Страница 1 из 50
Prolog
– Więc pan nie wierzy w Amirandę? – powiedział szpakowaty archeolog w luźnym, letnim garniturze, z niedbale zawiązaną apaszką na szyi.
– Oczywiście, przecież ja ją wymyśliłem!
– Zarozumialec!
Rozmowa miała miejsce w rozkosznie chłodnym korytarzu, na który wymknąłem się, nie mogąc wytrzymać upału panującego na sali obrad plenarnych Kongresu Historyków Powszechnych. Profesor HSP pospieszył za mną, a jego pytanie dopadło mnie na wysokości biustu Sokratesa. Przedtem zamieniliśmy kilka zdań na temat legend i mitów i już nie pamiętam, w jakim kontekście podałem przykład mojej Amirandy. Może chodziło o opinię na temat mego eseju „Historiozofia baśni”, który ukazał się w „Gazecie Kongresowej"?
Nie miałem wielkiej ochoty dyskutować z HSP, który we własnej sekcji problemowej uchodził za dziwaka i nieznośnego gadułę.
Moje myśli zajęte były młodziutką Joan Parker z Harvardu, której nogi interesowały mnie znacznie bardziej niż jej obrzydliwie postępowe poglądy na temat „Koegzystencji w dobie Pax Romana".
Archeolog jednak nie dał zbić się z tropu.
– A jak ją pan wymyślił? Pod wpływem szoku, nagłej iluminacji?
– Nie, stopniowo, latami, najpierw we fragmentach, dla zabawy, dla najbliższych, później publikując tu i ówdzie krótkie historie, aby z czasem wyobrazić sobie dość kompletnie krainę w kształcie trapezu, położoną gdzieś na południe od zdrowego rozsądku, na prawo od materializmu historycznego, na niespokojnym pograniczu absurdu i logiki…
– A konkretnie: od Śnieżnych Wierchów do Morza Nordlandzkiego, od równin Axaru ku gwarnym miastom Rurytanii z malowniczymi porohami Kamienicy, jurajskimi skałkami Regentowa przechodzącymi w rdzawe wulkaniczne pasmo Ognioszczytów – dokończył HSP.
– Fakt – przyznałem zaskoczony. – Skąd pan wie? W żadnej baśni nie robiłem geograficznego wykładu.
– A co pan powie na to?
Tu profesor wygrzebał z kieszeni starą monetę, na której rewersie dostrzegłem amirandzki trapez z wpisanym weń centaurem, a na awersie tłuste oblicze jakiegoś władcy, z na wpół zatartymi literami Rodrigus ąuintus regentus amirandiensis.
– Zręczny falsyfikat – roześmiałem się – doskonale wykonany, chyba z ołowiu, bo ciężki jak złoto.
– To złoto najwyższej próby – powiedział tonem lekko urażonym profesor.
– Zresztą to nie jest jedyny okaz w moim posiadaniu. Niech pan wpadnie po obradach do mojego pokoju.
Nasz hotel leżał nie opodal targowiska i równie blisko historycznego centrum, teraz zatopionego w południowym żarze. Większość kolegów z naszej delegacji udała się do miasta, już to poznać uroki kolebki cywilizacji, już to wzbogacać miejscową ludność w żelazka elektryczne, namioty i śpiwory. Pozostaliśmy sami. Leniwie warczał wentylator, na suficie przycupnęła mała antygrawitacyjna jaszczurka. HSP miał już dobrze pod siedemdziesiątkę, ale trzymał się niczym dąb Bartek – krzepko, nie zdradzając żadnych objawów starczego uwiądu. Od czterdziestu lat na emigracji, mówił ciągle przepiękną kresową staropolszczyzną.
– Mówiąc szczerze, jak pan trafił na Amirandę? – zapytał mnie, ledwo wszedłem i zdążyłem umoczyć usta w szklaneczce z metaxą.
– Wymyśliłem ją! – powtórzyłem.
Pokręcił głową.
– Musiał pan mieć objawienie. Albo cykl objawień.
Gdyby nie szacunek dla jego siwych włosów, wybuchnąłbym śmiechem. Poprzestałem na grzecznym zaprzeczeniu.
– A sny? Zwidy nocne? – nie ustępował.
