Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 7 из 48

Udało mi się wykazać, że w każdej ludzkiej populacji, przy panmiksyjnym założeniu, najwyżej 10% osobników może wykazywać dobre zrównoważenie sterowania algedonicznego, natomiast reszta musi się od idealnej normy odchylać. Jakkolwiek już wtedy zaliczałem się do czołówki matematycznej świata, wpływ tego dowodu na środowiska, antropologów, etnologów, biologów i filozofów równał się zeru. Długo nie umiałem tego pojąć. Moja praca nie była hipotezą, lecz formalnym, więc nieodpartym dowodem wyjawiającym, że za cechy człowieka, nad którymi legion myślicieli głowy sobie łamał przez wieki, odpowiada czysty proces fluktuacji statystycznej, którego obejść – przy konstruowaniu automatów bądź organizmów – nie można.

Rozszerzyłem później ten dowód tak, że objął, również zjawiska powstawania etyki w grupie społecznej, przy czym oprzeć się mogłem na wspaniałym materiale przygotowanym przez Thornopa. Jednakże i ta praca została zignorowana. Po latach, mając za sobą niezliczone dyskusje ze specjalistami, którzy zajmują się człowiekiem, doszedłem do wniosku, że odkrycie moje nie znalazło ich uznania dlatego, ponieważ takiego nikt z nich sobie nie życzył. Styl myślenia, jaki reprezentowałem, był w owych środowiskach czymś degustującym, ponieważ nie dawał pola retorycznej kontrargumentacji.

Było to z mojej strony nietaktowne – dowodzić czegoś na temat człowieka matematycznym sposobem! W najlepszym razie moje przedsięwzięcie nazywano „interesującym”. W istocie nikt tam nie był gotów przystać na to, że czcigodna Tajemnica Człowieka, niewytłumaczalne cechy jego natury wynikają z ogólnej teorii regulacji. Naturalnie sprzeciwu tego nie wyrażano w taki jawny sposób. Niemniej wzięto mi ten dowód za złe. Zachowałem się jak słoń w składzie porcelany, albowiem to, czego nie mogła dojść antropologia z etnografią w badaniach terenowych, ani najbardziej otchła

Oni przyzwyczaili się już do swego wysokiego stanu Strażników Tajemnicy, nazywanej transmisją Archetypów, Instynktem Życia i Śmierci, Wolą Samozagłady, popędem Nicości, a ja, przekreślając takie święte ryty jakimiś grupami przekształceń i teorematami ergodycznymi, twierdziłem, że posiadam rozwiązanie problemu! Żywiono więc do mnie skrzętnie tajoną niechęć, oburzenie, jako do brutalnego profana, który dopuścił się zamachu na zagadkę, usiłując zaczopować jej wiecznie żywe źródła, zamknąć usta z lubością stawiające nieskończone szeregi pytań, więc, ponieważ dowodu nie dało się obalić, zignorowanie go okazało się koniecznością.

Słów tych nie wywołała dotknięta miłość własna. Prace, za które wywindowano mnie na piedestał, znajdują się w i

Od czterdziestu lat wiadomo, że różnica pomiędzy szlachetnym, prawym człowiekiem a zwyrodnialcem maniakalnym sprowadzać się może do przebiegu kilku pęczków białej substancji mózgu i że ruch lancetu, który w okolicy nadoczodołowej uszkodzi pęczki, może obrócić wspaniałego ducha w obleśną kreaturę. Lecz jak ogromny odłam antropologii – nie mówiąc nawet o filozofii człowieka – nie przyjmuje tego stanu rzeczy do wiadomości! Nie stanowię tu zresztą wyjątku; uczeni czy laicy, godzimy się w końcu z tym, że nasze ciała psują się z wiekiem, lecz duch?! Życzylibyśmy go sobie widzieć niepodobnym do jakiegokolwiek mechanizmu podległego defektom. Łakniemy jego doskonałości – nawet opatrzonej znakiem ujemnym, nawet haniebnej i grzesznej, byle tylko wyratowała nas przed gorszą od szatańskiej eksplikacją, że chodzi o pewną grę sił idealnie wobec człowieka obojętnych. A ponieważ myśl nasza porusza się w kole, z którego wyskoczyć niepodobna, przyznaję, że tkwi pewna racja w słowach jednego z naszych znakomitych antropologów; powiedział mi – i dobrze to zapamiętałem: „Satysfakcja, z jaką obnosisz się ze swoim dowodem na loteryjność ludzkiej natury, nie jest czysta; nie jest to radość poznania, ale uciecha szkalowania tego, co drugiemu piękne i miłe”.

