Страница 6 из 50
– Jestem za kompromisem – powiedział tak słodko, że wszystkich, mimo iż go znali, uderzyła nieomal kobieca melodia jego głosu. – Sądzę, że wszystkie przedstawione pomysły są doskonałe, wasze dostojności…
– Co?! – Od stołu porwali się i Wyzwoleniec, i Policjant, Skarbnik i Wojskowy.
– Tak, smoka należy nie uznawać, zlikwidować, objąć ochroną, a zarazem jak najowocniej wykorzystać.
– To jakieś kpiny! – wrzasnął Prefekt. – Przecież pomysły sobie przeczą!
– Pozwólcie mu skończyć – upominał Regent. – Dziękuję. Otóż smoka rzeczywiście nie należy uznawać, bo w ten sposób podnosi się jego atrakcyjność. W naszym kraju coś z pieczęcią
nielegalności sprzedaje się dużo lepiej niż z urzędowym imprimatur.
Ergo zainteresowanie wzrośnie. Po drugie, trzeba gada spacyfikować, uspokoić, pozbawić agresywności, bo nie stać nas na długotrwałe utrzymywanie go na diecie białkowo-tłuszczowej. Po trzecie, chronić należy bestię nie tylko dla dobra nauki, ale żeby nikt go nie ukradł…
– Słusznie! – Liktor zatarł ręce.
– A po czwarte, zarobić. Smok goniący (niekoniecznie za niewi
stworzyć szklane kule i nakłonić go do nadmuchania ich smoczym ogniem, mielibyśmy stałe oświetlenie na długie, ciemne amirandzkie noce… O turystyce kolega Tezaurator już wspominał.
– Ale jak mamy go karmić i oduczyć agresywności? – zapytał Renard.
– Trzeba stopniowo zmieniać dietę. Na początek jako ofiary podtykać bestii jednostki karmione wyłącznie strawą rośli
sposobem, wierzę, wychowamy sobie smoka jarosza. Łagodnego, nieagresywnego, zaprzyjaźnionego. I tak nam dopomóż Multijanus.
Plan augura przeszedł przez aklamację.
Już po pół roku zamiast wściekłych ryków ze stoków Smoczej Góry dobiegać poczęły pomruki i pogwizdywania (smok lubił najbardziej rozlewne melodie z Południa).
Odetchnęli obywatele, potencjalni więźniowie, żebracy i dziewice. Tylko specjaliści od propagandy zagranicznej nie zaprzestawali snuć opowieści o krwiożerczości potwora, ale to należało do ich obowiązków służbowych.
Bestia zaś kontentowała się dzie
Taka porcja na przednówku okazała się wielkim obciążeniem. Rada znów poczęła wykazywać nerwowość i snuć refleksje, czy poświęcenie pewnej grupy emerytów i weteranów nie byłoby jednak korzystniejsze… Na szczęście, ktoś wpadł na i
Choć wydaje się to nieprawdopodobne, smok zasmakował w materiałach piśmie
Gorzej, że spożywana literatura poczęła wywierać znaczny wpływ na bestię. Coraz chętniej smok dyskutował ze służbą, wypowiadał się na tematy filozoficzne. Po przeżuciu większej dawki pieśni patriotycznych wyraził ochotę na wyprawę woje
Nadzorcy z niepokojem i nadzieją czekali na pojawienie się pierwszych zielonek, a literaturę do konsumpcji zaczęto poddawać stara
Pozostaje niepojęte, w jaki sposób treści z przemielonych na proszek dzieł docierały do mózgu dinozaura. Jednak docierały. A co się działo, gdy zadano mu znaczną porcję materiałów statystycznych, ksiąg gospodarczych i tajnych raportów o stanie państwa?
Smok wykarmiony na patriotycznej poezji i prozie, teraz zasilony problematyką ekonomiczno-socjologiczną, zapragnął naraz stać się użyteczny w dziele reformy antyku i ocalenia świata, który rzekomo musi zginąć. Zaczął imać się robót publicznych, grzmieć przeciwko złym obyczajom, napominać ludzi…
Ale nie szło. Antyk amirandzki wyraźnie wyglądał na nierefor-mowalny. Zresztą plebs, zadowolony z dotychczasowego próżniaczego trybu życia, pyskował tylko (korzystając ze swobody wypowiedzi, którą smok wymusił na Regencie) na pomysły „starego gada". Smok, niekontrowersyjny jako krwiopijca, w roli jarosza-reformatora zaczął nagle wszystkim przeszkadzać. Toteż jego przeciwnicy posunęli się do wyjątkowo chamskiego numeru. Któregoś wieczoru za karmę posłużyła cała półka dotycząca smoczego gatunku i do dinozaura dotarła brutalna prawda, że reprezentuje ród dawno wymarły, ergo w ogóle go nie ma.
Ten paradoks zaprzątnął go bez reszty. Dał spokój reformom (wszystko wróciło w stare koleiny), a sam myślał, myślał, a im dłużej kombinował, tym w głębszą popadał desperację.
