Страница 46 из 65
Rozdział 34
W ślad za czarną limuzyną z latarniami na czterech rogach dachu główną aleją cmentarza sunął sznur samochodów. Zanim ta kawalkada wjechała na teren cmentarza, została przed bramą zatrzymana żywym łańcuchem: trzymający się za ręce tłum demonstrantów zagradzał karawanowi wjazd; Pawlak wytrzeszczył oczy, chcąc zrozumieć sens haseł na transparentach. Słyszał o takich, co właściciela nie wpuszczali do fabryki, łamistrajków nie dopuszczali do pracy, ale żeby nieboszczykowi drogę zagradzać? – Ki czort? Czego oni chcą? – przyglądał się zza szyby lincolna twarzom brodatych demonstrantów, wśród których było kilku Murzynów.
– To obrońcy ekologii – wyjaśnił September, łykając pastylkę na uspokojenie…
– Nie chcą dopuścić do pogrzebu.
– Żeby ich wilcy! A cóż oni mają przeciwko Jaśkowi? Taż niech im mister powie, że on ani komunistą, ani kapitalistą nigdy nie był! – Nie o to chodzi, Pawlak, kto kim był, tylko jak go chowają! Oni są zwole
– Ty słyszał, Władek? – Kaźmierz odwrócił się przez ramię do Kargula.
– To oni tu przez te wszystkie lata krew z brata mego wypili, a teraz mu miejsca w tej ziemi żałują?! – U nas ekologia teraz w modzie – September zakręcił szybę, by ręka obrońcy ekologii nie mogła wcisnąć mu garści ulotek.
– Czego to ludzie z głodu nie wymyślą – mruknął filozoficznie Kargul.
– U nas, chwalić Boga, jeszcze takiej mody nie ma. Karawan napierał na połączony uściskiem skrzyżowanych rąk szereg zwole
– O Jeeezuuuu -głuchy jęk wydobył się gdzieś z trzewi Kaźmierza. Wzniósł oczy ku niebu. A błękitne, jesie
– To będzie hit! – powiedział do Franciszka Przyklęka, zapominając w tej chwili na śmierć, że nie powinien rozmawiać z agentem.