Страница 82 из 123
Warszawa, poniedziałek
Panie Januszu,
uwielbiam latać samolotami, chociaż za każdym razem, gdy zapinam pasy swego fotela, sprawdzam, czy na mojej szyi wisi oprawiony w złoty sznureczek turkus, który od zawsze należał do kobiet w naszej rodzinie. Towarzyszy mi wówczas – takie być może naiwne – poczucie, że i tym razem uchroni mnie on przed każdą turbulencją. Latam i latałam bardzo często, ale tylko raz, kiedy po starcie zgasło światełko „zapiąć pasy” i niespodziewanie odezwał się mocny głos stewarda „proszę natychmiast siadać na miejsca”, zamarło mi serce. Podaliśmy sobie z Dirkiem dłonie i byliśmy przekonani, nie trzeba było słów, że to już koniec. Jedyną myślą, jaka wówczas przyszła mi do głowy, była ta, że jeszcze na lotnisku we Frankfurcie zadzwoniłam do rodziców. Znali więc moje ostatnie minuty. Pewnie byłam wtedy gdzieś bardzo blisko paraliżującego strachu, którego musieli doświadczyć ci wszyscy, którym nie udało się szczęśliwie wylądować. To taka potwornie porażająca i zarazem słodka słabość. Jeszcze jesteś, a już cię nie ma. Podobnie jak Pan i pewnie miliony pasażerów, wsłuchuję się w to, jak brzmi głos pilota witającego pasażerów na pokładzie. Spięty? Nowicjusz czy stary wyjadacz? Raz, kiedy leciałam bardzo daleko na północ, wydawało mi się przez chwilę, że w samolocie zamilkły wszystkie silniki. Po minach obsługi zorientowałam się, że to tylko moje przesłyszenie albo niedosłyszenie. Nie wiem, czy słyszał Pan o katastrofie lotniczej sprzed lat, w której zginęło kilkaset osób lecących z Nowego Jorku do Paryża. Na pokładzie samolotu miała być jedna z Miss Polonia, ale spóźniła się na odprawę i nie odleciała. Szczęściara, powiesz? Tak, przez moment. Już wkrótce zginęła zasztyletowana przez nieznajomego adoratora na jednej z wrocławskich ulic. Do czego zmierzam? Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Banał, a jednak. W kwestii latania trzeba więc także sobie odpuścić. Moja znajoma, która w ogóle mogłaby nie wychodzić z samolotu, twierdzi, że nie ma się czego bać, bo przecież pilot też chce wylądować. Chyba żeby akurat nie chciał. Ale wtedy ocieramy się już o Camusa i egzystencjalno-alkoholowe rozterki literackich bohaterów.
Z upływem czasu zauważyłam w swoim dzie
Nie zawsze więc postawiona diagnoza wydaje się jedynie słuszna. Opowieść o ludzkim życiu może być tak długa lub tak krótka, jak kto sobie życzy – zgrabnie uwodzi czytelnika w „Cząstkach elementarnych” Michel Houellebecq. Historia każdego z nas może być smutna albo wesoła, zmyślona albo prawdziwa. Wymyślona na okoliczność literatury albo przeżyta tu, teraz i naprawdę. Z jednym „ale” – władzę w tym względzie posiada ten, kto decyduje, jaką historię chce o sobie opowiedzieć. Dla przykładu, bohaterki „Cząstek elementarnych” za pośrednictwem swego autora wybrały życie niespełnione. Samotne rozgoryczone i melancholijne, niepogodzone z upływającym czasem. Nic im się nie udaje. Ani miłość, ani praca, ani dzieci. Nie wychodzą poza tło męskich egzystencjalnych dramatów i będących ich konsekwencją rozstrzygnięć. Kończą marnie. Houellebecq tak właśnie, czyli ponuro, widzi los kobiet, zwłaszcza tych z pokolenia '68. Wystawia im rachunek za równouprawnienie, z którego wynika, że muszą zapłacić tym, że „starzeją się w samotności, a ich waginy są wirtualnie martwe”. To niejednostkowy życiorys, to według pisarza biografia całej generacji. Wolna miłość, pigułka antykoncepcyjna, rozbuchany erotyzm, żadnych ograniczeń i pustka. Coś poszło nie tak, tylko dlaczego? Bo mężczyzna tak długo wstydził się zaszlochać nad własnym losem? A kobiety nadal nie wyobrażały sobie i
I jeszcze Pana zmartwię, bo w ogóle nie interesuje mnie biochemia pożądania – interesuje mnie tylko ten, kto u mnie takie reakcje wywołuje. Gen – nie gen, jedno nie ulega wątpliwości, kiedy umiera pożądanie, to raz i na zawsze. Może właśnie na tym polega jego niszczycielska i demoniczna siła.
Pozdrawiam,
MD
PS Pozostaje jeszcze nadzieja, że skoro Houellebecqa nazywają Harrym Potterem dla dorosłych, to może i jego dywagacje są nieco… No właśnie jakie? Dzieci