Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 38

Rowan, który nadal pomagał Fremonowi przy ewidencji ludności, poinformował mnie, że wkrótce przewiduje się witalizację kobiet – żon pracujących już w osiedlu mężczyzn.

– A co z tymi dziewczynkami, które wybieraliście na początku z kartoteki? – zagadnąłem go w trakcie rozmowy.

– Nie wiem. Nic nie wiem na ten temat – odpowiedział niechętnie i udając bardzo zajętego, oddalił się szybko.

Zapytałem więc Martinsa o te kobiety. Spojrzał spod oka, potem rozejrzał się dokoła i odwrócony plecami do mnie powrócił do układania na półkach jakichś opakowań z lekami. Urządzał właśnie ambulatorium w jednym z baraków.

– Nie opowiadaj o tym nikomu… – mruknął po dłuższej chwili. – One są tam, w bunkrze. Zwitalizowali je potajemnie, a ja jestem jedynym spoza Komitetu, który o tym wie. Gdyby się to rozniosło po osiedlu, mogłoby dojść do zamieszek…

– Czy to… żony tych z bunkra?

– Ale skądże! To w większości żony albo dziewczyny tych, co jeszcze tkwią w pojemnikach anabiotycznych!

– Trochę to… nie w porządku… – mruknąłem.

– Trochę? – podchwycił Martins głośnym szeptem. – To po prostu zwykłe świństwo!

– No, może… nie aż tak – powiedziałem z naciskiem. – Nie wygłaszajmy ocen, nie znając dokładnie faktów. Może potrzebują kobiet do prowadzenia gospodarstwa…

– A, owszem, do tego też! – zaśmiał się szyderczo Martins. – Nakradli tyle żarcia… Ktoś musi im to przyrządzać. A ludziom wydają tylko tyle, by im starczyło sił do pracy. Ciekaw jestem, jak długo wytrzymają. Jako lekarz obawiam się, że wkrótce będziemy mieli kłopoty z ich zdrowiem. Leków też dostałem niewiele. Same podstawowe środki farmakologiczne. Ale najgorsze jest to niedożywienie…

– Chyba przesadzasz – powiedziałem ostro.

– Głoszenie takich poglądów może być bardzo niebezpieczne. Ludzie w osiedlu już i tak opowiadają o skarbach ukrytych na wzgórzu. Nawet o tych kobietach, o których podobno wiesz tylko ty… Ciekaw jestem, kto im o tym wszystkim opowiada? Co zaś tyczy się żywności, to przecież wszystko jest sprawiedliwie dzielone, każdy dostaje przydział. Nie słyszałem, aby moi strażnicy uskarżali się na wyżywienie!

Martins znieruchomiał nagle, wpatrując się we mnie okrągłymi oczyma, a potem ryknął śmiechem.

– Kpisz, czy naprawdę nie wiesz? – wykrztusił po chwili.

– O czym?

– O tym, że ludzie nie dostają nawet połowy tego, co twoi strażnicy?

Naprawdę nie wiedziałem o czymś podobnym. Nie sprawdzałem nigdy, ile bonów żywnościowych otrzymuje mieszkaniec osiedla. Spytałem o to jakiegoś przypadkowo spotkanego człowieka. Martins oczywiście przesadzał. Osadnik dostawał jednak więcej niż połowę tej ilości bonów, jaką otrzymywał strażnik. Ja dostawałem więcej niż moi strażnicy, ale to było zrozumiałe; zakres odpowiedzialności usprawiedliwiał tę różnicę.

Nad ranem następnego dnia miałem zły sen. Obudziłem się mokry od zimnego potu i siedząc na posłaniu przypominałem sobie urywki se

Widziałem wciąż Luizę z typowym dla se

Obudziłem się w tym właśnie momencie, z wyciągniętą do przodu dłonią chwytającą ciemność przede mną. W słabym świetle padającym przez szczelinę wentylacyjną rozpoznałem wnętrze naszego baraku. Wokoło chrapali moi podwładni. Przetarłem twarz dłońmi i odetchnąłem głęboko, z ulgą. Przecież Luiza znajduje się wciąż w pojemniku, w stanie anabiozy! Ta myśl pozwoliła mi znowu po chwili zasnąć. Nie na długo jednak. Zerwałem się, tknięty nagłym niepokojem. Czy na pewno? Skąd wiem, że nie ma jej wśród zwitalizowanych kobiet, w bunkrze?.

Nie, to było nieprawdopodobne. W jej karcie, ani też w mojej, nie było ani śladu informacji, która mogłaby łączyć jakoś nasze osoby… Nie była przecież moją żoną. A trudno przypuścić, by wybrano ją przypadkowo spośród dwóch tysięcy kobiet…

Uspokoiłem się trochę, lecz do świtu nie udało mi się zasnąć i jeszcze przed pobudką wysłałem jednego z dyżurujących strażników, by przywiódł do mnie Rowana. Przybył po chwili rozespany i wystraszony. Spotkałem się z nim przed moim barakiem i odprawiwszy strażnika powitałem go przyjaźnie.

