Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 48

I

Projekt Masters Voice ma olbrzymią literaturę, rozleglejszą i daleko bardziej różnorodną, niż ją miał projekt Manhattan. Po jego ujawnieniu Amerykę i świat zalała powódź artykułów, opracowań i monografii tak obfita, że jej bibliografia przedstawia potężny tom grubości encyklopedii. Wersję oficjalną stanowi Raport Baloyne’a, który American Library wydała potem w 10 milionach egzemplarzy, jego kwintesencja zaś figuruje w ósmym tomie Encyclopaedia Americana. O Projekcie pisali też i

Opracowań historycznych jest zbyt wiele, aby można je wymienić. Monumentalna jest czterotomowa rzecz zawodowego historyka nauki, Williama Angersa (Chronicle of 749 Days). Napełnia mnie podziwem dla swej skrupulatności, Angers bowiem dotarł do wszystkich byłych współpracowników Projektu i dał kompilację ich poglądów, lecz nie przeczytałem jego dzieła do końca – wydało mi się to równie niemożliwe, jak lektura książki telefonicznej. Osobną dziedzinę stanowią książki nie faktograficzne, lecz wykładnie Projektu rozciągające się od filozoficznych i teologicznych aż po psychiatryczne. Czytanie takich publikacji wprawiało mnie zawsze w irytację i w znużenie. Jest rzeczą na pewno nieprzypadkową, że najwięcej mieli do powiedzenia o Projekcie ci, którzy bezpośrednio się z nim nie zetknęli.

Przypomina to stosunek, jaki mają do grawitacji bądź elektronów fizycy – oraz kulturalne osoby czytające popularne książki. Osobom tym wydaje się, że wiedzą coś o sprawach, o których specjaliści nie ośmielają się nawet mówić. Informacja z drugiej ręki zawsze sprawia wrażenie kształtnej, w przeciwieństwie do tej pełnej luk i niejasności, jaką może dysponować uczony. Autorzy opracowań MAVO, zaliczający się do interpretującej kategorii, z reguły wtłaczali zdobyte wiadomości w gorsety swoich przekonań, to, co nie pasowało, obcinając bez pardonu i wahania. Niektóre z takich książek można przynajmniej podziwiać dla pomysłowości autorskiej. Lecz gatunek ten niepostrzeżenie przechodzi w swoistą odmianę, którą można by nazwać grafomanią Projektu. Naukę od jej zarania otaczało halo pseudonauki parującej z rozmaitych niedowarzonych głów, nic więc dziwnego, że MAVO, jako zjawisko bezprecedentalne, wywołał aż niepokojąco gwałtowną fermentację zwichniętych umysłów, ukoronowaną powstaniem szeregu sekt religijnych.

Ilość informacji niezbędnej dla choćby ogólnikowego zorientowania się w problematyce Projektu przekracza na dobrą sprawę pojemność mózgu pojedynczego człowieka. Lecz ignorancja, hamując zapały rozsądnych, w najmniejszej mierze nie powstrzymuje głupców, toteż w ocenie papierów zadrukowanych, które Masters Voice powołał do istnienia, każdy może znaleźć to, co mu będzie odpowiadało, jeśli tylko nie zależy mu zbytnio na prawdzie. Zresztą parały się piśmie

Cóż jednak mówić dopiero o bezliku wersji sensacyjnych, przypominających owe potrawy zamrożone, tak gotowe do natychmiastowego spożycia, że niemal przeżute, które za szybką celofanową wyglądają o wiele lepiej, aniżeli smakują. Przyczyną ich pozornie różnorodnego wyglądu jest coraz to i

Nie jestem w stanie pojąć, czemu na drogi publiczne nie wpuszcza się ludzi pozbawionych prawa jazdy, natomiast na półki księgarskie mogą się dostawać w dowolnej ilości książki osób pozbawionych przyzwoitości – że nawet nie wspomnę o wiedzy. Inflacja słowa drukowanego spowodowana jest, zapewne, wykładniczym wzrostem liczby piszących, ale w równej mierze – polityką edytorską. Dziecięctwem naszej cywilizacji był stan, w którym czytać i pisać umiały tylko osoby wybrane, rzetelnie wykształcone, i podobne kryterium działało też po wynalezieniu druku, a jeśli nawet wydawano dzieła głupców (czego uniknąć całkowicie chyba niepodobna), to ich ogólna liczba nie była astronomiczna jak dzisiaj. Obecnie w zalewie tandety tonąć muszą publikacje ce

