Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 20 из 48

Aby rozpocząć pracę nad „listem”, należało zrobić początek, i to było właściwie najgorsze. Tautologia powyższego zdania jest pozorna. W dziejach pojawili się niezliczoną ilość razy myśliciele, którzy sądzili, że naprawdę można wyjść w poznawaniu od zera, i uczyniwszy z umysłu nie zapisaną kartę, zapełnić ją jedynym koniecznym porządkiem. Fikcja ta była motorem zdumiewających wysiłków. A przecież taki zabieg jest nie do przeprowadzenia. Niepodobna rozpocząć czegokolwiek bez przyjęcia założeń, przy czym to, czy uświadamiamy sobie taki akt, w niczym nie umniejsza jego realności. Założenia te tkwią już w samej biologicznej konstytucji człowieka, jak również w amalgamacie kultury, która jest członem wpasowanym pomiędzy organizmy i środowisko, a daje się urzeczywistnić, ponieważ czy

Rozpoczynając prace nad gwiazdowym kodem należało zminimalizować wstępne założenia, ale nie można się było bez nich obejść. Jeśli były fałszywe, praca musiała pójść na marne. Jednym z takich założeń była dwójkowość kodu. Odpowiadała z grubsza zarejestrowanemu sygnałowi, lecz w to upostaciowanie miała też swój wkład sama technika zapisu. Nie zadowalając się sygnałem utrwalonym na taśmach, fizycy badali długo samą emisję neutrinową, która była „oryginałem”, gdy rejestrat na taśmach – tylko obrazem. Orzekli wreszcie, że kod można uznać za dwójkowy „z rozsądnym przybliżeniem”. Była w tym oświadczeniu apodyktyczność – nieunikniona. Kolejny problem polegał na ustaleniu, do jakiej kategorii sygnałów należy „list”.

Według naszej wiedzy mógł być albo „spisany” w jakimś języku sprawozdawczym, podobnym do naszego, operującym jednostkami znaczącymi, albo stanowić system sygnałów „modelujących” – w rodzaju telewizji, albo wreszcie „receptę produkcyjną”, czyli zestaw operacji potrzebnych dla wyprodukowania pewnego obiektu. Nareszcie mógł zawierać list opis takiego obiektu, więc pewnej „rzeczy”, w kodzie „akulturowym”, to znaczy takim, który odwołuje się wyłącznie do pewnych, dających się wykryć fizykalnie, niezmie

Znając tedy kruchość schematu klasyfikacyjnego, ale nie dysponując niczym lepszym, przystąpiono do prób eliminowania kolejnych jego wariantów. Względnie najłatwiejsze było sprawdzenie „hipotezy telewizyjnej”. W swoim czasie cieszyła się ona wielkim powodzeniem i była uznawana za najekonomiczniejszą. W rozmaitych kombinacjach próbowano więc zasilać kineskop telewizyjny sygnałem. Nie uzyskano ani śladu obrazów, cokolwiek przedstawiających człowiekowi, choć nie powstawał też, z drugiej strony, „kompletny chaos”. Na białym tle występowały powiększające się, rosnące, zlewające i niknące czarne plamy, przy czym całość sprawiała wrażenie „wrzenia”. Gdy sygnał wprowadzono tysiąc razy wolniej, obraz przypominał kolonie bakteryjne w stanie rozprzestrzeniania się, pochłaniania wzajemnego i rozpadu. Oko chwytało pewien rytm i regularność procesu, jakkolwiek nic nie mówiącą.

Uruchomiono też badania kontrolne, wprowadzając do telewizora zapisy naturalnego szumu neutrinowego. Powstawał wtedy pozbawiony ośrodków kondensacji bezład trzepotania i migania, zlewający się w jednolitą szarość. Można było myśleć i o tym, że Nadawcy mają i

Tak więc i drugi wariant odrzucono. Pierwszy skazywał Projekt na niepowodzenie, bo, jak wspomniałem, bez słownika i składni nie można rozłamać naprawdę „obcego” języka. Pozostawały dwa ostatnie. Potraktowano je łącznie, ponieważ (i o tym mówiłem) rozróżnienie pomiędzy „rzeczą” a „procesem” jest względne. Aby sprawę obszerną przedstawić zwięźle – Projekt wystartował z tych właśnie pozycji, uzyskał pewne wyniki „materializując” niewielką część „listu”, a więc jak gdyby przekładając go skutecznie we fragmentach, lecz potem praca stanęła na martwym punkcie.

Zadanie, które mi postawiono, polegało na tym, aby wykryć, czy założenie (list jako „rzecz-proces”) jest prawdziwe. Nie wolno mi przy tym było odwoływać się do rezultatów zyskanych dzięki jego przyjęciu, bo byłby to błąd logiczny (błędnego koła). Nie przez złośliwość tedy, lecz właśnie po to, abym się do problemu nie uprzedził stro

Nie wiedziałem nawet, czy matematycy Projektu brali się już do postawionego mi zadania. Przypuszczałem, że próbowali, i znając ich fiasko, może bym sobie oszczędził zbędnych trudów, lecz Dill, Rappaport i Baloyne uznali, że najostrożniej będzie nic mi nie mówić.

Jednym słowem, wezwano mnie, abym ratował honor planety. Musiałem porządnie napiąć muskulaturę matematyczną i – chociaż nie bez tremy – cieszyłem się na to. Wyjaśnienia, rozmowy, sakramentalne wręczenie zapisu gwiazdowego zajęły pół dnia. „Wielka czwórka” odprowadziła mnie potem do hotelu, pilnując się wzajemnie, aby nikt nie zdradził przede mną żadnej z rzeczy, jakich nie wolno mi było na razie znać.