– Absolutnie nie. Wie pan, zajmowanie się historią nie jest zbyt intratnym zajęciem, dorabiam więc pisaniem różnych żartobliwych kawałków, wymyślam kosmitów, bawię się w horrory, kiedyś wziąłem na warsztat tradycyjne schematy baśni i zacząłem manipulować…
– Ale dlaczego Amiranda? – przerwał i powtórzył z naciskiem:
– Dlaczego?
Wzruszyłem ramionami.
– Tak mi się wymyśliło.
– Wymyśliło – zachichotał i naraz gwałtownym ruchem wyciągnął walizeczkę pełną kserokopii.
– Czytał szanowny kolega Alkajosa z Aleksandrii? A neo-Prokopiusza? A może relacje Gu
– Może pan jeszcze dorzucić Kritiasza Platona, ten dialog znam.
– Platon pisze o Atlantydzie, o wielkiej wyspie, Amiranda nigdy wyspą nie była… Platon, i owszem, wiedział coś na jej temat, ale – jako znawca bytów idealnych – nie interesował się czymś, co przypomina karykaturę rzeczywistości. Istniały natomiast pewne, parozdaniowe wzmianki u Arystotelesa. Zostały jednak zniszczone jak pozostałe zapisy.
– Zniszczone? Dlaczego?
Profesor zniżył głos.
– Zmowa. Zmowa, panie kolego. Czy oficjalna nauka może pogodzić się z historią relatywną, z czymś, co rozsadza ramy, zaprzecza podstawowym pojęciom czasu i przestrzeni? Nie, drogi kolego. Gdziekolwiek pojawiły się wzmianki o trapezoidalnym królestwie i jego okolicach, były one zawsze tępione gorliwiej niż pisma heretyków…
– Jednak pańskie kserokopie, numizmat?
– Mam tego więcej.
Z szafki nocnej wygrzebał karton pełen rozmaitych bibelotów. Były tam nadpłowiałe miniatury, rozsypujące się kodeksy, kawałki tkanin, a nawet kości… Muszę przyznać, że gdyby nie światowa sława i niepodważalny dorobek naukowy, uznałbym mego rozmówcę za szaleńca. A tak, siedziałem obok niego w kucki i słuchałem, jak wymawiał numery dynastii, sypał nazwami lokalnymi, bezbłędnie dopasowując eksponaty do historii, która w zadziwiający sposób przystawała do moich opowiastek. Tyle że ja snułem swe legendy w historycznym bezczasie, a w relacji archeologa wszystko łączyło się w spójną całość, niczym fragmentaryczne i często sprzeczne mity greckie w jedną genealogię pod redakcją Homera i Hezjoda.
– Miał pan olśnienia typowe dla wszystkich obdarzonych nadwrażliwością historyczną, panie magistrze – stwierdził w pewnej chwili. – To się zdarza. Byty relatywne potrafią oddziaływać na czułe organizmy, weźmy Lovecrafta, Tolkiena…
– Przecież to pisarze fantaści! – wykrzyknąłem.
Westchnął.
– I pan jest dzieckiem swej epoki, wyznawcą prawd jedynych, historii nieodwracalnych. Ja mam dowody, że byli to wizjonerzy odbierający sygnały z i
Wyznam, że zaczęło mnie to już denerwować. Autorytet autorytetem, ale HSP musiał być nieźle świśnięty. Jeśli idzie o bibeloty, uznałem je za dzieło zręcznych fałszerzy, którzy w osobie archeologa znaleźli naiwnego nabywcę ich staroci.
Archeolog tymczasem wyciągnął z dna kartonu kolejną porcję pamiątek. Laseczkę błazna królewskiego z czasów V dynastii, pióro, którym podpisano traktat pokojowy po wojnie dwudziestoletniej…
– I gdzie pan to wszystko nabył?! – wykrzyknąłem.
– Częściowo kupiłem, trochę wyszperałem.
– Ale gdzie? Gdzie leżała, pańskim zdaniem, Amiranda?
– Ona nadal istnieje wokół nas.
– Wolne żarty! – nie wytrzymałem.
– Ale odpowiedź będzie szybka – odciął HSP – ja tam byłem! Chce pan obejrzeć slajdy?
Chciałem.
I tak się zaczęło…