Страница 36 из 48
– List jest spisany w języku „akulturowym”, ale jednak posiada domieszkę kultury Nadawców? Tak? Na tym polega trudność?
– Na tym polega jedna z trudności. Nadawcy różnią się od nas zarówno kulturą, jak i wiedzą, nazwijmy ją tak, przyrodniczą. Dlatego trudność jest co najmniej dwustopniowa. Domyślić się ich kultury nie możemy – ani teraz, ani, jak sądzę, za tysiąc lat. Oni muszą o tym doskonale wiedzieć. Toteż wysłali taką informację, do której odczytania znajomość ich kultury nie jest potrzebna – prawie na pewno.
– A więc ten kulturowy czy
– Senatorze, nie wiemy nawet tego, CO właściwie najbardziej nam przeszkadza. Oszacowaliśmy cały „list” pod względem jego złożoności. Jest ona taka, że odpowiada z grubsza klasie znanych nam systemów – społecznych i biologicznych. Nie mamy żadnej teorii systemów społecznych, dlatego byliśmy zmuszeni jako modeli „przystawianych” do listu używać genotypów albo raczej nie samych genotypów, lecz owej matematycznej aparatury, jakiej używa się przy ich studiowaniu. Doszliśmy tego, że jeszcze najbardziej podobnym do kodu obiektem jest żywa komórka – albo i cały żywy ustrój. Z tego nie wynika wcale, żeby list naprawdę był jakimś genotypem, a tylko, że spośród wszystkich znanych nam rzeczy, które dla porównania „przystawiamy” do kodu, genotyp jest najprzydatniejszy. Czy pojmuje pan ogrom ryzyka, jakie pociąga za sobą ta sytuacja?
– Nie bardzo. Całe ryzyko może polegać chyba na tym, że jeśli to jednak nie jest żaden genotyp, odczytanie się wam nie uda?
– Postępujemy jak ktoś, kto szuka rzeczy zagubionej nie wszędzie, lecz tylko pod płonącą latarnią, bo tam jest jasno. Wie pan, jak wyglądają taśmy do automatycznego pianina – do pianoli?
– Owszem. To są taśmy z odpowiednim dziurkowaniem.
– Do pianoli może też przypadkiem pasować taśma programowa maszyny cyfrowej, i chociaż ten program nie ma nic, ale to nic wspólnego z muzyką – może odnosić się do jakiegoś równania piątego stopnia – wprowadzony do pianoli będzie produkował dźwięki. Może być też tak, że nie wszystkie wyprodukowane przez to dźwięki będą kompletnym chaosem, ale że tu i tam da się usłyszeć jakaś fraza muzyczna. Czy domyśla się pan, czemu użyłem tego przykładu?
– Chyba tak. Pan sądzi, że Żabi Skrzek jest „muzyczną frazą” powstałą przez włożenie do pianoli taśmy, należącej się właściwie – maszynie cyfrowej
– Tak. Właśnie tak sądzę. Ten, kto używa taśmy cyfrowej do pianoli, popełnia omyłkę i jest zupełnie możliwe, że myśmy właśnie taką omyłkę wzięli za sukces.
– Ale przecież dwa wasze zespoły zupełnie niezależnie od siebie wyprodukowały Żabi Skrzek i Pana Much – a przy tym to jest jedna i ta sama substancja!
– Jeżeli pan ma w domu pianolę i nic nie słyszał pan o istnieniu maszyn cyfrowych, a to samo dotyczy też sąsiada, to, jeśli znajdziecie gdzieś taśmy maszyny cyfrowej, jest całkiem prawdopodobne, że obaj zrobicie to samo – uznacie taśmę za adresowaną do pianoli, bo o i
– Rozumiem. To jest, zapewne, pana hipoteza?
– Owszem, to jest moja hipoteza.
– Mówił pan coś o wielkim ryzyku. Na czym ono polega?
– Zamiana taśmy cyfrowej na taśmę pianoli oczywiście nie jest ryzykowna, chodzi o nieporozumienie nieszkodliwe, ale w naszym wypadku może być inaczej, i konsekwencje omyłki stać się mogą nieobliczalne.
