Страница 5 из 50
Ostatni Smok
Antyk miał się ku końcowi.
Mozaiki spadały z szybkością kamyczka na kwadrans, łuszczyły się malowidła na portykach, koczownicy dawno przekroczyli nie pilnowane granice i tylko sute daniny odpędzały ich od przedpoli Miasta.
W samej stolicy świątynie starych bogów raziły niedostatkiem, co się tyczy nowych – panowało w tej materii dziwne rzeczy poplątanie, tak że nikt nie wiedział, czy lepiej stawiać na Mitrę, Izydę czy nową religię ze Świata Numer l?
Obyczaje uczyniły się tak swobodne, że z mody poczęły wychodzić nazwiska, jako że nikt i tak nie wiedział, czyim naprawdę jest potomkiem. W legiach i kohortach pretorianów szerzyło się pedalstwo, a autorytet wszelkich instytucji upadł tak nisko, iż można śmiało rzec, że władza leżała na ulicy. Jednakowoż nikt specjalnie się po nią nie schylał, panowała bowiem uzasadniona opinia, że tak czy siak przyjdą barbarzyńcy i koniec.
I
Królowie z miejscowej dynastii, owszem, nadal egzystowali w Złotym Oppidum na wzgórzu Multijanusa, ale był to właściwie monarszy rezerwat, krajem zaś rządził Główny Doradca zatwierdzony przez zaprzyjaźnionych Koczowników, coraz śmielej przybierający tytuł Regenta.
Nawet prymus w gimnazjum zapytany o panującego potrafił bez trudności wymienić miano Pierwszego Doradcy (tradycyjnie zaczynającego się na literę R), co się zaś tyczy króla – miał mgliste pojęcie i nieraz podawał imię dziadka lub ojca aktualnego monarchy.
Jeden Multijanus trzymał się jeszcze jako tako, a jego świątynia należała do samofinansujących się. I to głównie z powodu braku grawitacji. Podobizna boga miała w odróżnieniu od rzymskiego pierwowzoru sześć twarzy: cztery, niczym u Światowida, ustawione wertykalnie (quadrowizyjnie) i dwie horyzontalnie – jedna u góry, druga u dołu. Całość utrzymywana cudowną mocą, a może tylko niewidzialną żyłką, wisiała w środku elipsoidalnej świątyni, wzbudzając podziw pielgrzymów, zwłaszcza że potrafiła również odpowiadać, i to równocześnie, w sześciu głównych dialektach starego Imperium. I
Na taki czas kryzysów i przewartościowań przypadły rządy Regenta Renarda. Niewątpliwie ów słaby człowiek, satrapa o gołębim sercu i tyran bez przekonania, chciał dobrze. Lojalny wobec Koczowników, na swój sposób kochał podległą mu domenę, jej wielowiekową historię, a nawet ludzi: rozbałaganionych, leniwych, wulgarnych, choć trzeba przyznać, w momentach próby zdolnych do największych wyrzeczeń, poświęceń, szlachetności.
Późnoantyczni mieszkańcy Amiru, zwani też już niekiedy Amirandczykami, byli przede wszystkim sfrustrowani. Z imperium, zajmującego dwa wieki wcześniej trzy czwarte alternatywnego świata, ostał się jedynie ochłap: Miasto, parę okolicznych wsi, bagien i nieużytków wyniszczonych przez złą gospodarkę, plagę żuka prosojada i chorobę marynarską, przywleczoną z dalekiego Orejonu, a rozprzestrzeniającą się przez podawanie rąk, szczególnie zaś przez ich całowanie.
Każda dynastia ma swe momenty schyłkowe, nawet ta, która – według własnych zapewnień – sprawuje władzę zastępczo z mandatu bogów i okoliczności. Czasy, co tu ukrywać, były parszywe i nawet z duchem Cezara Renard niewiele mógłby zdziałać.
Minęły czasy Romanusa II, Szczęściarza. Ostatniego z wielkich. Amiranda jego lat też znajdowała się w upadku, ale korzystniejsza sytuacja zewnętrzna ułatwiała konsolidacje. Romanus potrafił skutecznie wykorzystywać rozgrywki plemie
Ambitny i brzydki jak jesie
Centaur-samica stał się godłem Amiru przez przypadek. Gdy tworzący tysiąc lat wcześniej Stare Państwo Rugad zastanawiał się nad herbem, ktoś podsunął mu, aby była nim dziewczyna wyłaniająca się z kwiatu. Tak zlecono dworskiemu plastykowi. Ten zapisał sobie zamówienie na skrawku glinianej tabliczki, wziął zaliczkę i poszedł w tango. Na kacu w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć zamówienia ani odcyfrować zapisku Dziewczyna z k… Namalował więc centaurzycę, a że król też zapomniał, co zamówił, tak już zostało.
