Страница 12 из 55
– Końce czego? - niecierpliwił się Fizyk.
– Kabla wysokiego napięcia. Tak, nie rusza się. No co, otwieramy?
– Trzeba - odparł po prostu Doktor i zaczął odsuwać rygiel główny.
– Może tylko udaje? - rzucił ktoś z tyłu.
– Tak dobrze udawać potrafi tylko trup - rzucił Doktor, który zdążył jeszcze przyłożyć twarz do drugiego wziernika, zanim Koordynator odsunął latarkę.
Stalowe rygle przesunęły się miękko w łożach. Drzwi stały otworem. Przez długą chwilę nikt nie przestępował progu - Fizyk i Cybernetyk patrzeli ponad ramionami stojących na przedzie. W głębi, na pogruchotanych płytach ekranowania, wciśnięta między rozchylone przemocą na boki ścianki działowe, spoczywała słabo połyskująca w świetle, garbata naga masa. Chwilami przebiegało po jej powierzchni najdelikatniejsze drżenie.
– Żyje - szepnął zdławionym głosem Fizyk.
W powietrzu unosił się ostry, wstrętny swąd, jak gdyby spalonego włosia, drobny sinawy dymek rozpływał się do reszty w smudze światła.
– Na wszelki wypadek - powiedział Inżynier, podniósł elektrożektor, przyciskając przezroczystą kolbę do biodra, i skierował go w bok nieforemnej masy. Syknęło. Beziskrowe wyładowanie trafiło rozlewający się, pośrodku stromo wzniesiony kadłub tuż poniżej owego garbu. Ogromne ciało sprężyło się, wzdęło i jak gdyby zapadło w siebie, rozpłaszczając się jeszcze bardziej. Górne brzegi białych ścianek działowych zadygotały przy tym, rozgięte wielką siłą na boki.
– Koniec - oświadczył Inżynier. Przestąpił wysoki, stalowy próg.
Weszli wszyscy. Daremnie usiłowali dopatrzyć się nóg, macek, głowy tego stworzenia. Bezwładną masą spoczywało na wyrwanej sekcji transformatora, bezkształtne, garb przewiesił się cały w jedną stronę, jak luźny worek pełen galarety. Doktor dotknął boku martwego ciała. Pochylił się.
– Wszystko to jest raczej… - mruknął. - Powąchajcie - powiedział.
Podniósł ku nim dłoń - na końcach palców błyszczało coś jak krople rybiego kleju. Chemik pierwszy pokonał odruch obrzydzenia. Krzyknął zdumiony.
– Poznajesz, co? - powiedział Doktor.
Wszyscy wąchali teraz - i poznawali gorzki zapach, jaki wypełniał hale „fabryki”.
Doktor znalazł w kącie dźwignię, która dała się zdjąć z osi, podsadził jej szerszy koniec pod ciało i usiłował obrócić je na bok. Naraz pośliznął się, koniec dźwigni przebił skórę i stal wjechała niemal do połowy w tkankowy miąższ.
– No, jesteśmy ugotowani - mało, że wrak, jeszcze i cmentarz! - warknął wściekle Cybernetyk.
– Lepiej byś pomógł! - rzucił gniewnie Doktor, który mozolił się sam nad odwróceniem cielska.
– Czekaj no, kochany - powiedział Inżynier - jak to może być, żeby to bydlę uruchomiło agregat? Wszyscy spojrzeli na niego w osłupieniu.
– Rzeczywiście… - wybełkotał Fizyk. - No i co? - dodał głupkowato.
– Żebyśmy mieli tu popękać, musimy go odwrócić, mówię wam, że musimy! - wypalił Doktor. - Chodźcie wszyscy - nie, z tej strony. Tak! Nie brzydzić się! No, co tam?
