Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 38

– Krótka przerwa – bąknąłem w odpowiedzi na zadane niezbyt uprzejmie pytanie.

– Dobrze się składa. – powiedział. – Zbliż się. Zdążymy to załatwić. Przykucnij, tak będzie wygodniej.

Objął lewą ręką tył mojej głowy i wprawnymi nakłuciami wytatuował coś na moim czole.

– Nie wypada – szepnął mi do ucha – abyś miał numer większy niż twoi przyszli podwładni. O, już gotowe – powiedział głośno. – Przedstawiam wam komendanta Obywatelskiej Służby Porządkowej, chłopcy. Macie wypełniać jego polecenia. I moje, oczywiście. – A ty – zwrócił się do mnie – zaopiekuj się tymi ludźmi, i tymi następnymi także. Dostajesz sześćdziesięciu wybranych chłopaków i macie pilnować tutaj porządku kiedy będą nas tysiące. Odpowiadasz przede mną za porządek i za ich odpowiednie przeszkolenie. Masz stopień majora-pilota, więc chyba sobie poradzisz?

Widziałem ironicznie złośliwy wyraz jego twarzy, gdy to mówił. Z trudem powstrzymałem skurcz szczęk, lecz udało mi się to i powiedziałem:

– Tak jest.

– Dobrze, idź i skończ rozdawanie broszurek – powiedział, uśmiechając się ciągle.

Przejrzałem się ukradkiem w lusterku łazika. Na moim czole widniała ozdobnie wytatuowana liczba "11". Nim doszedłem do miejsca, gdzie porzuciłem broszury, zrozumiałem jak doniosła rzecz zdarzyła się przed chwilą. Mój plan powiódł się nadspodziewanie pomyślnie! Ileż będę teraz mógł zrobić dla moich kolegów, jak skutecznie będę w stanie im dopomóc w tej delikatnej sytuacji! Byle tylko niczego nie zepsuć, niczyim się nie zdradzić, nie sypnąć, nie stracić zaufania buntowników… to znaczy, władzy – poprawiłem się w myślach, podnosząc z ziemi rozsypane broszury.

W ciągu następnych paru dni zwitalizowano około pięciuset mężczyzn. Młodzi ludzie, których oddano pod moją opiekę, sprawowali się znakomicie jako służba porządkowa. Zakwaterowaliśmy ich w zespole baraków u stóp wzgórza, tam gdzie dotychczas mieszkałem wraz z towarzyszami z załóg. Ze względu na moje obowiązki, przeniosłem się teraz do baraku moich strażników.

Valamis, zamieszkujący wraz z pozostałymi członkami Komitetu Tymczasowego w bunkrze na wzgórzu, polecił mi wystawiać na noc posterunki przed barakiem, gdzie nocowali ludzie z załóg Konwoju. Obawiał się, że niektórzy z osadników po przeczytaniu broszury informacyjnej mogliby skierować swe niezadowolenie przeciwko nim, jako bezpośrednim sprawcom trudnej sytuacji. Nie mogłem odmówić racji Valamisowi: część zwitalizowanych rzeczywiście wyrażała oburzenie i kierowała gniew pod adresem tych, których mieli w swym zasięgu. Moi strażnicy, uzbrojeni jedynie w pałki wystrugane z gałęzi miejscowych drzew, musieli kilkakrotnie poskramiać mniejsze lub większe grupki mężczyzn, wznoszących wrogie okrzyki na placu przed barakami.

Jeden ze strażników przyszedł do mnie pewnego dnia i zameldował, że pośród osadników krążą jakieś dziwne pogłoski. Kazałem mu zrelacjonować dokładnie to, co usłyszał.

– Ludzie mówią – opowiadał strażnik – że jakoby pod budynkiem Komitetu Tymczasowego znajdują się rozlegle podziemia pełne żywności, maszyn, narzędzi i i

– Co jeszcze słyszałeś? – wypytywałem strażnika, chcąc ustalić zakres przecieków informacyjnych, których źródło było oczywiste.

– Mówi się także, że oni tam mają… jakieś kobiety…

– Bzdury, mój drogi chłopcze – powiedziałem zdecydowanie, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Możesz być przekonany, że to wszystko łgarstwo i oszczerstwa. Zapewnij o tym wszystkich kolegów ze straży. Sam im to zresztą powiem przy okazji odprawy za parę dni.

– Ale… dlaczego oni tak mówią? – strażnik był dość inteligentnym i dociekliwym młodym człowiekiem. – Komu może zależeć na rozsiewaniu tych pogłosek?

– Nie domyślasz się? – wyjaśniałem cierpliwie. – Przeciwko komu skierowany jest gniew ludzi, którzy znaleźli się w tej niełatwej sytuacji? Przeciwko załodze Konwoju, oczywiście. Cóż zatem mogą zrobić atakowani w swojej obronie? Próbuje skierować niezadowolenie ludności pod i

Mój strażnik wyglądał na przekonanego, a ja byłem bardzo z siebie zadowolony, bo udało mi się wyjść kompromisowo z trudnej sytuacji. Musiałem wszak zaprzeczyć pogłoskom, rozpowszechnianym przez moich dawnych towarzyszy. Gdyby echa tych wieści dotarły do bunkra, nikt tam nie miałby cienia wątpliwości, kto je rozpowszechnia i wówczas dostałoby się generalnie wszystkim, bo nikt by nie próbował identyfikować najaktywniejszych siewców niepokoju. Przy okazji ja także mógłbym utracić zaufanie jako stróż porządku, pod którego okiem dzieją się takie rzeczy… A przecież właśnie dzięki mojemu stanowisku, jak choćby w tym właśnie przypadku, stanowiłem tarczę ochro

