Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 58 из 58

— Oj, panie hrabio — zgrzytnął. - Nie przysięgajcie krzywo. Nie znoszę krzywoprzysiężców, a książę Hereward dał mi prawo karania takich na gardle. Puszczę mimo uszu wasze głupie słowa. Ale nie powtarzajcie ich, proszę was bardzo.

— Wiedźminie — Falwick, dysząc ze złości, odwrócił się do Geralta. - Wynoś się z Ellander. Natychmiast. Bez chwili zwłoki!

— Rzadko kiedy godzę się z nim — mruknął De

— Zrobimy tak, jak radzicie — Geralt przewiesił pas przez plecy. - Ale przedtem… Mam jeszcze słowo do pana hrabiego. Panie Falwick!

Rycerz Białej Róży zamrugał nerwowo, otarł dłonie o płaszcz.

— Wróćmy na chwilę do kodeksu waszej kapituły — ciągnął wiedźmin, starając się nie uśmiechać. - Bardzo ciekawi mnie jedna sprawa. Gdybym, załóżmy, czuł się zdegustowany i obrażony waszą postawą w całej tej aferze, gdybym wyzwał was na miecze, tu, zaraz, na miejscu, cóż uczynilibyście? Czy uznalibyście mnie za dostatecznie godnego, by skrzyżować ze mną klingę? Czy też odmówilibyście, nawet wiedząc, że w razie odmowy ja miałbym was za niegodnego nawet tego, by na was na-pluć, obić po mordzie i kopnąć w rzyć na oczach knechtów? Hrabio Falwick, bądźcie tak łaskawi i zechciejcie zaspokoić moją ciekawość.

Falwick zbladł, cofnął się o krok, rozejrzał się. Żołdacy unikali jego wzroku. De

— Choć milczycie — kontynuował Geralt — słyszę w waszym milczeniu głos rozsądku, panie Falwick. Zaspokoiliście moją- ciekawość, teraz ja zaspokoję waszą. Jeśli ciekawi jesteście, co się stanie, jeśli zakon zechce w jakikolwiek sposób naprzykrzać się matce Ne

Rycerz zbladł jeszcze bardziej.

— Nie zapomnijcie o mojej obietnicy, panie Falwick. Chodź, Jaskier. Na nas czas. Bywaj, De

— Powodzenia, Geralt — uśmiechnął się szeroko krasnolud. - Bywaj. Wielcem rad z naszego spotkania, liczę na następne.

— Odwzajemnione, De

— Geralt — odezwał się nagle poeta. - Chyba nie pojedziemy prosto na południe? Trzeba będzie łukiem ominąć Ellander i włości Herewarda? Co? Czy też zamierzasz kontynuować ten pokaz?

— Nie, Jaskier. Nie zamierzam. Pojedziemy lasami, a później skręcimy na Kupiecki Szlak. Pamiętaj, przy Ne

— Mam nadzieję, że wyruszymy nie zwlekając?

— Natychmiast.

II

Geralt pochylił się, sprawdził naprawiony kabłąk strzemienia, dopasował pachnące nowiutką skórą puślisko, sztywne jeszcze i oporne w klamrze. Poprawił popręg, sakwy i zrolowaną za siodłem derkę, przytroczony do niej srebrny miecz. Ne

Zbliżył się Jaskier, prowadząc swego karogniadego wałacha.

— Dzięki za gościnę, czcigodna — powiedział poważnie. - I nie złość się już na mnie. Przecież ja i tak wiem, że mnie lubisz.

— Owszem — zgodziła się Ne

— Do zobaczenia, Ne

— Do zobaczenia, Geralt. Uważaj na siebie. Wiedźmin uśmiechnął się cierpko.

— Wolę uważać na i

Ze świątyni, spomiędzy oplecionych bluszczem kolumn, wyszła Iola w towarzystwie dwóch młodszych adeptek. Niosła kuferek wiedźmina. Niezręcznie unikała jego wzroku, zakłopotany uśmiech mieszał się z rumieńcem na jej piegowatej, pucołowatej buzi, tworząc wdzięczną kompozycję. Towarzyszące jej adeptki nie kryły znaczących spojrzeń i z trudem powstrzymywały się, by nie chichotać.

— Na Wielką Melitele — westchnęła Ne

— Nie zapomnę. Dzięki, Iola.

Dziewczyna spuściła głowę, podała mu kuferek. Tak bardzo chciała coś powiedzieć. Nie miała pojęcia, co należało powiedzieć, jakich słów należało użyć. Nie wiedziała, co powiedziałaby, gdyby mogła. Nie wiedziała. I pragnęła.

Ich ręce zetknęły się.

Krew. Krew. Krew. Kości jak białe połamane patyczki. Ścięgna jak białawe powrozy eksplodujące spod pękającej skóry ciętej przez wielkie, najeżone kolcami łapy i ostre zęby. Obrzydliwy odgłos dartego ciała i krzyk — bezwstydny i przerażający w swoim bezwstydzie. W bezwstydzie końca. Śmierci. Krew i krzyk. Krzyk. Krew. Krzyk…

— Iola!!!

Ne

— Iola! — krzyczała Ne

Dziewczyna wyprężyła się jeszcze silniej, zagryzła, zacisnęła szczęki, cienka strużka krwi popłynęła jej po policzku. Ne

Iola znieruchomiała.

Jaskier, blady jak płótno, westchnął głośno. Ne

— Zabierzcie ją — powiedziała do adeptek. Było już ich więcej, zbiegły się, poważne, przerażone i milczące.

— Weźcie ją — powtórzyła kapłanka. - Ostrożnie. I nie zostawiajcie jej samej. Zaraz przyjdę.

Odwróciła się do Geralta. Wiedźmin stał nieruchomo, mnąc wodze w spotniałej dłoni.

— Geralt… Iola…

— Nic nie mów, Ne

— Ja też to widziałam… Przez chwilę. Geralt, nie jedź.

— Muszę.

— Ty widziałeś… widziałeś to?

— Tak. Nie pierwszy raz.

— I co?

— Nie ma sensu oglądać się za siebie.

— Nie jedź, proszę.

— Muszę. Zajmij się Iolą. Do zobaczenia, Ne

- Żegnaj — szepnęła nie patrząc mu w oczy.


Понравилась книга?

Поделитесь впечатлением

Скачать книгу в формате:

Поделиться: