Страница 11 из 55
III
Późną nocą dotarli do wzgórka ze wznoszącym się wysoko kadłubem statku. Aby przyspieszyć marsz, a także by uniknąć spotkania mieszkańców zagajnika, przebyli go w miejscu, gdzie zarośla rozstępowały się na kilkanaście metrów, jakby odłożył je na obie strony jakiś olbrzymi pług - w porosłych mchem odwalonych skibach gruntu pieniły się tylko aksamitne porosty.
Nagły zmrok okrył równinę, kiedy skośna sylwetka rakiety dawała się już wyraźnie dostrzec, obyli się więc nawet bez pomocy latarek. Byli głodni, ale jeszcze bardziej - zmęczeni, postanowili więc rozbić namiot na powierzchni. Fizykowi, którego spalało pragnienie - woda skończyła im się podczas powrotu - tak chciało się pić, że udał się przez tunel do wnętrza statku. Nie było go dosyć długo. Ustawiali nadęty namiot, kiedy usłyszeli jego krzyk, jeszcze spod ziemi. Skoczyli do otworu - pomogli mu wydostać się na powierzchnię. Ręce mu się trzęsły. Był tak zdenerwowany, że ledwo mówił.
– Co się stało? Uspokój się! - wołali jeden przez drugiego. Koordynator chwycił go mocno za ramiona.
– Tam - wskazał na ciemniejący nad nimi korpus - tam był ktoś.
– Co?
– Po czym to poznałeś?
– Kto był?
– Nie wiem.
– Więc skąd wiesz, że był?
– Po… po śladach. Przez pomyłkę wszedłem do nawigatorni - tam było przedtem pełno ziemi - nie ma jej.
– Jak to nie ma?!
– Nie ma. Jest prawie czysto.
– I gdzie jest ta ziemia?
– Nie wiem.
– Zaglądałeś do i
– Tak. To znaczy, ja… zapomniałem, że w nawigatorni była ziemia i nie pomyślałem najpierw nic, bo chciałem się napić, poszedłem do magazynu, znalazłem wodę, ale nie miałem jej czym nabrać, więc poszedłem do twojej kabiny - spojrzał na Cybernetyka - a tam…
– Co tam, do diabła?!
– Wszystko było pokryte śluzem.
– Śluzem?
– Tak, przezroczystym, lepkim śluzem - na pewno mam go jeszcze na butach! Nie widziałem nic, dopiero potem poczułem, że podeszwy mi się lepią.
– Ależ to może wyciekło coś ze zbiorników albo nastąpiła jakaś reakcja chemiczna - przecież wiesz, że połowa naczyń potłukła się w laboratorium.
– Nie mów głupstw! Poświećcie tu, na moje nogi.
Plama światła powędrowała w dół, ukazały się buty Fizyka, świecące miejscami, jakby powleczone błonką bezbarwnego lakieru.
– To jeszcze nie dowód, że tam ktoś był - słabo powiedział Chemik.
– Kiedy ja nawet wtedy się nie zorientowałem! Wziąłem kubek i wróciłem do magazynu. Czułem, że podeszwy mi się lepią, ale nie zwróciłem na to uwagi. Napiłem się wody i jak wracałem, coś mi strzeliło do głowy, żeby zajrzeć do biblioteki, pojęcia nie mam, czemu. Byłem jakiś trochę niespokojny, ale o niczym takim nie myślałem. Otworzyłem drzwi, zaświeciłem, a tam czysto - ani śladu ziemi! Wrzucałem przecież tę ziemię sam, więc natychmiast to sobie przypomniałem i równocześnie, że w nawigatorni też była!
– A dalej co? - spytał Koordynator.
– Nic, pobiegłem tutaj.
– On może tam jeszcze jest - w sterowni albo w drugim magazynie - półgłosem powiedział Cybernetyk.
– Nie wydaje mi się - mruknął Koordynator. Latarka, trzymana przez Doktora wylotem w dół, oświetlała skrawek gruntu, stali wokół Fizyka, który wciąż jeszcze oddychał pospiesznie.
