Страница 45 из 65
– Smile! Smile! -krzyczał rozkazująco – Uśmiech proszę! – Znalazł Sirlej? – Pawlak ucieszył się: jest córka Jaśka! Jaki bowiem byłby i
– Ty nie dziwacz, człowiecze! Taż do czego ja mam zęby szczerzyć, jak Sirlej nie ma! – Za to jest sukces! Hit! – Mike aż kipiał z radości. Odłożył kamerę na stoliczek z klonową wykładziną, na którym stały wzory urn na prochy zmarłych. Szeroki wybór świadczył, że bracia Malec istotnie zapewniali -jak to można było przeczytać w ich anonsie – wykwintne pogrzeby.
– Niech on mnie w denerwację nie wprowadza – zeźlił się Pawlak na krętactwo „Chicagowskiego Kogutka”.
– Taż jaki on sukces widzi, kiedy córki mego brata jak nie było, tak nie ma! – No problem! – Mike ujął z szacunkiem Pawlaka pod łokieć i prowadził go teraz pomiędzy ludźmi, jakby chciał wszystkim pokazać w jakiej zażyłości pozostaje z bohaterem dnia.
– Nie ma jej, to będzie. Jak ty jesteś succesful man, to kobieta sama przyjdzie! – klepnął Pawlaka po ramieniu, zupełniejakby nie byli w tej chwili przed wejściem do parloru domu pogrzebowego, lecz na polu golfowym.
– Wasz występ u mnie w radiu to był hit! To było wonderfull! Doktor Michae sprzedał wszystkie grzyby! Mardox ma klientów na futra z kota, a „Capital Travel Office” do dziś rana zebrał tysiąc dwieście zgłoszeń na wycieczkę do Polski! Mike Kuper nie przypominał dziś tego człowieka, który przedwczoraj wyszedł ze studia w przekonaniu, że jest całkowicie przegrany a jego „Chicagowski Kogutek” straci wszystkie reklamy. W poczuciu sukcesu Mike wydobył z kieszeni żakietu blaszanego kogutka, którym – jak sam twierdził – budził tysiące polskich dzieci do szkoły i dmuchnąwszy w niego zapiał triumfalnie. Kargul wytrzeszczył oczy, a wtedy usłyszał uwagę mister Septembra: „Taka jest ta Ameryka. Leave it or love it! Kochaj ją albo rzuć!” Tymczasem Mike schował kogutka i wydobył długopis.
– Podpisujemy umowę – skinął na Anię i Kargula.
– Dacie show jak wtedy! – Taż on gadajak szepetlawy. Jaki sioł?! -zaniepokoił się Pawlak, patrząc pytająco na Anię: – Pan Kuper chce, żebyśmy jeszcze raz u niego wystąpili.
– Dlaczego raz? Kto powiedział, że raz? Trzeba iść za ciosem! Mówi wam to poeta mikrofonu! – Ja w życiu aby raz w cyrku byl – powiedział z godnością Kaźmierz i skierował się w stronę Franciszka Przyklęka, by przejąć od niego woreczek z ziemią. Poeta mikrofonu chwycił go za rękaw.
– Zapłacę! – Awo! My grosza nie głodni. Nie przewidział, że nie wszyscy są tego samego zdania. Ania przejęła inicjatywę w swoje ręce.
– Dolary? – Cash! – Ile? – Dogadamy sie. Zaraz spiszemy kontrakt… Ania skinęła głową. Kaźmierz popatrzył na wnuczkę z takim zgorszeniem, jakby w tej chwili zaczęła nago tańczyć na oczach pogrzebowych gości.
– Ot, koczerbicha! Ty prosto wariacji z tymi dolarami dostała! – Dziadku, jak wrócę goła do Polski, to będę looser! Tu robią karierę ci, co mają coś do sprzedania…
– To ty tu sprzedawać sia przyjechawszy?! – Pawlak! Wy tylko sprzedacie przed mikrofonem swój charakter – przekonywał żarliwie Mike, nie pozwalając Kaźmierzowi odciągnąć Ani na bok.
– Aj, Bożeńciu! On gada prosto jak kołowaty! Taż co mnie zostanie, jak ja charakter sprzedam, a?! – Ale co wam szkodzi jeszcze raz się pokłócić i wziąć za to cash? – Cash to gotówka – Ania chciała złamać opór dziadka, ale ten zgromił ją spojrzeniem, a Mike'a potraktował jak tępego ucznia, który na lekcji rachunków nie jest w stanie podsumować dwóch cyfr.
– Pan już dawno w Polsce nie był i nie wie, że jak my się tam kłócimy, to nie o pieniądze, tylko z przekonania! – Dziadku, a co szkodzi mieć przekonania i pieniądze? Ja mogę wystąpić! – Widzisz ją, gadzinę?! Tego już Kaźmierz nie był w stanie ścierpieć, by w szeregach jego rodziny szerzył się bakcyl kapitalistycznej zachła
– Dziękuję duchownej osobie…
– Za co? – Że pomógł ksiądz znaleźć naszą rodzinę. Oderwał się od wikarego i
rozkładając ramiona ruszył ku blondynce. Jego głos drżał ze wzruszenia: – Sirlej! Nareszcie jesteś! – Mam na imię Wanda. Zamrugał oczyma i popatrzył pytająco na księdza kościoła narodowego. Ten uśmiechnął się przepraszająco i powiedział: -Przepraszam… Nie zdążyłem przedstawić swojej żony… Oczy Pawlaka stanęły w słup. Jak jeszcze ta Ameryka zakpi sobie z niego? Jaką jeszcze wymyśli pułapkę? U kogo tu pomocy szukać, jak ksiądz ma żonę, a w radiu każą za pieniądze się kłócić? – A cożjemu oczy dęba stanęli? – półgłosem wymamrotał Kargul, widząc ogłupiałe spojrzenie sąsiada.
