Страница 16 из 62
– Co takiego?! – Joha
Oli przeżegnał się gwałtownie i ruszył pod ścianę. Ujął w obie dłonie cep. Aldi chwycił widły, ale widziałem, że ręce mu drżą.
– Poddajcie się – nie rezygnowałem. – Gwarantuję wam bezpieczeństwo.
Nawet nie udawali, że słuchają, ale nie próbowali również uciszać mnie za pomocą kopniaków. Schwimmer odwrócił się od ściany i spojrzał na Ilonę. Nie podobał mi się jego wzrok.
– Brońcie drzwi – rzekł głucho. – Ja zrobię, co trzeba.
Oli przełknął ślinę tak głośno, że nawet ja to usłyszałem, mimo że leżałem ładnych kilka kroków od niego.
– Jesteś… jesteś pewien? – zapytał.
Joha
– Powstrzymajcie go, na Boga! – wrzasnąłem, ale Aldi i Oli nie zamierzali się nawet ruszyć i czekali na walkę, która niewątpliwie za moment miała wybuchnąć.
Na posłaniu trwała bezładna kotłowanina, widziałem tylko zadarte, nagie nogi Ilony i pryszczaty tyłek Schwimmera oraz jego poczerwieniałą z wysiłku twarz.
– Ech, ech, ech – sapał, wciągając powietrze ze świstem.
W końcu odepchnął Ilonę i poderwał się z miejsca.
– Nie mogę, Oli! – wrzasnął z rozpaczą i wściekłością. – Nie mogę, cholera jasna!
Oli odwrócił się w jego stronę.
– Co, co? – zapytał nieprzytomnie. Na zewnątrz słyszeliśmy już tętent kopyt.
Schwimmer podbiegł do brata i szarpnął go za kubrak. Wyrwał mu cep z dłoni.
– Ty idź – rzekł gorączkowo. – Załatw ją jak trzeba.
– Na pomoc! – wydarłem się, ile tylko miałem sił w płucach. – Panie Loebe, jesteśmy tutaj! Szybko!
Podobne wołanie o ratunek nie przyszło mi łatwo, gdyż pomimo że jestem człowiekiem pokornym oraz skromnym, to jednak mam pewną zawodową dumę. Jednak uznałem, że skoro bracia Schwimmerowie chcą zakończyć swe ziemskie sprawy, to po gwałcie na Ilonie może przyjść kolej na potraktowanie inkwizytora cepem bądź widłami. O dziwo jednak, nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Joha
– Idź – warknął. – Bo jak tego nie zrobisz, to ubiję cię, jak amen w pacierzu!
Oli ruszył niechętnie w stronę kulącej się dziewczyny i popchnięty przez Joha
Usłyszeliśmy łomotanie w deski i wściekły, donośny głos Loebego.
– Otwierać, łajdaki, otwierać!
A potem musiały pójść w ruch siekiery, gdyż usłyszałem charakterystyczne uderzenia w drewno. Szopa nie wyglądała solidnie, tak więc byłem pewien, że za chwilę kupiec wraz z towarzyszącymi mu ludźmi znajdą się w środku.
Oli zerwał się z nieruchomej Ilony i ruszył pod ścianę po cep. Zauważyłem, że ma zakrwawione podbrzusze, a więc widać było, że dopiął swego.
Padły wyłamane deski. Najpierw jedna, potem druga i trzecia. Aldi wkłuł się w powstałą szparę widłami, ale ktoś musiał przepuścić ostrza i przytrzymać drzewce. Joha
Czarnobrody stracił topór, ale wyszarpnął z pochwy miecz. Ruszył w stronę Joha
– Nie zrobili… Nic ci nie zrobili? – zapytał chrapliwym, urywanym głosem.
Ona nie odpowiedziała, ale sam musiał już wszystko dostrzec. Rozerwany kaftan, podniesioną suknię, odsłaniającą nagie uda, i krew na ubraniu oraz ciele.
– Nieeeeeeeee! – wrzasnął tak przeraźliwie, jakby katowano go żywym ogniem. – Nieeeee! Moja przyszłość, moja nadzieja, nie mogli tego zrobić!
