamku. – Tego chcesz? – rzucił na blat plik pokrytych drobnym pismem kartek. – Tego chcesz? Pamiętaj tylko, że dwóch ludzi zginęło przez te kartki!
– Tego chcę – Irmina uśmiechnęła się ciepło. Opuściła rękaw, zakrywając ślady zastrzyków. – Tego chcę! – powtórzyła.
– Dlaczego policja nie zwinęła tych papierów? – spytał Dietrich.
– Coś ty? Głupi? – Gusiew włożył do ust papierosa. – Ich tylko interesowało świadectwo legalizacji. A schematy do tej pory leżą w sądzie. Za trzy lata będziesz już coś wiedział.
– Niby co?
– G… bum, bum, bum. O!
– Zaraz – Ivan rękawem przetarł kurz na urządzeniach, zajmujących prawie połowę pokoju. – To znaczy, że nie wiemy, jak to uruchomić?
– No więc kur… – Gusiew zmełł przekleństwo. – Wiemy! Wiemy, bośmy to gów… konstruowali! – rozłożył ręce i zaciągnął się głęboko papierosem. – Chcesz uruchomić? Chcesz?! To połóż się na kozetce, a ja włączę! Będziesz następnym trupem w kolejce na cmentarz!
– To był udar?
– Nie wiem, co to było! Ale wiem co TO jest! – wskazał podpięte do komputera aparaty. – To jest jedno wielkie gówno!!! Człowieku…
Dietrich też zapalił papierosa. Gusiew krążył od ściany do ściany.
– To jest jedno wielkie gówno! To zabija ludzi!!! – krzyczał. – Chcesz, to se, kur… włącz!!! Albo lepiej wstaw głowę do kuchenki mikrofalowej! To zabija! Człowieku, to zabija. Zabija ludzi.
– Nie wiedziałem, że to konstruowałeś.
– Bo nie konstruowałem! Załatwiłem Borkowskiemu technika z uniwersytetu. I tyle. Ale coś tam wiem…
– A Jarek?
– Jarek zdychał przez trzy dni! Borkowski się powiesił. Policja i prokurator zapieprzyli go psychicznie. Dalej chcesz kontynuować? Chcesz?!
Ivan „Sepp” Dietrich przysiadł na brzegu biurka. Podniósł do ust szyjkę butelki, oszronionej od śniegowej gaśnicy.
– Czekaj, czekaj, czekaj – uśmiechnął się nagle. – Zaczyna mi się to podobać. Znaczy dwa trupy z powodu tej elektroniki? – wskazał zakurzony złom pod ścianą.