– Władek – Kaźmierz przywarł do boku Kargula – taż gdzie my trafili? – zerrknął na wikarego. -Czy Jaśko z takiej poręki do porządnego nieba trafi? Poczuł na ramieniu delikatny ale zarazem stanowczy uścisk czyjejś dłoni. Malec One z twarzą przejętą bólem ale także zniecierpliwieniem domagał się z nie znoszącą sprzeciwu łagodnością rozpoczęcia właściwej części ceremonii: – Sorry, mister Pawlak. Nie mogę dłużej zwlekać. Za pół godziny następny klient – wymownym gestem wskazał Malca Two, który przytaknął tym słowom gestem głowy: za pół godziny będzie pogrzeb Meksykanina, więc trzeba mieć czas, by zdjąć dumnego orła z witryny i na to miejsce dać flagę Meksyku. Z niewidocznych głośników niczym mgła z nieba popłynęła muzyka. Równocześnie bracia Malcowie rozsunęli przed gośćmi składaną ścianę parloru A-B, jakby odsłaniali scenę, na której zaraz wystąpi dawno oczekiwany solista: W głębi, na niewielkim podwyższeniu, czekał na nich ten, dla którego był to ostatni występ towarzyski. W kipieli ułożonych fachowo białych kwiatów leżał w trumnie bohater dnia. Kwiaty już dostał. Teraz oczekiwał na wyrazy uznania dla swego wyglądu… Na estradce z kwiatowego ogródka wyłaniała się lśniąca hebanem trumna, ozdobiona złotymi okuciami i uchwytami. W niej spoczywał efekt fachowych zabiegów braci Malec. Zabalsamowany, wyperfumowany John Pawlak przyciągał wzrok swoim rześkim wyglądem; ze szminką na wargach, tuszem na rzęsach oraz wyróżowanymi obficie policzkami czekał na słowo uznania; nad jego głową w złoconych ramach wisiał ogromny obraz: samotny okręt na wzburzonym morzu… Przed estradą defilowali goście, wydając nad trumną okrzyki szczerego zachwytu: – He is wonderfuul! krzyknęła radośnie prezeska Towarzystwa Różańcowego.
– Very nice – stwierdził Rotmistrz, prężąc się na baczność przy trumnie, jakby żegnał swojego podkomendnego.
– Jak w eastmankolorze! – z uznaniem zauważył prezydent rzeźników, a skaut II Rzeczypospolitej, pochylając głowę, rzucił dziarskie: – Czuwaj! Wszyscy skupieni w parlorze sprawiali wrażenie, że po ich pełnych zachwytu opiniach John Pawlak wstanie z trumny, uśmiechnie się i zaprosi swoich gości na drinka, potwierdzając w ten sposób ich przeświadczenie, że od pozytywnego stosunku do życia nie zwalnia nawet śmierć. Ale John Pawlak zawiódł ich oczekiwania, więc odwrócili swą uwagę od bohatera dnia i wrócili do swoich spraw. Komisarka o sępim nosie chciała się dowiedzieć od Kargula, czy są w Polsce sex-shopy, Rotmistrz pytał, ile w starym kraju czeka się na rozwód, a Steve Fay chciał konkretnie wiedzieć, ile kosztuje mały samolot… Rozmowy cichły jedynie w tym miejscu, w którym tkwił Franciszek Przyklęk. Jego odstające uszy i absolutny słuch od dawna zostały uznane za dowód, że jest agentem komunistycznego reżimu. To on raczej; a nie John Pawlak powinien leżeć w tej hebanowej trumnie. Ale takie szczęście by go nie spotkało: agenci nie zasługują na pogrzeb I klasy! Rozległ się terkot kamery Mike'a Kupera, który pochylił się nad trumną, by uwiecznić na barwnej taśmie oblicze nieboszczyka. Ukryte w suficie reflektorki oświetliły snopem laserowego światła twarz Johna Pawlaka. Klient braci Malców wyglądał z daleka na gwiazdora filmowego, który zaraz wstanie, by przyjąć Oskara za osiągnięcia całego swego życia… Pawlak odebrał od stroiciela worek z ziemią i położył sobie na kolanach. Czując zapach ziemi mógł spokojniej czekać na realizację scenariusza, jaki ułożyli bracia Malec… Ziemia dla ciebie jest, Jaśku – Kaźmierz toczył w myślach swą niedokończoną rozmowę z bratem.
– Dom twój zgodnie z twoją wolą na klub wyszykujemy, ale, przeprosiwszy za słowo, owocu grzechu twego nijak w tej wariackiej Ameryce znaleźć nie dałem rady…