Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 37 из 48

– Ma do nas przyjechać Learney – powiedział. – Z jakąś teorią na nasz temat, z jakimś własnym konceptem. Nie wiem dokładnie, z czym, bo McMahon powiedział mi to dosłownie w ostatniej chwili, kiedy wsiadał do maszyny.

Learneya znałem – był to kosmogonista, jeden z byłych uczniów Hayakawy, byłych, bo niektórzy mówili, że wyrasta ponad swego preceptora. Nie pojmowałem tylko, jaki związek może mieć jego fach z Projektem i skąd w ogóle się o nim dowiedział?

– I gdzież ty żyjesz? Czy nie rozumiesz, że administracja dubluje naszą pracę? Nie tylko patrzą nam stale na ręce, ale jeszcze i to!

Nie chciało mi się w to wierzyć. Spytałem, skąd wie o tym i czy to możliwe, by mieli jakiś Kontrprojekt, rodzaj paralelnej kontroli naszych działań? Baloyne zdaje się nie wiedział nic dokładnego, a ponieważ bardzo nie lubi przyznawać się do takiej ignorancji, rozkołysał sam siebie tak, że już przy Dillu i Donaldzie, którzy nadeszli, zawołał, iż właściwie obowiązkiem jego jest w tej sytuacji złożyć rezygnację ze stanowiska!

Groźby takie padały od czasu do czasu przy akompaniamencie grzmotów, jako że Baloyne nie może żyć w małej skali i pewien rozmach operowy jest jego energetyce niezbędny, lecz tym razem połączyliśmy się w perswazjach, aż, uznawszy nasze racje, ucichł i miał już odejść, gdy przypomniał sobie nagle moją rozmowę z McMahonem i jął mnie wypytywać, co mu powiedziałem. Powtórzyłem mniej więcej wszystko, ale bez Kasandry, taki był epilog senatorskiej wizyty.

Niebawem wyjawiło się, że przygotowania zajmą Donaldowi więcej czasu, niż sądził. Mnie też nie było łatwo – teoria zaczęła się gmatwać, puszczałem w ruch rozmaite sztuczki, przyboczny arytmometr (tak go określano) nie wystarczał, trzeba było wciąż chodzić do głównego ośrodka obliczeniowego, co nie należało do przyjemności, trwały bowiem huraganowe wiatry i wystarczyło przejść ulicą sto kroków, żeby mieć piasek w uszach, nosie, nawet za kołnierzem.

Mechanizm, dzięki któremu Żabi Skrzek pochłaniał wytwarzaną energię jądrową, był wciąż niejasny, niej mniej od sposobów, jakimi pozbywał się szczątków owych mikroeksplozji, a były to wszystko izotopy o twardym promieniowaniu gamma, głównie ziem rzadkich. Stworzyliśmy z Donaldem teorię fenomenalistyczną, która przewidywała nieźle wyniki doświadczeń – ale tylko wstecz, żeby tak powiedzieć, to znaczy w obrębie poznanego; gdy powiększało się skalę eksperymentu, przewidywania rozchodziły się z wynikami. Efekt Donalda, nazwany przezeń Trexem (Transport Eksplozji), dawało się realizować niezwykle łatwo. Prothero rozpłaszczał bryłkę Żabiego Skrzeku między płytkami szkła, a gdy warstewka stawała się monomolekularna, na całej powierzchni ruszała reakcja rozpadu, przy czym przy większych „dawkach” aparatura (jej stary, poprzedni model) ulegała zniszczeniu. Lecz nikt jakoś nie zwracał na to uwagi: w laboratorium stał taki huk, tak w nim strzelało, jakby to była jakaś zbrojownia testująca materiały wybuchowe. Donald, gdy go spytałem, wyjaśnił mi, nawet się nie uśmiechnąwszy, że jego ludzie badają rozchodzenie się fali balistycznej w Żabim Skrzeku – taki wymyślił im temat, kanonadą ową maskował, skutecznie własne zakusy!

Tymczasem teoria rozłaziła mi się – widziałem, iż właściwie już jej nie ma od dawna, tyle że nie przyznawałem się do tego przed sobą. Praca nad nią wymagała wiele – i była tym trudniejsza, że nie miałem do niej serca. Jak się to czasem dzieje, słowa, które wypowiedziałem w spotkaniu z McMahonem, zaczarowały mnie. Nieraz obawy nasze póty są nie całkiem obecne, nieszkodliwe jak gdyby, póki ich wyraźnie nie sformułujemy. To właśnie mi się przytrafiło. Żabi Skrzek nieodwracalnie już wydawał mi się artefaktem, rezultatem fałszywego odczytania kodu, a widziałem to tak: Nadawcy na pewno nie zamierzali nam przesłać puszki Pandory, ale my, jako włamywacze, uszkodziliśmy jej zamki, odcisnęliśmy w dobytej treści to wszystko, co stanowi w ziemskiej nauce cechy jej interesowne, łupieżcze, bo też – tak myślałem – fizyka atomowa dobiła się sukcesu tam właśnie, gdzie otwarła się szansa zdobycia energii najbardziej destrukcyjnej.

