Страница 44 из 48
XVII
Bez względu na dzielące nas różnice poglądów w sprawach projektu stanowiliśmy – a nie mam na myśli tylko Rady Naukowej – zespół dostatecznie zwarty, by nowi przybysze, tu i ówdzie zwani już „nasłańcami Pentagonu”, mogli być pewni, że wywody ich zostaną przyjęte przez nas na bagnety. Jakkolwiek i ja byłem raczej niechętnie usposobiony do nich, musiałem przyznać, że Learney i towarzyszący mu młody biolog (astrobiolog, jak sam powiadał) dokonali jednak rzeczy imponującej, bo to, żeby po rocznych naszych mękach, po tej zbiorowej prasie, której poddawaliśmy mózgi, udało się przecież postawić w kwestii Głosu Pana hipotezy najzupełniej nowe, przez nas ani tknięte, i do tego jeszcze zarówno różniące się od siebie, jak i podparte wcale porządnie zbudowanym aparatem matematycznym (z faktograficznym było gorzej), nie chciało się właściwie w głowie pomieścić. Lecz tak właśnie się stało. Co więcej, częściowo się wzajem wykluczając, owe nowe ujęcia przyzwalały na utworzenie pewnego rodzaju złotego środka, oryginalnego kompromisu, który je nieźle jednoczył.
Baloyne, może dlatego, iż uznał, że nie godzi się w spotkaniu z ludźmi Kontrprojektu utrzymywać naszej dotychczasowej struktury, „arystokratycznej” – podziału na wszystkowiedną elitę i kiepsko poinformowane piony kolektywów – a może tylko przez to, że wierzył w rewelacyjność tego, cośmy mieli usłyszeć, zorganizował spotkanie-wykład aż dla tysiąca z górą naszych pracowników. Jeśli Learney i Sinester zdawali sobie sprawę z pewnej wrogości zgromadzonych, to nie dali tego po sobie poznać. Zresztą zachowali się przyzwoicie.
Prace ich – podkreślił Learney we wstępie – miały charakter czysto teoretyczny, nie udostępniono im, poza samym gwiazdowym kodem oraz ogólnikowymi wiadomościami o Żabim Skrzeku, żadnych szczegółów, i nie szło wcale o jakąś „próbę równoległą”, o chęć prześcignięcia nas, lecz tylko o podejście do Głosu Pana odmie
Przerwy na oklaski nie zrobił, i bardzo dobrze, boby ich nie było pewnie, lecz od razu przeszedł do rzeczy, wcale klarownie; ujął mnie też i swoim wykładem, i osobą; sądząc po reakcjach sali – i
Jako kosmogonista zajął się kosmogonią, w jej wariancie Hubblowskim i w modyfikacji Hayakawy (a też i mojej, jeśli wolno mi tak powiedzieć, chociaż plotłem tylko matematyczne kosze na gąsiory, w które Hayakawa lał nowe wino). Spróbuję przedstawić zarys jego wywodu i oddać, jeśli mi się uda, temperament wykładu przerywanego nieraz głosami z sali, bo suche streszczenie odebrałoby cały urok tej koncepcji. Matematykę, ma się rozumieć, pominę – chociaż odegrała swoją rolę.
– Widzę to w ten sposób – powiedział. – Kosmos jest tworem pulsującym, kurczy się i rozkurcza na przemian co trzydzieści miliardów lat… Gdy się kurczy, dochodzi w końcu do zapaści, w której rozpada się przestrzeń, pozwijana, pozamykana już nie tylko wokół gwiazd, jak to jest ze sferą Schwarzschilda, ale wokół wszystkich cząstek, elementarnych nawet! Ponieważ „wspólna” przestrzeń atomów przestaje istnieć, znika też oczywiście cała znana nam fizyka, jej prawa ulegają przemianie… Ten bezprzestrze
Nasz świat aktualny nie ma antyświatów – to znaczy, ma je okresowo, raz na trzydzieści miliardów lat. „Antycząstki” są w naszym świecie tylko śladem owych katastrof, archaicznym reliktem, a także, naturalnie, możliwością – następnej katastrofy. Ale pozostaje – wracam do mego obrazu – rodzaj „pępowiny”, w której tłucze się jeszcze resztka niewygasłej materii, pogorzelisko tego ginącego Kosmosu, jest to szczelina między niknącą przestrzenią „dodatnią”, tą naszą, a tamtą, ujemną… Ta szczelina pozostaje otwarta, nie zrasta się, nie zamyka, bo wciąż rozpycha ją promieniowanie – neutrinowe właśnie! Ono jest jak ostatnie iskry ogniska, i od niego zaczyna się faza następna, ponieważ, gdy to „odwrócone” dobiło już do kresu ekspansji „nicującej”, wytworzyło „antyświat”, rozepchnęło go, na powrót zaczyna się kurczyć i wywalać przez szczelinę, najpierw – neutrinowym promieniowaniem, bo ono jest najtwardsze i najtrwalsze, bo wtedy nie ma jeszcze światła, a tylko, za neutrinowym, skrajne promieniowanie gamma! Tym, co zaczyna od nowa rozdymać i kuliście formować rozprężający się Kosmos, jest rozbiegająca się sferyczne fala neutrinowa i fala ta jest równocześnie matrycą kreacji wszystkich cząstek, które zaludnią wnet rodzący się Kosmos, ona je w sobie niesie, ale tylko wirtualnie, ponieważ ma dostateczną dla takiej materializacji energię!
