Страница 15 из 62
– On jest inkwizytorem? – niemal wrzasnął Oli i odwrócił w stronę brata twarz wykrzywioną gniewem. – Dlaczego mi nic nie powiedziałeś, głupcze?! Skąd się tu wziął? Co wie?
– Zaraz sobie z nim pogadamy. – Schwimmer nie przejął się wybuchem Oliego. – Sam chcę wiedzieć…
Zbliżył się do mnie i machnął mi przed oczyma pochodnią. Od głowni oderwała się iskierka i spłonęła na moim policzku. Joha
– Myślisz, że się ciebie boję, inkwizytorze? – zapytał, a potem roześmiał się jakby do własnych myśli. – Nie boję się, bo wiem, że i tak jestem martwy…
– Jo
– Może, może, może. – Zauważyłem, że oczy Schwimmera były puste i rozbiegane. Ten człowiek najwyraźniej oszalał albo był bliski szaleństwa. – Zostało nam jeszcze osiem dni…
– Osiem dni? – zapytałem najłagodniejszym z tonów.
Chciał mnie uderzyć w twarz pochodnią, ale rzuciłem głową i oberwałem tylko w bok głowy. Poczułem swąd palonych włosów i pomyślałem sobie, że jeśli Bóg da, porozmawiam kiedyś ze Schwimmerem na temat tego, w jaki sposób nie należy traktować funkcjonariuszy Świętego Officjum.
– Dlaczego przyszedł sam? – zapytał Oli. – Przecież oni zawsze chodzą gromadą…
– Jego nie wysłali z Inkwizytorium. – Schwimmer przyglądał mi się badawczo i z takim wyrazem twarzy, jakby za chwilę miał zakrzyknąć „a tu cię mam!”. – Loebe go kupił, ta stara świnia… Czy nie tak, Mordimerze, jeśli dobrze pamiętam imię? Mogę ci mówić Mordi?
– Nie – odparłem.
– No to nie. – Wzruszył ramionami.
Od dłuższego już czasu starałem się delikatnymi ruchami poluzować więzy na nadgarstkach, ale równie dobrze mogłem sobie darować to bezowocne zajęcie. Jedynym pozytywnym efektem było to, że poczułem, iż mija mi odrętwienie dłoni. Więc Bogu dziękować, nie straciłem jeszcze w nich czucia.
– Myślę, że nikt nie wie, że on tu jest – powiedział z namysłem Schwimmer. – Mam rację, Mordusiu? A wobec tego – był tak pewien siebie, że nie czekał na odpowiedź – wsadzimy go do wora, nawrzucamy kamieni i utopimy w tej rozpadlinie pod Wapieniem. Nikt go nie znajdzie. Wytniemy tylko otwory w worze – patrzył na mnie z głupkowatym uśmiechem – żeby węgorze mogły swobodnie się dostać do środka. Ha, pod Wapieniem pełno jest węgorzy… Łowiłem je, jak byłem dzieckiem, wiesz? – Zwrócił się do mnie.
– Jo
– Nie! – niemal wrzasnął Joha
Ha, ciekaw byłem, co zrobili bracia-inkwizytorzy z mamusią Schwimmerów. Czyżby została kiedyś oskarżona o czary i torturowana lub spalona? Nie dziwiłem się więc nienawiści Joha
– Mogę wam pomóc – powiedziałem. – Przecież nic dziwnego, że uwięziliście człowieka, który plątał się nocą obok waszego domu. I nikt nie może mieć do was o to żalu. Jednak teraz, kiedy ujawniłem już, że jestem inkwizytorem, powi
Starałem się mówić spokojnym i przekonującym tonem, ale nie sądzę, by moje słowa docierały do Joha
– Jo
– Nie! Nie rozumiesz, głupcze, że mówi tak tylko po to, byśmy go uwolnili?
Oho ho, widać mały Joha
– Ależ pomyśl… – ciągnął brat Joha
– Nie będę nad niczym myślał! – wrzasnął Schwimmer, a jego chrapliwy krzyk przeszedł w zduszony pisk przy ostatnim słowie. Tak, tak, ten człowiek nie był przy zdrowych zmysłach. – Zabijmy go i już!
– Ciężkie to brzemię dźwigać w swej pamięci wspomnienie o zamordowanym człeku – rzekłem, patrząc prosto w oczy Oliemu. – Czyż Pismo nie ostrzega nas, że: każdy, kto nienawidzi swego brata jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego?