Dlatego energetyka jądrowa kuśtyka wciąż w ogonie produkcji bomb, dlatego istniały ładunki wodorowe, ale nie było wciąż wodorowych stosów, cały mikroświat ukazywał człowiekowi swoje – wykoślawione owym jednostro

Przypomniałem mu mit prometejski. W jego obrazie mają się schodzić, jak w źródle, godne uznania i nawet czci tendencje nauki, ale mit ów wynosi nie rozumienie bezinteresowne, lecz wydarcie, nie poznanie, lecz opanowanie, oto fundamenty całej empirii. Powiedział mi, że takimi supozycjami uradowałbym freudystę, skoro motywy poznania sprowadzam do agresji i sadyzmu. Widzę teraz, że doprawdy traciłem po trosze rozsądek jako rozwagę, chłód jako skutek dyrektywy działania sine ira et studio – i przenosiłem moimi spekulacjami „winę” z nieznanych Nadawców na ludzi, wieczny mizantrop.

W pierwszych dniach listopada aparatura ruszyła, lecz wstępne, na małą skalę podjęte doświadczenia nie udawały się – kilkakrotnie detonacja występowała z takim rozrzutem, że doszło do niej poza głównym murem ekranującym, i choć była nikła, przecież wystąpił skok promieniowania do 60 rentgenów; wypadło wznieść wokół ekranowania drugą, zewnętrzną osłonę. Tak masywnej już nie dało się ukryć – jakoś Eeney, który dotąd nigdy nie bywał w laboratoriach fizycznych, pokazał się kilkakrotnie u Donalda, a to, że o nic nie pytał, jedynie przypatrywał się i kręcił, też nie najlepiej wróżyło. W końcu Donald wyprosił go za drzwi, mówiąc, że przeszkadza pracującym. Ganiłem go za ten krok – odparł, chłodniejszy ode mnie, że tak czy owak rzeczy rychło się rozstrzygną, a do tego czasu nie wpuści Eeneya za próg.

Kiedy patrzę na to teraz, widzę, jak nierozumnie postępowaliśmy obaj, więcej – bezmyślnie nawet. Nadal nie wiem, co należało robić, lecz owa działalność konspiracyjna, nie mogę powiedzieć inaczej, temu służyła tylko, abyśmy zachowali ułudę czystych rąk. Zabrnęliśmy fatalnie. Zaawansowanych prac nie można było ani ukryć, ani – w obliczu bezprzedmiotowości utrzymywania tajemnicy – zrezygnować z niej nagle jednego dnia. Należało uczynić to albo natychmiast po odkryciu Trexu – albo nigdy. Oba te wyjścia, jakkolwiek logiczne, były przed nami zamknięte, świadomość tego, że biofizycy będą za kwartał poruszali się w owym tak „gorącym” terenie, skłoniła nas do pośpiechu. Obawa o losy świata – bo nic mniejszego, przecież – spowodowała prawdziwie odruchowe zatajenie prac. Wyjść teraz z ukrycia – było to narazić się na zdumione pytania: no dobrze, ale dlaczego przyszliście z tym właśnie teraz? Czy macie już wyniki ostateczne? Czemu nie przyszliście z pierwszymi? Nie wiedziałbym, co na to odpowiedzieć.

Prothero żywił mglistą nadzieję, że w wielkiej skali efekt będzie dawał coś w rodzaju „rykoszetu” – bo na to wskazywała wyjściowa teoria, ale, po pierwsze, okazała się już na nic, a po wtóre, ową furtkę otwierała po przyjęciu pewnych założeń, z których na dalszym etapie wynikały ujemne prawdopodobieństwa.

Baloyne’a unikałem w tym okresie, jak mogłem, miałem bowiem nieczyste wobec niego sumienie. Lecz jego trapiły i

Teraz nie było już mowy o jakimś okrojeniu budżetowym Projektu. Wyglądało na to, że jeśli nieproszeni konsultanci swoimi koncepcjami nie pchną badań naprzód (a wydawało mi się to nieprawdopodobne), Projekt będzie trwał przez bezwładność samą, bo nikt na górze nie ośmieli się, ze względu na sławetny HSR, cokolwiek w nim odmienić – nie mówiąc zgoła o jego likwidacji.

Powstały w Radzie napięcia personalne; między Baloyne’em i Eeneyem najpierw, gdyż ten drugi wiedzieć musiał, w naszym przekonaniu, o tym widmowym, drugim Projekcie, Ghost Voice, i przy całej wylewności ani się o nim zająknął (a Baloyne’owi stale świadczył grzeczności). A dalej: między naszą „konspirującą dwójką” i znów Baloyne’em – gdyż czegoś jednak domyślał się, czasem widziałem, jak wodzi za mną oczyma, jakby oczekując wyjaśnień, napomknienia chociażby. Lecz manewrowałem tylko, jak mogłem, niezbyt zręcznie pewno, bo rozgrywanie takich partii nigdy nie było moją mocną stroną. Rappaport miał za złe Rushowi, że nawet on, pierwoodkrywca, o Ghost Voice nie był informowany; toteż posiedzenia Rady stały się więcej aniżeli nieprzyjemne przez atmosferę zadrażnień, podejrzliwości i przybicia. Zamęczałem się nad programami dla maszyn, marnując swój czas i siły, bo mógł je sporządzić byle programista, lecz wzgląd na „konspirację” zwyciężał.

Zamknąłem wreszcie obliczenia niezbędne Donaldowi, lecz on nie był jeszcze gotów z aparaturą. Nie mając nic do roboty, pierwszy raz od przybycia do Projektu próbowałem obejrzeć jakiś program telewizyjny, ale wszystko wydało mi się w nim niewymownie fałszywe i pozbawione sensu, łącznie z kronikami filmowymi; udałem się do baru, lecz i tam nie usiedziałem. Nie mogąc, znaleźć sobie miejsca poszedłem wreszcie do ośrodka cyfrowego i zamknąwszy się stara