Nie mogę mieć pewności, że to, co piszę, nie jest podobne do czegoś, co już napisano. Oto ryzyko czasów, w których ludzkość eksplodowała. Jeśli postanowiłem przedstawić własne wspomnienia związane z pracą w Projekcie, to dlatego, że nie zadowoliło mnie nic z tego, co o nim przeczytałem. Nie obiecuję, że będę pisał „prawdę i tylko prawdę”. Gdyby nasze wysiłki zwieńczył sukces, byłoby to możliwe, a zarazem uczyniłoby to moje przedsięwzięcie zbędnym, gdyż owa prawda końcowa zaćmiłaby okoliczności jej zdobywania i stałaby się faktem materialnym, wbitym w środek cywilizacji. Klęska jednak odtrąciła niejako wszystkie owe wysiłki na powrót do ich źródła. Skoro nie rozumiemy zagadki, nie pozostaje nam właśnie nic oprócz owych okoliczności, które miały być tylko rusztowaniem, a nie budowlą, procesem przekładu, nie zaś treścią utworu. Jednakże to pierwsze okazało się wszystkim, z czym wróciliśmy z wyprawy po złote runo gwiazd. Już w tym miejscu rozchodzę się z tenorem wersji takich także, które nazywałem obiektywnymi, poczynając od Raportu Baloyne’a, ponieważ nawet słowo takie jak „klęska” w nich nie występuje. Czyż nie wyszliśmy z Projektu niezrównanie bogatsi, niżeśmy weń wchodzili? Nowe rozdziały fizyki koloidów, fizyki silnych oddziaływań, astronomii neutrionowej, nukleoniki, biologii, a przede wszystkim – nowa wiedza o Kosmosie stanowią wszak pierwsze odsetki od tego kapitału informacyjnego, który, zdaniem fachowców, obiecuje dalsze zyski.

Zapewne. Ale rozmaite bywają korzyści. Mrówki, które napotkały w swej wędrówce nieżywego filozofa, też na tym skorzystały. Jeśli przykład jest szokujący, o to mi właśnie chodziło. Piśmie

Ja, który mam niejedno do powiedzenia o Projekcie, długo się wahałem, nim siadłem do biurka, bo zdaję sobie sprawę z tego, że powiększam i tak już wezbrany ocean papierów. Liczyłem na to, że ktoś bardziej biegły w słowie wykona za mnie tę pracę, aż po upływie lat uznałem, że nie mogę milczeć. Najpoważniejsze dzieła traktujące o Masters Voice, wersje obiektywne, z kongresową na czele, przyznają, że nie dowiedzieliśmy się wszystkiego, lecz ilość miejsca poświęcona osiągnięciom, przy stronicowych wzmiankach o niepoznanym – sugeruje samymi proporcjami, jakobyśmy opanowali Labirynt prócz kilku, pewno ślepych, może zasypanych korytarzy – a tymczasem myśmy do niego nawet nie weszli. Skazani do końca na domysł, odłamawszy z pieczętujących go zamknięć kilka okruchów, zachwycaliśmy się blaskiem, jakim, roztarte, pozłociły nam końce palców. O tym, co zamknięte, nie wiemy nic. A przecież jednym z pierwszych zadań uczonego jest nie określanie rozmiarów zdobytej wiedzy, bo ta sama siebie tłumaczy, lecz rozmiarów ignorancji, która jest tej wiedzy niewidzialnym. Atlasem.

Nie mam złudzeń. Obawiam się, że nie zostanę usłyszany, ponieważ nie istnieją już autorytety uniwersalne. Rozpad czy też rozkład specjalistyczny posunął się dostatecznie daleko, aby odpowiedni fachowcy odmawiali mi kompetencji, ilekroć wkroczę na ich tereny. Już dawno powiedziano, że specjalista to barbarzyńca, którego ignorancja nie jest wszechstro

Dziewiętnaście lat temu opublikowałem wspólnie z młodym antropologiem, Maxem Thornopem (zginął tragicznie w wypadku samochodowym), pracę, w której udowodniłem, że istnieje próg komplikacji dla automatów skończonych, sterowanych algedonicznie, do jakich należą wszystkie zwierzęta wraz z człowiekiem. Sterowanie algedoniczne oznacza oscylację pomiędzy karą i nagrodą jako bólem i rozkoszą.

Dowód mój wyjawia, że jeśli liczba elementów ośrodka regulacyjnego (mózgu) przekracza na najwyższym poziomie cztery miliardy, zbiór takich automatów wykazuje rozrzut między przeciwczłonami sterowania. W każdym takim automacie może brać górę jeden z biegunów kontroli albo, mówiąc to samo językiem bardziej obiegowym, sadyzm i masochizm nie są do uniknięcia i powstanie ich w procesie antropogenezy było nieuchro