Kiedy zaś ten Kosmos jest już w pełnym rozbiegu mgławic, jak nasz teraz właśnie, jeszcze się w nim błąkają echa fali neutrinowej, która go sprawiła, I TO JEST WŁAŚNIE GŁOS PANA! Z podmuchu, który przecisnął się przez „szczelinę”, z tej fali neutrinowej powstają atomy, gwiazdy i planety, mgławice i metagalaktyki, i tym samym likwiduje się „problem listu”… Nic nie wysłała do nas „telegrafem neutrinowym” i
Powiedział to oczywiście daleko dokładniej, podparł, jak mógł, obliczeniami, podczas wykładu zrobiło się bardzo cicho, a gdy skończył, rozpoczęły się ataki.
Zarzucono go pytaniami: Jak tłumaczy „życiosprawczość” sygnału? Skąd się wzięła? Czy jest, według niego, „czystym przypadkiem”? I najpierw – skąd się nam wziął Żabi Skrzek?
– Myślałem o tym, naturalnie – odparł Learney. – Pytacie mnie, kto to zaplanował, ułożył i wysłał. Gdyby nie ta życiosprawcza strona emisji, życie, byłoby w galaktyce fenomenem niezwykle rzadkim! Otóż, zapytam z kolei, a jak jest na Ziemi z własnościami fizycznymi wody? Gdyby woda o temperaturze czterech stopni nie była lżejsza od wody o temperaturze zera i gdyby lód nie pływał, wszystkie zbiorniki wodne zamarzałyby do dna i żadne wodne stworzenia nie mogłyby przetrwać poza strefą równikową. A gdyby woda miała i
– Żabi Skrzek! – wołano. – Żabi Skrzek!
Bałem się, że za chwilę wszyscy zaczną skandować – sala miała już temperaturę spotkania bokserskiego.
– Żabi Skrzek? Wiecie lepiej ode mnie, że nie udało się odczytać tak zwanego „listu” w całości, a tylko jego „fragmenty” – z nich powstał Żabi Skrzek. Oznacza to, że jako całość sensowna „list” nie istnieje poza waszymi wyobrażeniami, a Żabi Skrzek jest po prostu rezultatem wyekstrahowania informacji zawartej w promieniowaniu neutrinowym, z którą dało się coś zrobić. Przez „szczelinę światów”, ginącego i powstającego, wyrwał się kłąb fali neutrinowej, rozdymanej jak bańka mydlana; energia tej fali starczy do „wydmuchania” następnego Wszechświata, a czoło tej fali jest impregnowane informacją odziedziczoną niejako po fazie, co już sczezła; otóż w tej fali tkwi informacja kreująca atomy, jak już mówiłem, i taka co „sprzyja” biogenezie, a nadto są tam też frakcje, które z naszego stanowiska „niczemu nie służą”, są „do niczego”. Woda ma takie cechy, jak te, o których mówiłem, „sprzyjające” życiu, i ma cechy obojętne dla życia, jak na przykład przezroczystość; mogłaby nie być przezroczysta i dla powstania życia nie miałoby to znaczenia. Tak jak nie wolno pytać: „a kto zrobił wodę przejrzystą?” – nie wolno pytać: „kto zrobił receptę na Żabi Skrzek?” Jest ona jedną z cech danego Kosmosu, własnością, którą możemy badać jak przejrzystość wody, ale której sens „pozafizyczny” nie istnieje.
Zrobił się wielki szum; nareszcie Baloyne spytał, jak Learney tłumaczy kołowość powtarzania się sygnału oraz to, że cała reszta emisyjnego spektrum nieba w promieniowaniu neutrinowym jest zwykłym szumem, a w jednym, jedynym paśmie tkwi tyle informacji?
– Ależ to proste – odparł kosmogonista, który zdawał się czerpać satysfakcję z powszechnego wzburzenia. – Początkowo cała emisja była skoncentrowana właśnie w owym paśmie, gdyż właśnie w tej strefie widma „wyostrzyła” ją, ścisnęła, zmodulowała „szczelina światów”, jak strumień wody otoczonej przez wąski otwór; na początku było pasmo igłowe – nic więcej! Potem, wskutek rozbiegania się, rozrzutu, desynchronizacji, dyfrakcji, uginania, interferencji – coraz większe ilości rozszczepiały się, rozmazywały, aż wreszcie po miliardach lat trwania naszego Kosmosu powstał z informacji pierwotnej – szum, ze zogniskowania ostrego – szerokie spektrum energetyczne, bo wszak tymczasem uruchomione zostały szumowe generatory neutrin „wtórne” – gwiazdy – to zaś, co odbieramy jako „list”, jest ostatkiem „pępowiny”, resztką, która jeszcze się nie rozpuściła, nie rozpłynęła do końca w niezliczonych odbiciach, pasażach z kąta w kąt Metagalaktyki. Obecnie normą wszechobecną jest szum – a nie informacja. Ale w chwili powstawania naszego Kosmosu, jego eksplozywnego porodu, ten bąbel neutrinowy zawierał w sobie pełną informację o wszystkim, co materialnie powstało potem z niego, i przez to właśnie, że stanowi niejako relikt z owej epoki, której poza tym żadnych śladów nie spostrzegamy, wydaje się nam zdumiewająco odmie