– Czego chcesz? Co zrobiłem? – odburknął niezbyt grzecznie, lecz puściłem to mimo uszu, rozumiejąc, że musiał się zdenerwować pora

– Przepraszam cię – powiedziałem. – Chciałbym cię o coś spytać. Czy wśród tych kobiet, które zwitalizowano…

– Jakich kobiet? – zapytał z czujnym i przytomnym już wyrazem twarzy, kontrastującym wyraźnie z zaspaną maską sprzed paru sekund.

– No, przecież wspomniałeś o tych…

– Ja? Ja coś mówiłem? O kobietach? Masz na to świadków? – zaperzył się nagle. – Aha. Mówiłem, rzeczywiście, ale tylko o tym, że wybierałem jakieś z kartoteki. Nic więcej.

– Dobrze, nie musisz udawać, wiem skądinąd, że je zwitalizowano. Chciałem tylko, żebyś sobie przypomniał, czy była wśród nich dziewczyna o numerze… – zawahałem się na moment. – Tysiąc sto dwadzieścia trzy?

– Nie pamiętam numerów… – wycedził, patrząc jakoś dziwnie. – To twoja dziewczyna?

– No… właśnie… – bąknąłem, czując już w tej chwili, że popełniam jakiś błąd.

– Postaram się zapamiętać ten numer – mruknął Rowan. – Sprawdzę przy okazji.

– Zrób to, proszę! – powiedziałem, kładąc mu dłoń na ramieniu.

Wyczułem, że w pierwszej chwili chciał usunąć się spod mego dotknięcia, lecz pozostał w miejscu. Jego twarz była naprzeciw mojej i przez moment miałem wrażenie, że patrzy na moje czoło.

– Nie wiem, czy mi się uda teraz zajrzeć do kartoteki. Na razie nie wybieramy nowych osób do witalizacji. Czy chcesz, by ją zwitalizowali w najbliższej partii kobiet?

– Nie, nie! – odpowiedziałem, zbyt szybko i zbyt gwałtownie.

Dostrzegłem przelotny błysk uśmiechu na jego twarzy.

– Zrobię, co się da… O ile będę miał na to wpływ. – Mówił to równym, spokojnym głosem, w którym brzmiała spokojna pewność siebie, rosnąca z każdym słowem. W niczym nie przypominał teraz owego przestraszonego, świeżo rozbudzonego człowieka, jaki stał przede mną parę minut temu. – Sam rozumiesz. Nie mogę narazić się Fremonowi, robiąc coś bez jego wiedzy…

Pojąłem, co chciał mi dać w ten sposób do zrozumienia. To był po prostu szantaż. Odchodząc, upewnił mnie o tym.

– Wiesz przecież, że nikt nie dostaje numeru za darmo, prawda? – rzucił przez ramię, teraz już zupełnie wyraźnie kierując wzrok na liczbę na moim czole.

Teraz dopiero do mojej świadomości dotarł fakt, że Rowan nie posiadał jeszcze własnego numeru. Powinienem brać to pod uwagę, zanim zwróciłem się do niego z tą sprawą. A ja uważałem go za przyjaciela… Teraz przekonałem się, że nie mogę ufać nawet dawnym kolegom… Zdałem sobie przy tym sprawę z tego, jak fatalny błąd popełniłem, ujawniając numer dziewczyny, na której bezpieczeństwie tak mi zależało.

Trudno byłoby nie dostrzegać oczywistego faktu, że osadnicy po paru tygodniach intensywnego wysiłku zaczynają się niecierpliwić. Warunki były dalekie od komfortu, racje żywnościowe – zgodne z doktryną Morlena, który uważał, że należy utrzymywać je nieco poniżej niezbędnego minimum – oczywiście nie wystarczały. Broń myśliwska, która miała służyć do polowań na miejscową zwierzynę, znajdowała się w bunkrze i nikt oficjalnie – nie wiedział o jej istnieniu – choć pogłoski o niej, rozpuszczane wśród ludzi przez osoby poinformowane, pojawiały się coraz częściej. Oddalanie się od osiedla bez broni mogło być niebezpieczne. O tym wiedzieli wszyscy ze wstępnych informacji o planecie, otrzymanych jeszcze na Ziemi. Nikt więc nie ryzykował dalszych wypraw, nawet w poszukiwaniu jadalnych roślin, o których istnieniu też było wiadomo, nie mówiąc już o wyprawach myśliwskich.

Ludzi irytowało każde głupstwo – ot, choćby zbyt małe przydziały soli kuche

Martins wielokrotnie alarmował Jednocyfrowych z powodu katastrofalnego niedoboru białka zwierzęcego w diecie osadników, lecz władze kategorycznie odmawiały zwiększenia racji koncentratów, a o broni w ogóle nie wolno było wspominać.

Zwlekano wciąż z witalizacją kobiet i ten problem stał się wkrótce jednym z podstawowych źródeł niepokojów. Z półsłówek mojego szefa Valamisa oraz i