– Czekaj - powiedział Inżynier. Wyszedł i wrócił po chwili ze stalowymi drągami, których używali do kopania tunelu. Wsunęli je, jak lewary, pod martwy kadłub i na komendę Doktora dźwignęli w górę. Cybernetyk zadrżał, kiedy dłoń, osunąwszy mu się po śliskiej stali, dotknęła nagiej skóry stworzenia. Z przeraźliwym plaśnięciem przewaliło się bezwładnie na bok. Odskoczyli. Ktoś krzyknął. Jak z gigantycznej, wydłużonej wrzecionowate ostrygi, wychylił się ze stulonych skrzydlate, grubych, pofałdowanych, mięsnych pochew dwuręki kadłubek, sunąc własnym ciężarem w dół, aż dotknął węzełkowatymi paluszkami podłogi. Był nie większy od dziecięcego popiersia, kiedy tak wisiał na rozciągających się błonach bladożółtych wiązadeł, kiwając się coraz wolniej i wolniej, aż zamarł. Doktor pierwszy odważył się podejść do niego, pochwycił koniec miękkiej, wieloprzegubowej kończyny i mały tors, żyłkowany blado, wyprężył się, ukazując płaską twarzyczkę, bezoką, z ziejącymi nozdrzami i czymś poszarpanym jak rozgryziony język, w miejscu gdzie u człowieka są usta.
– Mieszkaniec Edenu… - powiedział głucho Chemik. Inżynier, zbyt wstrząśnięty, by mówić, usiadł na wale generatora i sam nie wiedząc o tym, nieusta
– Więc to jest jedno stworzenie czy dwa? - spytał Fizyk. Patrzał z bliska, jak Doktor dotyka delikatnie piersi bezwładnego kadłubka.
– Dwa w jednym albo jedno w dwu - a może to są symbionty - nie jest wykluczone, że się okresowo rozłączają.
– Tak, jak ta maszkara z czarnym włosem? - poddał Fizyk. Doktor skinął głową, nie przerywając badania.
– Ależ ten wielki nie ma nóg ani oczu, ani głowy, nic! - powiedział Inżynier. Zapalił papierosa - czego nigdy nie robił.
– To się dopiero okaże - odparł Doktor. - Myślę, że nie będziecie mieli nic przeciw temu, żebym przeprowadził sekcję? Tak czy owak trzeba go poćwiartować, inaczej nie da się stąd wynieść. Wziąłbym kogoś do asysty, ale to może być - nieprzyjemne. Kto na ochotnika?
– Ja.
– Ja mogę - odezwali się prawie równocześnie Koordynator i Cybernetyk.
Doktor podniósł się z klęczek.
– Dwóch to jeszcze lepiej. Poszukam teraz narzędzi, to trochę potrwa. Muszę powiedzieć, że nasz pobyt tutaj zanadto się komplikuje - jeszcze trochę, a trzeba będzie tygodnia, żeby sobie wyczyścić jeden but - niepodobna skończyć niczego, co się zaczęło.
Inżynier i Fizyk wyszli na korytarz. Koordynator, wracający z sali opatrunkowej, już w gumowym fartuchu, z podwiniętymi rękawami, zatrzymał się przy nich. Niósł niklową tacę pełną narzędzi chirurgicznych.
– Wiecie, jak działa oczyszczacz - powiedział. - Jeżeli chcecie palić, wyjdźcie na górę.
Poszli więc do tunelu, Chemik przyłączył się do nich, na wszelki wypadek wziął elektrożektor, pozostawiony w maszynowni przez Inżyniera.
Słońce stało wysoko, małe, spłaszczone, w oddali rozgrzane powietrze drgało nad piaskami jak galareta. Usiedli w długiej smudze cienia, którą rzucał z wysoka przechylony kadłub rakiety.
– To bardzo dziwne zwierzę i nadzwyczajna historia, jak mogło uruchomić generator - powiedział Inżynier. Potarł policzek, zarost przestawał już kłuć - wszystkim wykluły się brody, wciąż powtarzali, że muszą się ogolić, ale jakoś nikomu nie starczyło na to czasu.
– Ale teraz, prawdę mówiąc, najwięcej z tego wszystkiego cieszy mnie, że ten generator dał w ogóle prąd. To znaczy, że przynajmniej uzwojenia są całe.
– A to spięcie? - zauważył Fizyk.