Wreszcie zaryczał pożegnalnie i zadecydował: aby wszystko zgodziło się z wymogami naukowymi, popełni samobójstwo.
W tym celu zeżarł tonę siarki, popił nie przegotowaną wodą z rzeki Kamienicy… Ale nie pękł. Może użył niewłaściwych proporcji. Mieszanka wzdęła go jeno, uniosła w powietrze jak balon i na zasadzie odrzutowca przepędziła hen, hen poza górami, poza lasami, wymiarami i czasami, aż gdzieś do starożytnych Chin.
Tam się na nim poznali. Jednak to już całkiem i
Cudów Nie Ma
Zanim został świętym, był zagorzałym ateistą. Możliwe, że pozostał nim do końca życia, a nawet po śmierci. Prawdopodobnie z tego powodu Limeryk – choć nieoficjalnie patron Amirandy, bohater olbrzymiej liczby podań oraz materiał na nieprzebraną ilość relikwii, z których po złożeniu razem można by zbudować wieloryba – nie doczekał się oficjalnej kanonizacji. Bo choć świątobliwe życie prowadził i cudów rozlicznych dokonywał, pozostał niepoprawnym materialistą dialektycznym.
Być może, w i
Czy zatem ów pochodzący z Irlandii mąż też był czarownikiem? Owszem, spotykał się z takimi pomówieniami, raz nawet zaszczycił sobą stos w jakimś prowincjonalnym grodzie, ale bez rezultatów, był niepalny, a jak wykazały próby pławienia, również impregnowany.
Dziś zapewne nawet w Amirandzie okrzyczano by go kosmitą, ale wówczas, w dobie zabobonu i rozpanoszonych guseł…?
– Święty! – mówili o nim nawet koledzy po fachu, którzy dokonywali niemałych wysiłków, aby sami mogli na to miano zasłużyć.
Gwidon Ławnik spędził czterdzieści osiem lat pod ławką Wielkiego Trybunału, Albert Płetwonurek przez jedenaście lat nie opuścił dna królewskiego stawu, oddychając przez jedną rurkę, a odżywiając się przez drugą, Witalis wskoczył do tygla, w którym odlewano wielki dzwon, co nie zaszkodziło odlewowi, w przeciwieństwie do Witalisa, a Eurydyka Rudowłosa zjadła w ciągu pięciu lat, dla umartwienia, własne kończyny. I niestety, nikomu z nich się nie powiodło. Bywało, że anachoreta Eutanazy wchodził na Wielką Górę za Regentsburgiem i wołał rozpaczliwie: – O Panie, dlaczego nie dajesz nam mocy czynienia cudów, a jego – choć nie wierzy – wspierasz?
I ponoć raz rozwarła się opona chmur, a głos miękki, męski, spokojny odpowiedział:
– Bo go lubię!
Nie ma powodu powątpiewać w tę historię, byłby to w końcu niezbyt odosobniony przypadek sympatii bez wzajemności.
Przekazy nie zostawiły dokładnego opisu Limeryka, toteż w sprzedawanych na odpustach obrazkach panują karygodne rozbieżności. Raz jest to wychudły pustelnik w stylu El Greca, kiedy indziej uduchowiony cherubin z ceglastymi wypiekami na policzkach. Były też wypadki dorobienia aureoli do pochodzących z XX-wiecznego przemytu konterfektów Marksa i Engelsa, ale ich kolportaż został zakazany oficjalną bullą regentsburskiego patriarchy.
Moim zdaniem, był to łysiejący jegomość w średnim wieku, o aparycji przeciętnej, schludny i opanowany, bez szczególnych oznak charyzmy czy i
Jego szczególne predyspozycje ujawniły się jeszcze w rodzi
W owym czasie przez dziurę czasową, którą wytworzył 11 lutego 1988 roku wybuch bomby zmajstrowanej dla IRA przez jednego z naukowców, przedostała się w irlandzką przeszłość pewna liczba książek o tematyce laickiej wraz z ich właścicielem, aktywistą-materialistą, a także odrobina sprzętu laboratoryjnego, co doszczętnie pokiełbasiło w głowie wczesnośredniowiecznemu żakowi.
Aktywista długo nie pożył, ale co przekazał młodemu chłopakowi, pozostało.
Najsampierw próbował za pomocą cudów dokonać rewolucji naukowo-technicznej, a gdy się to nie powiodło, zwrócił się ku własnemu wnętrzu, kontemplacji, medytacjom, z których wyrwała go jedynie potrzeba służenia ludziom. Toteż dreptał po bezdrożach ówczesnej Europy, dokonując rzeczy miłych a pożytecznych, aż wreszcie i
Osobiście nie był człowiekiem szczęśliwym – czynił wszak cuda, w które nie wierzył. To znaczy, ciągle usiłował znajdować dla nich jakieś naukowe wytłumaczenie.