Страница 59 из 61
Krzyk ten pozostał jednak bez odzewu, i nie mogło być inaczej, krzyk jest przecież niczym, mógł dojść zaledwie tam, do tej skarpy, i wrócił echem, lecz osłabiony, niepodobny już do jej głosu. Blimunda czuje nagły przypływ sił i zaczyna szybko iść pod górę, chwilami nawet biegnie na łagodniejszych odcinkach zbocza, między dwoma karłowatymi dębami dostrzega prawie niewidoczną ścieżkę wydeptaną przez Baltazara i prowadzącą do passoroli . Woła po raz drugi, Baltazarze, teraz z pewnością ją usłyszy, nie dzieli ich już żadna góra, jedynie kilka wąwozów, gdyby się zatrzymała, z pewnością usłyszałaby jego głos, Blimundo, jest tak przekonana, że go usłyszała, iż uśmiecha się i grzbietem dłoni ociera pot i łzy, a może po prostu poprawia włosy albo próbuje zetrzeć brud z twarzy, trudno powiedzieć, gdyż ten gest może oznaczać bardzo wiele.
To właśnie tu, oto puste gniazdo wielkiego ptaka, który odleciał. Okrzyk Blimundy, po raz trzeci powtarzającej to samo imię, zabrzmiał teraz głucho niby stłumiony wybuch, miała wrażenie, że jakaś gigantyczna ręka wyrywa jej trzewia, wołając tym razem, Baltazarze, zdała sobie sprawę z tego, że od samego początku wiedziała, iż go tu nie zastanie. W jednej chwili łzy zniknęły z jej twarzy, jakby osuszone gorącym powiewem z wnętrza ziemi. Potykając się podeszła bliżej, zobaczyła połamane krzewy i wgłębienie, które maszyna zostawiła w ziemi, a parę kroków dalej, po drugiej stronie, sakwę Baltazara. Nie było żadnych i
Nie miała tam już nic więcej do roboty, zarzuciła więc sakwę na ramię i wyruszyła na poszukiwania przemierzając z góry na dół pokryte zaroślami okoliczne zbocza i wspinając się na wszystkie wyższe występy, chciałaby teraz mieć sokole lub rysie oczy, by przed jej bystrym spojrzeniem nic nie mogło się ukryć na powierzchni ziemi, zdolność widzenia, jaką miała na czczo, była tu nieprzydatna. Przeszukała cały północny stok raniąc nogi i szarpiąc spódnicę o kolczaste krzewy i gdy znalazła się powtórnie w punkcie wyjścia, uświadomiła sobie, iż ani Baltazar, ani ona sama nigdy nie próbowali dotrzeć na szczyt Monte Junto, teraz powi
Blimunda zaczęła iść pod górę czyniąc sobie wyrzuty, że nie pomyślała o tym wcześniej, od tego trzeba było przecież zacząć, a nie wspinać się tam dopiero teraz, późnym popołudniem. Niepostrzeżenie znalazła się na wijącej się ku górze ścieżce, która niebawem doprowadziła ją do szerokiej drogi z wyraźnymi śladami kół, bardzo ją to zdziwiło, co też może być na górze, skoro prowadzi tam tak szeroka i, jak się wydaje, stara droga, kto wie, może Baltazar też się na nią natknął. Minąwszy zakręt Blimunda zatrzymała się. Przed nią szedł zako
Blimunda stała nadal, nie mogąc się zdecydować, co robić. Jeszcze się nie ściemniło, lecz pola w dolinie pogrążały się już w mroku. Chmury zasnuły całe niebo, zaczął dmuchać zimny, wilgotny wiatr, być może zwiastujący deszcz. Blimunda wprost umierała ze zmęczenia. Już prawie nie myślała o Baltazarze. Miała niejasne przeczucia, że odnajdzie go nazajutrz, nic więc nie zyska szukając go po nocy. Usiadła na przydrożnym kamieniu, wsunęła rękę do sakwy, skąd wyjęła resztkę prowiantu Baltazara, wyschniętą sardynkę i kawałek twardego jak kamień chleba. Gdyby akurat ktoś tamtędy przechodził, ta siedząca spokojnie postać bez wątpienia napędziłaby mu śmiertelnego strachu, na pewno wziąłby ją za wiedźmę wysysającą podróżnym krew lub też czekającą na i
Zapadła noc. Blimunda wstała. Wiatr był coraz silniejszy i coraz chłodniejszy. W górskich pustkowiach było tyle smutku, że Blimunda rozpłakała się, nareszcie, dawno powi
Ruiny znajdowały się po drugiej stronie klasztoru, nieco niżej, tuż przy zboczu. Były to wysokie mury zwieńczone sklepieniami, nie wykończone cele tworzyły zakamarki, gdzie doskonale można było schronić się na noc przed zimnem i dzikim zwierzem. Blimunda ostrożnie zagłębiła się w gęsty mrok panujący we wnętrzu, posuwała się po omacku bojąc się wpaść w jakąś dziurę. Jej oczy stopniowo przywykały do ciemności i w przenikającym z zewnątrz bladym świetle nocy zaczęła odróżniać wnęki okie