Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 55 из 58

XII

Stała nieruchomo, pochylona nad nim, nie zwracając żadnej uwagi na dżi

— A więc to tak — syknęła. - Gratuluję. Udało ci się mnie oszukać. Nie Jaskier, lecz ty. To dlatego dżi

— Nie wystarczy ci już sił, Ye

— Nie doceniasz moich sił. Życzenie, Geralt!

— Nie, Ye

— To moje ryzyko! — krzyknęła wściekle. - Co cię obchodzi, co się ze mną stanie? Pomyśl lepiej o tym, co dżi

XIII

— Zginą obydwoje? — zawył Jaskier. - Jak to? Panie Krepp, czy jak wam tam… Dlaczego? Przecież wiedźmin… Dlaczego, do ciężkiej i niespodziewanej zarazy, on nie ucieka? Dlaczego? Co go tam trzyma? Dlaczego nie zostawi na pastwę losu tej cholernej wiedźmy i nie ucieknie? Przecież to bez sensu!

— Absolutnie bez sensu — powtórzył Chireadan gorzko. - Absolutnie bez.

— To samobójstwo! I zwyczajny idiotyzm!

— To przecież jego fach — wtrącił Neville. - Wiedźmin ratuje moje miasto. Bogów przyzywam na świadków, jeśli pokona czarownicę i przepędzi demona, nagrodzę go sowicie…

Jaskier zerwał z głowy kapelusik ozdobiony czaplim piórkiem, napluł na niego, rzucił w błoto i rozdeptał, powtarzając przy tym różne słowa w różnych językach.

— Przecież on… — jęknął nagle. - Ma jeszcze jedno życzenie w zapasie! Mógłby uratować i ją, i siebie! Panie Krepp!

— To nie takie proste — zastanowił się kapłan. - Ale gdyby… Gdyby wyraził właściwe życzenie… Gdyby jakoś powiązał swój los z losem… Nie, nie sądzę, żeby na to wpadł. I chyba lepiej, żeby nie wpadał.

XIV

- Życzenie, Geralt! Prędzej! Czego pragniesz? Nieśmiertelności? Bogactwa? Sławy? Władzy? Potęgi? Zaszczytów? Prędzej, nie mamy czasu!

Milczał.

— Człowieczeństwa — powiedziała nagle, uśmiechając się paskudnie. - Odgadłam, prawda? Przecież tego pragniesz, o tym marzysz! O wyzwoleniu, o swobodzie bycia tym, kim zechcesz, nie tym, czym być musisz. Dżi

Milczał.

Stała nad nim w migotliwym blasku czarodziejskiej kuli, w poświacie magii, wśród rozbłysków więżących dżi

I piękna.

Pochyliła się gwałtownie, spojrzała mu w oczy, z bliska. Czuł zapach bzu i agrestu.

— Milczysz — syknęła. - Więc czego ty pragniesz, wiedźminie? Jakie jest twoje najskrytsze marzenie? Nie wiesz, czy nie możesz się zdecydować? Poszukaj w sobie, poszukaj głęboko i dokładnie, bo klnę się na Moc, drugiej takiej szansy mieć nie będziesz!

A on nagle znał prawdę. Wiedział. Wiedział, kim byłą niegdyś. O czym pamiętała, o czym nie mogła zapomnieć, z czym żyła. Kim była naprawdę, zanim stała się czarodziejką.

Bo patrzyły na niego zimne, przenikliwe, złe i mądre oczy garbuski.

Przeraził się. Nie, nie prawdy. Przeraził się, że odczyta jego myśli, że dowie się, co odgadł. Że nigdy mu tego nie wybaczy. Zgłuszył tę myśl w sobie, zabił ją, wyrzucił z pamięci na zawsze, bez śladu, czując przy tym ogromną ulgę. Czując, że…

Sufit pękł. Dżi

Dżi

I wypowiedział życzenie.

XV

Dom eksplodował, cegły, belki i deski frunęły w górę w obłoku dymu i iskier. Z kurzawy wyprysnął dżi

— Uciekł! Uciekł! - zawołał kapłan Krepp. - Wiedźmin dopiął swego! Geniusz odleciał! Nie zagrozi już nikomu!

— Ach — rzekł Errdil z niekłamanym zachwytem. -Cóż za cudowna ruina!

— Cholera, cholera! — wrzasnął Jaskier skulony za murkiem. - Rozwalił cały dom! Tego nikt nie mógł przeżyć! Nikt, powiadam wam!

— Wiedźmin Geralt z Rivii poświęcił się dla miasta — powiedział uroczyście burmistrz Neville. - Nie zapomnimy, uczcimy go. Pomyślimy o pomniku…

Jaskier strząsnął z ramion kawał zlepionej gliną trzcinowej maty, otrzepał kubrak z pecyn zmoczonego deszczem tynku, spojrzał na burmistrza i w kilku precyzyjnie dobranych słowach wyraził swoją opinię o poświęceniu, czczeniu, pamięci i wszystkich pomnikach świata.

