Страница 61 из 61
Zaraz wracam, powiedziała Blimunda do szwagierki. Zeszła do opustoszałej osady. Niektórzy mieszkańcy tak się spieszyli, że pozostawiali otwarte furtki i drzwi. Nie dymiło się z żadnego komina. Blimunda weszła do komórki, wzięła derkę i sakwę, potem z domu zabrała trochę jedzenia, drewnianą miskę, łyżkę oraz parę ubrań swoich i Baltazara. Włożyła wszystko do sakwy i wyszła. Zapadał zmierzch, ale teraz nie bała się już nocnych ciemności, żadne bowiem nie dorównywały tym, jakie panowały w jej duszy.
Blimunda szukała Baltazara przez dziewięć lat. Poznała kurz i błoto wszystkich dróg, stąpała po ostrych kamieniach, miękkim piasku i trzeszczącej pod nogami twardej grudzie, z dwóch zamieci śnieżnych wyszła żywa tylko dlatego, że jeszcze nie chciała umierać. Słońce tak ją spaliło, że wyglądała niczym gałąź wyciągnięta z ogniska na chwilę przed całkowitym zwęgleniem, jej poorana zmarszczkami twarz przypominała popękany owoc, toteż gdy szła przez pola, można ją było wziąć za stracha na wróble, w osadach brano ją za zjawę, a w zapadłych wioskach i odludnych folwarkach budziła prawdziwy lęk. Wszędzie pytała, czy ktoś przypadkiem nie widział mężczyzny o takim a takim wyglądzie, bez lewej ręki, postawnego niczym gwardzista królewski i ze szpakowatą brodą, którą być może zgolił, ale w każdym razie jest to twarz, której się nie zapomina, przynajmniej ja nie zapomniałam, może iść traktem lub polną ścieżką, jak wszyscy ludzie, ale równie dobrze może spaść z góry na ptaku z żelaza i wikliny, z czarnym żaglem, żółtymi bursztynowymi gałkami i dwiema matowymi metalowymi kulami zawierającymi największą tajemnicę świata, lecz nawet jeśli z tego ptaka i z mężczyzny zostały tylko szczątki, zaprowadźcie mnie tam, ja je rozpoznam, wystarczy mi dotknąć ręką, nie potrzebuję nawet patrzeć. Traktowali ją jak wariatkę, ale gdy zatrzymywała się gdzieś na dłużej, wszystko i
Szukała go przez dziewięć lat. Najpierw liczyła pory roku, później przestała je odróżniać. Liczyła też mile przemierzane w ciągu dnia, cztery, pięć, czasami sześć, lecz niebawem zaczęła się gubić w rachubach, później zaś zarówno czas, jak i przestrzeń straciły dla niej jakiekolwiek znaczenie, ich jedyną miarą stały się ranek, południe, zmierzch, deszcz, skwar, grad, mgła, droga dobra lub zła, zbocze wiodące w górę lub w dół, równina, góra, nadmorska plaża, brzeg rzeki i przede wszystkim ludzkie twarze, tysiące twarzy, niezliczone krocie twarzy, wielokrotnie więcej, niż mogła zobaczyć w Mafrze, twarze kobiet, którym zadawała pytania, oraz twarze mężczyzn, w których szukała odpowiedzi, szczególnie bacznie patrzyła na tych ani zbyt starych, ani zbyt młodych, szukała kogoś w wieku około czterdziestu pięciu lat, tyle w każdym razie miał, gdy zostawiliśmy go na Monte Junto, skąd uleciał w przestworza, od tego czasu z każdym rokiem trochę się starzał, z każdym miesiącem przybywało mu zmarszczek, a z każdym dniem siwych włosów. Ileż to razy Blimunda wyobrażała sobie, że siedzi gdzieś na rynku prosząc o jałmużnę, a tu nagle podchodzi do niej jakiś mężczyzna i zamiast pieniędzy czy chleba podaje jej żelazny hak, wówczas ona wkłada dłoń do sakwy i wyciąga szpikulec z tej samej kuźni, dowód jej stałości i wiary, Nareszcie cię znalazłem, Blimundo, nareszcie cię znalazłam, Baltazarze, Gdzieś ty się podziewała przez tyle lat, jakie przygody i nieszczęścia cię spotkały, najpierw ty opowiedz o sobie, to ty przecież zaginąłeś, Wszystko ci opowiem, i potem już rozmawialiby bez końca.
Blimunda przeszła tysiące mil, prawie zawsze boso. Podeszwy jej stwardniały i popękały niby kora dębu korkowego. Przemierzyła na piechotę całą Portugalię, czasami zapuszczała się na stronę hiszpańską, nie widziała bowiem na ziemi żadnej linii granicznej, i dopiero gdy słyszała obcą mowę, zdawała sobie sprawę z tego, że należy zawracać. W ciągu dwu lat przeszła od nadmorskich skał i plaż do samej granicy, później zaczęła szukać w i
Znalazła go. Już sześciokrotnie była w Lizbonie, teraz zmierzała tam po raz siódmy. Szła z południa, od strony Pegoes. Przepłynęła rzekę już prawie o zmierzchu, ostatnią łodzią, która wykorzystywała przypływ. Prawie całą dobę nic nie jadła. Miała trochę jedzenia w sakwie, lecz za każdym razem, kiedy po nie sięgała, jakaś niewidzialna ręka powstrzymywała ją, a jednocześnie jakby słyszała głos mówiący, Nie jedz, twój czas nadchodzi. W głębinach ciemnej wody widziała pływające ryby, kryształowosrebrne ławice, długie grzbiety, gładkie lub pokryte łuskami. Przez szpary okie
Skazańców jest jedenastu. Stosy rozgorzały na dobre, już trudno rozpoznać twarz. Na ostatnim płonie mężczyzna bez lewej ręki. Lecz wygląda na znacznie młodszego, chyba dzięki cudownemu upiększającemu działaniu sadzy, która poczerniła mu brodę. W samym środku jego ciała widać gęsty obłok. Blimunda powiedziała, Chodź. Wtedy wola Baltazara Siedem Słońc opuściła ciało, nie uleciała jednak ku gwiazdom, należała bowiem do ziemi i do Blimundy.