– To nic, wysadziło automatyczny bezpiecznik, to zupełne głupstwo. Część mechaniczna rozsypała się do reszty, ale na to znajdziemy radę. Łożyska - mamy rezerwowe komplety, trzeba tylko poszukać. Oczywiście, nawój teoretycznie też można doprowadzić do porządku, ale gołymi rękami - posiwielibyśmy nad tym. Myślę sobie teraz, że po prostu dlatego ręka mi się nie podnosiła, żeby sobie dokładnie wszystko obejrzeć, bo obawiałem się, że tam jest kompletny proszek, a wtedy wiecie, co by z nami było.
– Reaktor - zaczął Chemik. Inżynier skrzywił się.
– Reaktor - swoją drogą. Na reaktor przyjdzie kolej. Pierwej musimy mieć prąd. Bez prądu nic nie zrobimy. Przeciek chłodzenia można usunąć w pięć minut, ale trzeba pospawać przewody. Do tego znów muszę mieć prąd.
– I co, myślisz wziąć się do maszyn - teraz? - z nadzieją w głosie spytał Fizyk.
– Tak. Opracujemy sobie plan kolejności remontów, mówiłem już o tym z Koordynatorem. Najpierw musimy mieć przynajmniej jeden sprawny agregat. Naturalnie bez ryzyka nic się nie da zrobić, bo agregat trzeba uruchomić bez energii atomowej - diabli wiedzą, jak! Kieratem chyba… Niech to… jak długo rozrząd elektryczny nie działa, nie mam pojęcia, co się dzieje w stosie.
– To nic takiego, blendy neutronowe działają nawet bez zdalnego sterowania - powiedział Fizyk - stos przeszedł samoczy
– Dziękuję! Stos może się rozpłynąć i na to mówisz „nic takiego”?
Spierali się tak coraz zapalczywiej, potem zaczęli dyskutować już bardziej rzeczowo, a że żadnemu nie chciało się schodzić do rakiety, rysowali schematy na piasku, gdy z wylotu tunelu wynurzyła się głowa Doktora, który ich okrzyknął.
Zerwali się.
– No, co tam?
– Z pewnego punktu widzenia mało, a z i
– Mało - ciągnął - bo jakkolwiek brzmi to dziwnie, nie jestem w dalszym ciągu pewny, czy to jest jedno stworzenie - czy dwa. W każdym razie to jest zwierzę. Posiada dwa układy krwionośne, ale nie są całkowicie rozdzielone. To wielkie - nosiciel - poruszało się, jak sądzę, skokami albo krokami.
– To duża różnica - powiedział Inżynier.
– I tak, i tak - wyjaśnił Doktor. - To, co wyglądało jak garb - tam jest przewód trawie
– Na grzbiecie?
– To nie był grzbiet! Kiedy je prąd poraził, upadło właśnie brzuchem do góry!
– Jak to, chcesz powiedzieć, że to mniejsze, podobne do… - Inżynier urwał, nie kończąc.
– Do dziecka - dopowiedział spokojnie Doktor - tak, niejako jeździło wierzchem na tym nosicielu - w każdym razie to jest możliwe. No, nie wierzchem - poprawił się - najczęściej, prawdopodobnie, siedziało w środku tego większego kadłuba - on ma tam takie torbiaste gniazdo, jedyna rzecz, do której mogę to porównać, to kangurza torba, ale podobieństwo jest bardzo małe i niefunkcjonalne.
– I przypuszczasz, że to stworzenie inteligentne? No, chyba - powiedział Fizyk.
– Na pewno musiało być inteligentne, skoro potrafiło otworzyć drzwi, zamknąć je za sobą, nie mówiąc już nawet o puszczeniu w ruch maszyn - powiedział Doktor, który jakoś nie zdradzał ochoty wyjścia na powierzchnię - sęk tylko w tym, że ono nie ma systemu nerwowego w naszym rozumieniu.
– Jak to?! - skoczył do niego Cybernetyk. Głowa Doktora uniosła brwi.
– Cóż robić. Tak jest. Są tam organy, których przeznaczenia ani się domyślam. Jest rdzeń - ale w czaszce - w tej małej czaszce - nie ma mózgu. To znaczy - jest tam coś, ale każdy anatom nazwałby mnie nieukiem, gdybym usiłował wmówić w niego, że to mózg… Jakieś gruczoły, ale jakby chło