Po zastanowieniu jednakże doszedłem do wniosku, że muszę choćby pozornie zareagować na działalność kolegów. Kto wie, czy Valamis nie ma bezpośrednich informatorów wśród moich ludzi. Wezwałem strażnika, który doniósł mi o krążących pogłoskach i poleciłem mu, aby on i paru i

– Po pierwsze – tłumaczyłem – jakim sposobem mała grupa ludzi mogłaby wybudować owe "obszerne podziemia", nie posiadając maszyn i materiałów. Po drugie – skąd ludzie spoza Komitetu mogliby wiedzieć o zawartości tych rzekomych podziemi? A po trzecie, wszak Komitet jest instytucją tymczasową. Gdy władza zostanie przekazana w ręce przedstawicieli wybranych przez osadników, przedstawiciele ci będą sami mogli przekonać się, co jest prawdą a co kłamstwem – a zatem utrzymywanie w tajemnicy istnienia jakichś tam magazynów czy budowli podziemnych nie miałoby sensu. Wreszcie – dodałem na koniec – jakiż cel mogłoby mieć pozbawianie ludzi tego, co im potrzebne do życia i dla nich przeznaczone? Przecież Komitet Tymczasowy – to ludzie spośród nas, tacy sami jak wy wszyscy i jak reszta osadników!

Wydaje mi się, że trafiłem im do przekonania. Ochoczo ruszyli, by wykonać swe zadanie. Niestety, po paru dniach zameldowali kolejno, że nie mogą niczego wykryć – ilekroć bowiem któryś z nich zbliżał się do grupy rozmawiających z ożywieniem ludzi z osiedla, rozmowy natychmiast cichły albo przybierały zupełnie niewi

Bez trudu pojąłem, w czym rzecz. Następnego dnia każdy z owych strażników wyruszał do osiedla, mając przed swym dwucyfrowym numerem na czole domalowaną tym samym kolorem, lecz zmywalną farbą – dodatkową trzecią cyfrę.

Metoda poskutkowała. Po dwóch dniach miałem już informacje o najbardziej aktywnych plotkarzach. Udałem się do nich kolejno, by w drodze indywidualnych, przyjacielskich rozmów przekonać ich, że głosząc swe rewelacje szkodzą nam wszystkim, a głównie samym sobie, gdyż wcześniej czy później ci z bunkra dobiorą się im do skóry.

– Jeśli chcecie, abym was nadal osłaniał – powiedziałem każdemu z osobna – umożliwcie mi to i ułatwcie moją trudną rolę.

Przyjmowali dość chłodno moje przyjacielskie rady i wydało mi się, że nie przekonałem ich do końca o potrzebie zachowania ostrożnej i rozważnej postawy wobec rzeczywistości. Jakże miałem ich przekonać o tym, co dla mnie stawało się oczywiste: że dziewięciu członków Komitetu Tymczasowego, mając do dyspozycji straż i sporą ilość broni, w pełni kontroluje kilkuset ludzi w osiedlu…

Osiedle powstało jako pierwszy obiekt wzniesiony rękami osadników, pomiędzy naszymi metalowymi barakami i brzegiem jeziora. Przy pomocy pewnej ilości niezbędnych narzędzi wydanych ludziom w pierwszych dniach po ich witalizacji, zbudowali oni kilkaset dość solidnych szałasów i domków wyplatanych z gałęzi okolicznych drzew i krzewów. Jak na łagodny klimat w tym rejonie, wystarczało to w zupełności dla ochrony przed wiatrem i deszczem. Następnym zadaniem, jakie stanęło przed osadnikami, było przygotowanie terenów pod uprawy. Powstawał system kanałów i zbiorników, karczowano krzewy i usuwano niską, gęstą rośli

Żywność wydzielano dla wszystkich za odpowiednimi talonami, które każdy otrzymywał co tydzień. Jedynym problemem, który wynikał od czasu do czasu w ciągu pierwszych tygodni, była sprawa witalizacji kobiet. Żonaci osadnicy dopytywali się o swe małżonki, a Komitet Tymczasowy nie kwapił się jakoś z ich ożywieniem. Niecierpliwym wyjaśniano, ze zwłoka podyktowana jest wyłącznie troską o zapewnienie odpowiednich warunków dla rozwoju życia rodzi

Byłem trochę zdziwiony tym, że poprzestano na witalizacji tej pierwszej, kilkusetosobowej grupy, pozostawiając resztę w stanie anabiozy. Indagowałem w tej sprawie Valamisa, lecz nie wyjaśnił mi tego do końca. Mówił, że to jest naukowo opracowany plan rozwoju populacji. Zwiększenie liczby pracujących przyspieszyłoby wprawdzie postęp prac, lecz naruszyłoby w znaczniejszym stopniu zapasy żywności. Gdy natomiast pierwsza grupa osadników osiągnie pierwsze plony z nowo powstających upraw rolnych, wystarczy ich na wyżywienie następnych osadników, a także kobiet i przyszłego młodego pokolenia.