Wróćmy jednak do Renarda i jego kłopotów. Wnuk Romanusa II żył, niestety, w całkiem i
I wtedy na dodatek pojawił się jeszcze smok.
Uczeni drakoniści zgodnie stwierdzają, że smoki małe i średnie przetrwały do późnego średniowiecza, a pewne gatunki de
A ryk miał straszny. Zrazu niski, potem modulowany przedziwnie sprawiał, że pękały kryształy, najodważniejszym drżały łydki i zsiadało się mleko. No i raz odkopany, nie dał się już zasypać.
Kopacze, którzy usiłowali zrobić jakiś użytek ze swych motyk, zostali pochłonięci kilkoma kłapnięciami paszczy, pretorianie uciekli, a wezwani eksperci pogrążyli się w wielotygodniowej debacie, czy potwór jest rodzajem mięsożernego stegozaura skrzyżowanego z dip-lodokiem, czy mutacyjnie zmienionym tyranozaurem?
W każdym razie bestia gromko obwieszczała swój głód, cichnąc jedynie na widok spadających w jamę baranów, prosiąt i skazańców, których rychło w więzieniach zabrakło.
Na konsultacje z Koczownikami pozostało zbyt mało czasu, a coś zrobić należało. Zwołał tedy Renard Tajną Radę z udziałem Arcykapłana Multijanusa, Prefekta Pretorianów, Tezauratora, Wyzwoleńca – Szefa Kancelarii oraz Nadliktora, pod którym to skromnym mianem ukrywał się dowódca policji politycznej.
– Radźcie – powiedział tylko i urwał, bo akurat ryk wygłodzonej bestii wstrząsnął całą rezydencją.
Dygnitarze spoglądali na siebie spode łba, nikt nie kwapił się zabierać głosu. Wprawieni w dworskich intrygach, doskonali w sztuce wygryzania i utrzymywania się na z góry upatrzonym stanowisku, w sytuacji bezprecedensowej potracili głowy.
– Może ty, Markusie – Regent kiwnął na Wyzwoleńca, który obok kancelarii kierował całą propagandą państwa.
– Moim zdaniem, należy nie przyjmować istnienia smoka do wiadomości – rzekł wyrwany do odpowiedzi.
– Skoro wszystkie autorytety naukowe twierdzą, że jest to gatunek wymarły, nie należy psuć słusznych teorii. – Tu przerwał i odsunął kawałek tynku, który wskutek wibracji ukruszył się i upadł obok czary z winem. – Należy wznieść wysoki mur, ustawić na nim bębniarzy i trębaczy, którzy zagłuszą ryk bestii, i dementować, dementować…
– A pokarm dla gada? Więźniowie się już kończą.
– Istnieje moc bezproduktywnych starców, kalek, żebraków, którzy tylko obciążają skarb państwa…
– Mam i
– Protestuję! – zakrzyknął Nadliktor, do którego obowiązków należała również opieka nad ochroną naturalnego środowiska. – Byłby to akt wandalizmu, smoki powi
my wszak, że Zielony Półsmok skrzyżowany z kołem zębatym i kłosami
jest herbem naszej stolicy.
– Popieram kolegę – brzęknął metalicznym podniebieniem Tezaurator. – Już teraz wiadomość o pojawieniu się smoka wzmogła zainteresowanie zagranicznych biur podróży. Smok może okazać się cudownym środkiem na nasz napięty bilans płatniczy. Propaganda -
tu skłonił się w stronę Wyzwoleńca – nie należy wprawdzie do mych obowiązków, ale pragnę zauważyć, że ten potwór jest niezwykle dogodną okolicznością tłumaczącą nasze przejściowe trudności. Dotąd tylko jako winowajców mieliśmy w latach parzystych suszę, a w nieparzystych powódź oraz szarańczę w latach przestępnych, teraz dojdzie
smok.
– Jest w tym trochę racji – zgodził się Renard. Tymczasem oprócz ryku i
– Precz ze smokiem! Precz z krwawymi daninami! Chcemy żyć i pracować w pokoju! Niech żyje król! Barbarzyńcy go home!
Zrobiło się nieprzyjemnie, a ponieważ wypowiedzieli się już wszyscy świeccy, wzrok Regenta spoczął na Arcykapłanie. Nie cieszył się on sympatią pozostałych prominentów – zarówno cywile, jak wojskowi zajmowali się konkretami i metafizyczne kontakty osoby duchownej bardzo im były nie w smak, toteż augur Multijanusa zapraszany był jedynie w sytuacjach naprawdę dramatycznych. Takich jak obecna.