XVI

Geralt rozejrzał się. Z dziury w dachu wolno kapały krople wody. Dookoła piętrzyło się gruzowisko i sterty drewna. Dziwnym trafem miejsce, gdzie leżeli, było zupełnie czyste. Nie spadła na nich nawet jedna deska, jedna cegła. Było tak, jak gdyby chroniła ich niewidzialna tarcza.

Ye

— Wiedźminie — odchrząknęła. - Żyjesz?

- Żyję — Geralt otarł twarz z kurzu i pyłu, syknął. Ye

— Poparzyłam cię…

— Drobiazg. Kilka bąbli…

— Przepraszam. Wiesz, dżi

- Żałujesz?

— Nie bardzo.

— To dobrze. Pomóż mi wstać, proszę.

— Zaczekaj — szepnęła. - To twoje życzenie… Usłyszałam, czego sobie życzyłeś. Osłupiałam, po prostu osłupiałam. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale żeby… Co cię do tego skłoniło, Geralt? Dlaczego… Dlaczego ja?

— Nie wiesz?

Pochyliła się nad nim, dotknęła go, poczuł na twarzy muśnięcie jej włosów pachnących bzem i agrestem i wiedział nagle, że nigdy nie zapomni tego zapachu, tego miękkiego dotyku, wiedział, że nigdy już nie będzie mógł porównać ich z i

— Twoje życzenie — szepnęła z ustami tuż przy jego uchu. - Nie wiem, czy takie życzenie w ogóle może się spełnić. Nie wiem, czy istnieje w Naturze Moc zdolna spełnić takie życzenie. Ale jeżeli tak, to skazałeś się. Skazałeś się na mnie.

Przerwał jej pocałunkiem, uściskiem, dotknięciem, pieszczotą, pieszczotami, a potem już wszystkim, całym sobą, każdą myślą, jedyną myślą, wszystkim, wszystkim, wszystkim. Przerwali ciszę westchnieniami i szelestem porozrzucanej na podłodze odzieży, przerwali ciszę bardzo łagodnie i byli leniwi, byli dokładni, byli troskliwi i czuli, a chociaż obydwoje nie bardzo wiedzieli, co to troskliwość i czułość, udało im się, bo bardzo chcieli. I w ogóle im się nie spieszyło, a cały świat przestał nagle istnieć, przestał istnieć na maleńką, krótką chwilę, a im wydawało się, że była to cała wieczność, bo to rzeczywiście była cała wieczność.

A potem świat znowu zaczął istnieć, ale istniał zupełnie inaczej.

— Geralt?

— Mhm?

— I co dalej?

— Nie wiem.

— Ja też nie. Bo widzisz, ja… Nie jestem pewna, czy warto się było na mnie skazywać. Ja nie umiem… Zaczekaj, co robisz… Chciałam ci powiedzieć…

— Ye

— Yen — powtórzyła, ulegając mu zupełnie. - Nikt nigdy mnie tak nie nazywał. Powiedz to jeszcze raz, proszę.

— Yen.

— Geralt.

XVII

Deszcz przestał padać. Nad Rinde zjawiła się tęcza, przecięła niebo urwanym, kolorowym łukiem. Zdawało się, że wyrasta wprost ze zrujnowanego dachu oberży.

— Na wszystkich bogów — mruknął Jaskier. - Jaka cisza… Nie żyją, mówię wam. Albo pozabijali się nawzajem, albo mój dżi

— Trzeba by zobaczyć — powiedział Vratimir, wycierając czoło zmiętą czapką. - Mogą być ra

— Prędzej grabarza — stwierdził Krepp. - Ja tę czarownicę znam, a wiedźminowi też diabeł z oczu patrzył. Nie ma co, trzeba zacząć kopać dwa doły na żalniku. Tę Ye

— Jaka cisza — powtórzył Jaskier. - Przed chwilą aż krokwie latały, a teraz jakby makiem zasiał.

Zbliżyli się do ruin oberży, bardzo czujnie i powoli.

— Niech stolarz robi trumny — rzekł Krepp. - Powiedzcie stolarzowi…

— Cicho — przerwał Errdil. - Coś słyszałem. Co to było, Chireadan?

Elf odgarnął włosy ze szpiczaste zakończonego ucha, przechylił głowę.

— Nie jestem pewien… Podejdźmy bliżej.

— Ye

— Aha — potwierdził Errdil. - Ja też słyszałem. Jęknęła. Musi strasznie cierpieć, mówię wam. Chireadan, dokąd? Uważaj!

Elf cofnął się od rozwalonego okna, przez które ostrożnie zajrzał.

— Chodźmy stąd — powiedział krótko. - Nie przeszkadzajmy im. | — To oni żyją obydwoje? Chireadan? Co oni tam robią?