– Nie jesteś moim bratem! – warknął Joha
– Sądźcie i
Oli odwrócił wzrok i zamamrotał coś do siebie. Nie usłyszałem słów, widziałem tylko, jak poruszyły mu się usta.
– Trzeba go było zakneblować – rzekł Schwimmer i pogroził mi pochodnią. – Gdzie jest Aldi? – Zwrócił się w stronę brata.
– Pilnuje domu – mruknął tamten po chwili.
Domyśliłem się, że mowa była o trzecim bracie, i sądziłem, że na tym kończy się liczba osób wtajemniczonych w porwanie. Gdyby sytuacja była i
– Co zrobiliście z dziewczyną? – spytałem. – Gdzie ona jest?
– Bezpieczna – odpowiedział szybko Oli. – Pilnujemy jej.
– Czego z nim gadasz? – znowu warknął Schwimmer.
– Posłuchajcie mnie uważnie – rzekłem, starając się przemawiać jednocześnie stanowczo i łagodnie. – Wiele osób wie lub domyśla się, gdzie jestem. Joachim Kniprode, poborca podatków z Gottingen, Heinz Ritter, Andreas Kuffelberg. – Kiedy wypowiadałem to ostatnie imię, Joha
– To wszystko nieważne – powiedział nadspodziewanie spokojnym głosem Schwimmer. – I tak wszyscy musimy uciekać i ukryć się. Co za różnica, kto jeszcze będzie nas ścigał? Dobra, Oli, bierzmy go. I nie opieraj się, inkwizytorze, bo będę musiał cię ogłuszyć.
Zrobiłem, co mogłem, by ich przekonać, a w sytuacji, w jakiej się znajdowałem, niewiele pozostało mi argumentów. Podejrzewałem, że dałbym radę przekonać brata Schwimmera, ale sam Joha
Wzięli mnie za ręce i za nogi, a ja faktycznie się nie opierałem, gdyż nie miałem wątpliwości, że Schwimmer zrealizowałby swą groźbę. Zapewne nawet uczyniłby to z przyjemnością. A póki byłem przytomny, mogłem mieć jeszcze nadzieję, że wyjdę z życiem z całej tej katastrofy, w którą zamieniły się poszukiwania Ilony Loebe. Bracia zaczęli taszczyć mnie na schody, ale w pewnym momencie Schwimmer puścił moje ramiona i wyrżnąłem głową w kamie
W końcu wwlekli mnie do drewnianej szopy. Spomiędzy szpar w deskach widać było prześwitujący blask dnia, ale na ile zdołałem się zorientować, słońce chyliło się już raczej ku zachodowi. W szopie leżały wory z mąką, pod ścianą stały cepy oraz zardzewiała brona z wykoślawionymi ostrzami, a w kącie piętrzyła się kupa zalatującego zgnilizną siana. Dopiero po chwili zobaczyłem, że na dość wygodnie urządzonym (przynajmniej na pierwszy rzut oka) posłaniu, pomiędzy worami, leży Ilona Loebe. Związana, zakneblowana i rozczochrana, ale mimo upokarzającej sytuacji wydawała się nie doznać żadnej większej krzywdy. A więc mogłem sobie pogratulować: tropy zaprowadziły mnie wprost do kryjówki porywaczy, a ja wykazałem się (przynajmniej do czasu) stosowną bystrością umysłu. Tyle że nie miałem tutaj wjechać związany jak szynka, ciągnięty za stopy i stukający głową w śmierdzące łajnem klepisko. Nie tak, zapewne, piękne pa
Teraz też zobaczyłem trzeciego z braci, którego Schwimmerowie nazywali Aldim. Podobny był do Joha
– Uwolnijcie dziewczynę – powiedziałem i w podzięce za dobrą radę oberwałem kolejnego kopniaka. – Czego chcecie w zamian? – zapytałem, starając się nie okazywać bólu ani strachu. – Złota? Stary Loebe zapłaci bez wahania. Wymazania win? Gwarantuję to wam powagą Świętego Officjum.
Oczywiście, równie dobrze mogłem gwarantować im willę z ogrodem w Hez-hezronie, stado służby oraz Jego Ekscelencję biskupa w charakterze kamerdynera. Lecz w tej sytuacji gotów byłem zaoferować wszystko, aby tylko poniechali niegodnych planów. Dostałbym kolejnego kopniaka, ale zwinąłem się i czubek buta Joha
– Zabierzmy się za inkwizytora – rzekł Joha
– Czekaj no. – Aldi, który tkwił przy drewnianej ścianie z okiem przy szczególnie sporej szparze w deskach, uniósł dłoń. – Chyba ktoś jedzie…