Opadł na kolana i zaczął rwać włosy z głowy. Zawsze sądziłem, że wyrażenie „rwać włosy z głowy” jest tylko zręczną i obrazową metaforą na oddanie czyjegoś cierpienia, ale oto widziałem na własne oczy, jak Loebe, wyjąc niczym wilk, rwie włosy ze swej czaszki pełnymi garściami. Potem wbił się pazurami w klepisko i, zagłuszając wszystko potępieńczym skowytem, zaczął tłuc głową w ziemię. Wreszcie łysy pomocnik nie wytrzymał tego i chwycił kupca za ramiona. Poderwał go siłą na nogi.
– Spokój, spokój! – Jego głos nie brzmiał bynajmniej uspokajająco. – Uciekajmy stąd, do cholery! Nie wiadomo, kto jeszcze przyjedzie…
Stary Loebe otrząsnął się, przetarł czoło dłońmi, ale nadal wyglądał jak szaleniec. Miał zmierzwione włosy, spoconą, czerwoną twarz, naderwane ucho, z którego ściekała strużka krwi i mokre od posoki ubranie. Przez chwilę wpatrywał się w martwego Joha
– Zabij go! – rzucił do czarnobrodego mężczyzny, który wycierał właśnie zakrwawioną klingę w kaftan martwego Oliego.
– Ojcze, on przyszedł mnie ratować! – krzyknęła Ilona i byłem zdumiony tym, że straszne przeżycia nie odebrały jej, po pierwsze, zdolności pojmowania sytuacji, a po drugie, godnego chwały współczucia dla bliźniego.
– Milcz, parszywa dziwko! – wrzasnął kupiec, a Ilona opadła na barłóg, jakby ją spoliczkowano.
Czarnobrody tylko się zaśmiał, wyszczerzając wykruszone zęby, i podszedł do mnie. Dźgnął mieczem, trzymając oburącz rękojeść, tak jakby zamierzał stemplem wbić gwóźdź w podłogę. Jęknąłem boleśnie i znieruchomiałem, a on wyciągnął na nowo pokrwawione ostrze.
– I już – zarechotał. – Po robocie…
Nie zamierzałem dawać jakiegokolwiek znaku życia, chociaż przeżyłem to mocne, choć niewprawne uderzenie. Udało mi się przyjąć ostrze w taki sposób, aby wbiło się pomiędzy ramię a klatkę piersiową. Oczywiście żelazo solidnie mnie poraniło, czułem ból zarówno w ręku, jak i rozharatanych żebrach. Niemniej morderca był pewien, że trafił w serce, a szeroki płaszcz, który miałem na sobie, utrudnił mu rozeznanie. Również tego typu zachowań uczono nas w Inkwizytorium. Jak zmylić wroga, jak udawać ciężko ra
– A co z nią? – Pokazał w stronę szlochającej w kącie Ilony.
– Co ma być? Nic! – warknął Loebe. – Uciekajmy stąd, póki ktoś się nie zjawi.
Spod przymrużonych powiek widziałem, jak ruszają do wyjścia, zostawiając za sobą trzy ciała martwych braci, mnie oraz pokrwawioną, rozpaczającą Ilonę. Córka kupca, widząc, że odchodzą, poderwała głowę.
– A ja? – krzyknęła głosem ciężkim od szlochu. – Ojcze, co ze mną?
Stary Loebe obrócił się na pięcie. Twarz miał zmienioną w grymasie gniewu. Splunął tylko pod nogi i roztarł krwawą plwocinę podeszwą.
– Ty możesz robić, co chcesz! – Wyrzucił z siebie te słowa, jakby były przekleństwem.
Huknęły drzwi od szopy, potem usłyszałem tylko ciche rżenie koni i coraz bardziej oddalający się stukot końskich kopyt.
– Ilono – starałem się zawołać, ale z moich ust wyszedł tylko zduszony szept.
Obróciła się gwałtownie w moją stronę.
– Żyjecie – powiedziała. – Jak to…?