Страница 58 из 61
Nie ma sensu relacjonować kolejnych podróży, skoro mówiliśmy o pierwszych. Powiedzieliśmy też już dostatecznie dużo o tym, jak zmienił się ten, który je odbywa, jeśli zaś idzie o zmiany w krajobrazie i w różnych miejscowościach, to dość stwierdzić, że ich sprawcami są ludzie oraz pory roku, ludzie działają powoli, tu pojawi się jakiś dom, tam bróg, ówdzie zagon, mur, pałac, most, klasztor, płot, brukowana droga, młyn, natomiast przyroda dokonuje zmian nagłych i radykalnych, jakby mających trwać wiecznie, wiosna, lato, jesień, którą teraz mamy, zima, co niebawem nastąpi. Baltazar zna te drogi jak pięć palców swojej prawej ręki. Odpoczął nad brzegiem strumienia Pedrulhos, gdzie niegdyś zabawiał się z Blimundą, było wtedy pełno kwiatów, stokrotki na łąkach, maki w zbożach, soczysta zieleń zarośli. Po drodze spotyka ludzi ciągnących do Mafry, są to grupy mężczyzn i kobiet idących przy wtórze werbli, bębnów i organków, prowadzonych częstokroć przez księdza lub mnicha, nierzadko niosących na noszach osoby sparaliżowane, może dzień konsekracji uświęcą jakieś cuda, nigdy przecież nie wiadomo, kiedy Pan Bóg zechce uzdrawiać chorych, dlatego też ślepcy, kuternogi i paralitycy muszą bezusta
Baltazar dotarł do podnóża gór Barregudo wczesnym popołudniem. W głębi wznosił się szczyt Monte Junto skąpany w promieniach słońca, które wreszcie wyszło zza chmur. Po górach przesuwały się cienie, które niby wielkie mroczne zwierzęta przebiegały zbocza napełniając je chwilową trwogą, lecz po chwili wracało słońce ogrzewając korony drzew i połyskując w kałużach. Wiatraki stały nieruchomo, przeciwny wiatr gwizdał w glinianych fujarkach przymocowanych do skrzydeł, takie spostrzeżenia mógłby czynić podróżny, którego głowy nie zaprzątają i
Baltazar zaczął piąć się po zboczu Monte Junto, szukając prawie niewidocznej ścieżki wśród zarośli, która powi
Blimunda nie spała całą noc. Spodziewając się Baltazara pod wieczór, zwykle bowiem wracał o tej porze, wyszła na drogę, którą powinien iść, i przeszedłszy prawie pół mili usiadła na brzegu rowu, gdzie została aż do zmierzchu obserwując pielgrzymki ciągnące na konsekrację do Mafry, takich uroczystości nie można przecież przegapić, na pewno znajdzie się jałmużna i strawa, o ile nie dla wszystkich potrzebujących, to przynajmniej dla bardziej obrotnych i płaczliwych, nie tylko dusza potrzebuje pociechy, ciało też nie może się bez niej obejść. Wśród pątników trafiło się paru łajdaków traktujących siedzącą przy drodze kobietę jako tanią ofertę, którą Mafra wita gości płci męskiej, rzucali więc pod jej adresem ordynarne przymówki, które jednak zamierały im na ustach wobec kamie
Wraz z nastaniem nocy pochód pielgrzymów ustał, o tej porze Baltazar już nie przyjdzie, albo zjawi się tak późno, że raczej będę czekać na niego w łóżku, może nawet wróci dopiero jutro, jeżeli, jak powiedział, będzie miał dużo roboty. Blimunda wróciła do domu i zjadła wraz z rodziną kolację, A więc Baltazar jeszcze nie wrócił, powiedział szwagier, Zupełnie nie rozumiem tych jego wędrówek, dorzuciła szwagierka, tylko Gabriel się nie odezwał, jest jeszcze zbyt młody, by wypowiadać się w obecności starszych, jednak pomyślał sobie w duchu, że rodzice nie powi
Po skończonej kolacji Blimunda odczekała, aż wszyscy się położą, i wyszła na podwórze. Noc była cicha, jasna, prawie nie czuło się wieczornego chłodu. Może właśnie w tej chwili Baltazar idzie brzegiem strumienia Pedrulhos, zamiast haka przywiązał sobie do lewej ręki szpikulec, bo, jako się już rzekło, nigdy nie wiadomo, co w drodze może się przytrafić, choćby jakieś niepożądane spotkanie ze złym bądź wścibskim człowiekiem. To dobrze, że wzeszedł księżyc, oświetli Baltazarowi drogę i w nabrzmiałej wyczekiwaniem ciszy rozlegną się niebawem jego kroki, potem otworzy furtkę, Blimunda czeka na niego na podwórzu, dalsze wydarzenia pominiemy milczeniem, dyskrecja jest wszak naszym obowiązkiem, wystarczy powiedzieć, że ta kobieta jest bardzo niespokojna. Nie spała całą noc. Leżała w żłobie owinięta w derki, które pachniały brudną owczą sierścią, wpatrywała się w dziurawą strzechę, przez którą sączyła się księżycowa poświata, później księżyc zaszedł, zaczęło świtać, noc nie zdążyła nawet pogrążyć się w ciemnościach. Blimunda wstała o pierwszym brzasku, poszła do kuchni po jedzenie, czego się tak martwisz, kobieto, przecież Baltazar jeszcze się nie spóźnia, może przyjdzie gdzieś koło południa, tak właśnie mówił, maszyna jest już stara, wystawiona na wiatry i słotę, na pewno wymaga licznych napraw. Blimunda jednak nie słucha nas, już wyszła z domu i idzie znaną sobie drogą, którą powinien nadejść Baltazar, wykluczone, żeby się rozminęli. Rozminie się, owszem, ale z kim i