– Iść tam czy jak? - rozważał głośno Chemik, ale widać było, że nie pali się. do realizacji tego projektu.
– Pokaż no jeszcze raz te twoje buty - odezwał się Koordynator.
Obejrzał uważnie zaschniętą, błyszczącą warstewkę, która przylgnęła do skóry. Omal nie zderzył się głową z Doktorem, kiedy i ten nachylił się, prawie równocześnie. Spojrzeli na siebie. Żaden się nie odezwał.
– Musimy coś zrobić - desperacko powiedział Cybernetyk.
– Przecież nic się nie stało. Jakiś okaz miejscowej fauny wlazł do wnętrza statku i nie znalazłszy nic, co by go interesowało, znikł - powiedział Koordynator.
– Dżdżownica pewno, co? Mniej więcej taka jak rekin albo jak dwa rekiny - rzucił Cybernetyk. - Co się stało z ziemią?
– To rzeczywiście dziwne. Może…
Nie kończąc, Doktor zaczął krążyć po najbliższym otoczeniu. Widzieli jego oddalającą się sylwetkę w odblasku latarki. Świetlna plama to koncentrowała się nisko na ziemi, to biegła, blednąc, w mroki.
– Hej! - krzyknął naraz. - Hej! Znalazłem!
Pobiegli ku niemu. Stał nad długim na kilka metrów wałem ziemi, jakby ugniecionej i pokrytej gdzieniegdzie strzępkami błyszczącej, cienkiej błonki.
– Zdaje się, że to naprawdę jakaś dżdżownica - nieswoim głosem wybełkotał Fizyk.
– Wobec tego musimy jednak nocować w rakiecie - zadecydował nagle Koordynator. - Najpierw przeszukamy ją, dla pewności, a potem zamkniemy klapę.
– Człowieku, to będzie trwało całą noc - myśmy ani razu nie zajrzeli jeszcze do wszystkich pomieszczeń! - jęknął Chemik.
– Trudno.
Zostawili wydęty namiot na łasce losu i zanurzyli się w tunelu.
Kwadrans za kwadransem snuli się po statku, oświetlając wszystkie kąty i zakamarki. Fizykowi zdawało się, że w sterowni szczątki tablic są przełożone z miejsca na miejsce, ale nikt nie był tego pewny. Potem znów Inżynier zwątpił nagle, czy zostawił narzędzia, które posłużyły do wyrobu kopaczek, w takim stanie, w jakim je teraz znaleźli.
– Mniejsza o to - powiedział niecierpliwie Doktor - nie będziemy się teraz bawić w detektywów, dochodzi druga!
Położyli się na materacach, zdjętych z koi, o trzeciej, a i to tylko dzięki temu, że Inżynier, zamiast przejrzeć oba piętra maszynowni, zadecydował po prostu zaryglować od wnętrza statku wiodące do niej drzwi w stalowej grodzi. Powietrze w zamkniętym pomieszczeniu wydawało im się duszne, wisiała w nim jakaś niemiła woń - upadali już ze znużenia i ledwo zrzucili z siebie buty i kombinezony, ledwo zgasili światło, zmorzył ich ciężki, niespokojny sen.
Doktor zbudził się w zupełnej ciemności, od razu trzeźwy. Zbliżył do oczu zegarek - przez chwilę nie mógł się zorientować, która godzina, nie zgadzała mu się z panującym mrokiem, zapomniał, że znajduje się w rakiecie, pod ziemią. Nareszcie odcyfrował z wianuszka zielonych iskierek na tarczy, że dochodzi ósma. To go zdziwiło. Tak krótko spać! Mruknął z żalem i chciał się już odwrócić na drugi bok, gdy znieruchomiał.
W głębi statku coś się działo - czuł to raczej, aniżeli słyszał. Podłoga niosła delikatny dreszcz. Gdzieś, bardzo daleko, zabrzęczało coś, było to ledwo słyszalne, ale natychmiast usiadł na posłaniu. Serce zaczęło mu uderzać mocniej.