Ilekroć wspomnę tę moją zapoznaną pracę, nie mogę oprzeć się niewesołej refleksji, że takich prac musi być na świecie więcej. Złoża potencjalnych odkryć tkwią zapewne w różnych bibliotekach, lecz nie zostały dostrzeżone przez ludzi kompetentnych.

Przywykliśmy do klarownej sytuacji, w której to co ciemne i nieznane, rozpościera się przed jednolitym frontem nauki, a to, co zdobyte i zrozumiałe, stanowi jej zaplecze. Lecz w gruncie rzeczy wszystko jedno, czy nieznane tkwi w łonie Natury, czy też zaryte jest w szpargałach, nie czytanych przez nikogo księgozbiorów, bo treści, które nie weszły do krwiobiegu nauki i nie krążą w nim zapładniająco, praktycznie nie istnieją dla nas. Chło

Kultura nasza w jej przodującej pono części naukowej jest tworem wąskim, widzeniem zawężonym każdorazowo sztywniejącą historycznie konstelacją mnóstwa czy

Jeśli kultura nasza nie umie asymilować sprawnie nawet ujęć powstających w głowach ludzkich, gdy wynikają poza jej centralnym nurtem, choć twórcy tych ujęć są przecież dziećmi tego samego czasu, co i

Tak więc spisanie historii naszych usiłowań daremnych może być pożyteczne – choćby dla przyszłego, późnego badacza Pierwszego Kontaktu. Relacje bowiem ogłoszone, owe protokoły oficjalne koncentrują się na tak zwanych sukcesach, czyli na owym miłym cieple, jakie bucha od płonących rękopisów. O hipotezach, jakie kolejno wypróbowaliśmy, nie mówi się tam prawie nic. Postępowanie takie byłoby – wspominałem o tym – dozwolone, gdyby badane oddzieliło się w końcu od badaczy. Studiujących fizykę nie zasypuje się informacjami o tym, jakie to hipotezy mylne, niedokładne, jakie domniemania fałszywe wysuwali jej twórcy, jak długo błąkał się Pauli, zanim sformułował we właściwy sposób swoją zasadę, ile chybionych koncepcji wypróbował Dirac przed szczęśliwym pomysłem owych swoich „dziurek” elektronowych. Lecz historia Projektu Masters Voice jest dziejami klęski, to znaczy błądzenia, po którym nie nastąpiło wyprostowanie drogi, więc nie wolno przekreślać unieważniająco owych zygzaków naszego pochodu, ponieważ oprócz nich nie pozostało nam nic.

Od wydarzeń tych upłynęło sporo czasu. Długo czekałem na książkę taką, jak ta właśnie. Dłużej czekać – z przyczyn czysto biologicznych – nie mogę. Dysponowałem pewną ilością notatek spisanych tuż po zamknięciu Projektu. To, czemu nie pisałem ich w trakcie prac, wyjaśni się później. Jedno chciałbym powiedzieć wyraźnie. Nie mam zamiaru wynoszenia się ponad moich towarzyszy. Stanęliśmy u podnóża olbrzymiego znaleziska tak nie przygotowani, a zarazem tak pewni siebie, jak to tylko być może. Obleźliśmy je natychmiast ze wszystkich stron, bystro, łapczywie i zręcznie, z tradycyjną wprawą, jak mrówki. Byłem jedną z nich. To jest historia mrówki.