– W jaki sposób?
– Tego nie wiem. Mam na myśli pomyłkę takiego rodzaju, jak kiedy ktoś zamiast słowa „koniczyna” w przepisie kuche
McMahon chciał wiedzieć, jak to jest możliwe, skoro to takie podobne do rozłamywania szyfru. Widział Pana Much. Czy można rozszyfrować kod niewłaściwie, a jednak uzyskać tak zdumiewające wyniki? Czy fragment przekładu, jakim jest Pan Much, może być całkowicie fałszywy?
– To możliwe – odparłem. – Gdybyśmy wysłali telegraficznie genotyp człowieka, a Nadawca umiałby na jego podstawie syntetyzować wyłącznie białe ciałka krwi, miałby przed sobą coś w rodzaju pełzaków oraz mnóstwo nie wykorzystanej informacji. Nie można twierdzić, że ten, kto produkuje ciałka krwi w oparciu o ludzki genotyp, odczytał depeszę właściwie.
– Różnice są takiego rzędu?
– Tak. Wykorzystaliśmy dwa do czterech procent całej informacji kodowej, ale to nie wszystko, bo w tych kilku procentach może tkwić, powiedzmy, jedna trzecia naszego domysłu, to, cośmy sami włożyli w tłumaczenie dzięki naszej wiedzy stereochemicznej, fizycznej i tak dalej. Przy równie niskim stopniu odczytania genotypu człowieka nie dałoby się zresztą sporządzić ciałek krwi. Najwyżej coś w rodzaju martwej białkowej zawiesiny, nie więcej. Uważam zresztą, że przeprowadzenie właśnie takich eksperymentów z ludzkim genotypem – który już jest rozszyfrowany w jakichś siedemdziesięciu procentach – byłoby dla nas niezwykle instruktywne, ale nie możemy ich robić, bo nie mamy na to ani czasu, ani środków.
Gdy spytał, jak oceniam różnicę rozwojową oddzielającą nas od Nadawców, powiedziałem, że wprawdzie ze statystyki von Hoernera i Bracewella wynikało, jako najprawdopodobniejsze, zetknięcie pierwsze z cywilizacją liczącą sobie około 12000 lat, uważam za realną możliwość wiek Nadawców nawet miliardoletni. Inaczej nadawanie sygnału „życiosprawczego” nie dawałoby się racjonalnie usprawiedliwić, bo w ciągu tysiącleci nie może on nic zdziałać.
– Muszą mieć rządy o raczej długiej kadencji – powiedział McMahon. Chciał znać jeszcze moje zdanie o sensowności dalszej pracy, jeśli tak przedstawiają się sprawy.
– Kiedy młody rzezimieszek okradnie pana – powiedziałem – z książeczki czekowej i sześciuset dolarów, to chociaż nic nie pocznie z czekami i nie tknie milionów z pańskiego konta, wcale nie będzie uważał, że źle na tym wyszedł, bo dla niego sześćset dolarów to mnóstwo pieniędzy.
– Tym młodym rzezimieszkiem jesteśmy my?
– Tak. Okruszynami ze stołu wysokiej cywilizacji możemy żywić się przez wieki… Jeśli zachowamy się rozsądnie.
Może bym coś i dodał w tym miejscu, lecz ugryzłem się w język. Pragnął poznać moją opinię osobistą o „listach” i o Nadawcach.
– Nie są to racjonaliści – przynajmniej w naszym rozumieniu – odparłem – Czy wie pan, senatorze, jakie są ich „koszty własne”? Powiedzmy, że dysponują energią rzędu 10 podniesione do 49-ej potęgi ergów. Moc pojedynczej gwiazdy, a tej trzeba dla nadawania sygnału, jest dla nich tym, czym dla nas w Stanach – moc jednej wielkiej elektrowni. Czy nasz rząd zgodziłby się na to, aby wydatkować – przez setki, tysiące lat – moc takiego kompleksu, jak Builder Dam, po to, aby umożliwić powstawanie życia na planetach i
– Jesteśmy zbyt biedni…
– Ależ procent energii zużytej na ten altruistyczny czyn – w obu wypadkach jest podobny.