Wróciło! - pomyślał o stworzeniu, którego śluzowe ślady odkrył Fizyk. - Usiłuje sforsować wejściową klapę - to była następna myśl.
Statek zadrżał nagle, jak gdyby olbrzymia siła chciała go jeszcze głębiej wcisnąć w ziemię. Któryś z leżących niespokojnie zajęczał przez sen. Doktorowi wydało się przez mgnienie, że włosy zmieniają mu się w rozpalone druciki. Statek ważył szesnaście tysięcy ton!! Podłoga zadygotała - był to niemiarowy, rwący się dreszcz. Nagle zrozumiał.
To był któryś z agregatów napędowych! Ktoś go uruchamiał!!
– Wstawajcie! - krzyknął, szukając po omacku latarki. Ludzie zerwali się, wpadali na siebie w egipskich ciemnościach, rozległy się pomieszane okrzyki. Doktor znalazł nareszcie latarkę, zaświecił ją. W kilku słowach wyjaśnił, co się dzieje. Inżynier, pijany jeszcze snem, wsłuchał się w odległy odgłos. Korpusem zatargały pojedyncze zrywy, nasilony jęk wypełnił powietrze.
– Sprężarki lewych dysz! - syknął. Koordynator zapinał, milcząc, przód kombinezonu, i
– Co chcesz robić?
Pobiegli za nim. Skierował się do nawigatorni. Podłoga, po której biegli, rozdzwaniała się, dygotała coraz gwałtowniej.
– Lada chwila urwie łopatki! - wydyszał Inżynier, wpadając do kabiny nawigacyjnej, oczyszczonej przez intruza. Skoczył do głównych zacisków, przerzucił dźwignię.
Jedno światło zapaliło się w rogu. Inżynier i Koordynator, teraz już razem, wyciągali ze ście
Podłoga drgała febrycznie, wszystko, co nie było umocowane, podskakiwało, metalowe narzędzia trzęsły się na półkach, jakiś szklany przedmiot spadł i roztrzaskał się, słyszeli podzwanianie okruchów. Resztki plastykowej obudowy odezwały się potężniejącym rezonansem - nagle zapadła martwa cisza, równocześnie jedyne światło zgasło. Doktor włączył natychmiast latarkę.
– Naładowany? - rzucił pytanie Fizyk.
– Najwyżej na dwie serie - dobre i to - odkrzyknął Inżynier, wyrywając raczej, aniżeli odłączając zaciski. Porwał elektrożektor, pochylił go aluminiową lufą do ziemi, zacisnął dłoń na rękojeści i poszedł korytarzem w kierunku maszynowni. Byli w połowie drogi, obok biblioteki, kiedy rozległ się piekielny, przeciągły zgrzyt, dwa, trzy kurczowe targnięcia wstrząsnęły całym statkiem, w maszynowni przewaliło się coś z przeraźliwym łomotem i zapadła martwa cisza.
Inżynier i Koordynator ramię w ramię doszli do pancernych drzwi. Koordynator odsunął rygiel wziernika, zajrzał do środka.
– Dajcie latarkę - powiedział.
Doktor wetknął mu ją natychmiast w dłoń, ale nie było łatwo puścić strumień światła do wnętrza przez wąski, oszklony otwór i jednocześnie patrzeć. Inżynier odemknął drugi wziernik, przyłożył do niego oczy i westchnął, zatrzymując powietrze w płucach.
– Leży - powiedział po długiej chwili.
– Co? Kto? - padły okrzyki zza jego pleców.
– Gość. Poświeć lepiej, niżej, niżej - tak! Nie rusza się. Nic się nie rusza. Zrobił przerwę.
– Jest wielki jak słoń - powiedział głucho.
– Dotknął szyn zbiorczych? - pytająco powiedział Koordynator, który nic nie widział, bo wylot reflektora, który przycisnął do wziernika, zasłaniał mu cały otwór.
– Raczej wlazł w zerwane przewody. Widzę - końce wystają spod niego.