– Dziesięciocentówka z dolara nie jest tym samym finansowo, czym milion dolarów z dziesięciu milionów.
– Kiedy my właśnie mamy te miliony. Przestrzeń fizyczna dzieląca nas od tej cywilizacji jest mniejsza od moralnej odległości, ponieważ my mamy na Ziemi głodujące masy ludzkie, a oni troszczą się o to, żeby na planetach Centaura, Łabędzia i Kasjopei powstawało życie. Nie wiem, co zawiera „list”, ale w tym świetle nie może zawierać nic takiego, co miałoby nam przynieść szkodę. Jedno nazbyt kłóci się z drugim. Zapewne – udławić można się nawet chlebem. Widzę to tak: jeżeli stanowimy, z naszymi porządkami, z naszą historią, przeciętną kosmiczną – ze strony „listu” nie grozi nam nic. Bo o to pan pytał, prawda? Gdyż oni muszą dobrze znać tę „psychozoiczną stałą” Wszechświata. Jeżeli przedstawiamy aberrację, mniejszość, i ją wezmą, to jest, musieli brać pod uwagę. Ale jeśli jesteśmy nadzwyczajnym wyjątkiem, odchyleniem, dziwolągiem, który zdarza się w jednej Galaktyce na tysiąc, raz w ciągu dziesięciu miliardów lat – takiej szansy mogli nie brać w swych obliczeniach i, w swoich intencjach pod uwagę. Czyli – tak lub owak – oni pozostaną bezwi
– Jak Kasandra pan to powiedział – rzekł McMahon i widziałem, że mu nie było do żartów; mnie, także nie zresztą. Rozmawialiśmy jeszcze, lecz nie powiedziałem mu nic takiego, co mogłoby wzbudzić nąjmniejsze podejrzenia, co wskazywałoby na to, że Projekt wszedł w nową fazę. Ale czułem się, przy pożegnaniu, nieswojo, ponieważ i tak miałem wrażenie, żel mówiłem zbyt wiele – szczególnie pod koniec. Musiałem być Kasandrą w mimice, wyrazie bardziej, niż w słowach, ponieważ pilnowałem przede wszystkich słów.
Senator bawił jeszcze u nas, gdy wróciłem do moich obliczeń. Z Baloyne’em zobaczyłem się dopiero po jego odjeździe. Yvor był rozdrażniony i przybity.
– McMahon? – rzekł. – Przyjechał raczej niespokojny, a odjeżdżał zadowolony. Wiesz czemu? Nie wiesz? Administracja boi się sukcesu – zbyt wielkiego. Boi się odkrycia, które miałoby militarne skutki.
To mnie zdumiało.
– Powiedział ci to? – spytałem. Baloyne żachnął się na tę moją naiwność.
– Jak mógłby mi coś takiego powiedzieć?! Ale to oczywiste. Marzą o tym, żeby nic się nam nie udało, a przynajmniej, żeby na koniec wyszło na to, iż przyszła kartka z pozdrowieniami i życzeniami wszystkiego najlepszego. Tak, wtedy ogłosiliby to z wielkim szumem i trzaskiem i byliby zachwyceni. McMahon poszedł niesłychanie daleko – ty go nie znasz, to człowiek niezwykle ostrożny. A jednak przyciskał w cztery oczy Romneya w sprawie najdalszych konsekwencji technologicznych Żabiego Skrzeku. Najdalszych! I z Donaldem też o tym mówił.
– I co oni? – spytałem. O Donalda mogłem się nie martwić. Był jak kasa pancerna.
– Właściwie nic. Donald nie wiem nawet, co mu powiedział, a Romney tylko tyle, że mógłby mu się zwierzyć jedynie ze swoich koszmarów nocnych, bo na jawie nie widzi nic.
– To dobrze.
Nie ukrywałem zadowolenia. Baloyne wykazywał jednak oznaki depresji: wsadził rękę we włosy, potrząsnął głową i westchnął.