Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 48

Baloyne jednak postanowił pójść, całkiem prywatnie, do Laserowitza, ponieważ – wiem to od niego – było mu po prostu żal tego maniaka kosmicznych kontaktów. Sądził, że kiedy w cztery oczy zaproponuje mu jakieś podrzędniejsze stanowisko w Projekcie, wszystko naprawi. Krok okazał się jednak lekkomyślny, choć podyktowany najlepszymi intencjami. Baloyne, który nie znał Laserowitza, dał się nabrać na inicjały „D. Ph.” i myślał, że będzie miał do czynienia z jakimś może odrobinę trąconym, żądnym rozgłosu, zarobkującym niewybrednymi sposobami – ale przecież kolegą, naukowcem, fizykiem. Tymczasem znalazł się naprzeciw rozgorączkowanego człowieka, który, usłyszawszy, że „gwiazdowy list” jest autentyczny, oświadczył mu z histeryczną nonszalancją, że taśmy, a więc i „list”, stanowią jego własność prywatną, z której go obrabowano, a w dalszej rozmowie doprowadził Baloyne’a do wściekłości; widząc, że z nim na słówka nie wygra, Laserowitz wypadł na korytarz i tam zaczął wrzeszczeć, że przekaże sprawę ONZ-owi, Trybunałowi Praw Człowieka, po czym wsiadł do windy i pozostawił Baloyne’a niewesołym refleksjom.

Widząc, co nabroił, Baloyne pojechał niezwłocznie do Rusha i wszystko mu opowiedział. Rush zaniepokoił się poważnie o losy Projektu. Jakkolwiek szanse, że gdziekolwiek zechcą poważnie wysłuchać Laserowitza, były nikłe, przecież taka ewentualność nie dawała się wykluczyć, a gdyby afera przedostała się z prasy brukowej do metropolitarnej, na pewno nabrałaby charakteru politycznego.

Wtajemniczeni wyobrażali sobie doskonale, jaki podniesie się krzyk, że Stany Zjednoczone usiłowały obrabować ludzkość z tego, co wi

Nieszczęśliwe konsekwencje tego kroku przejawiły się nie od razu, ale w ten sposób został zainicjowany proces już nieodwracalny. Rush, jako osobistość z pogranicza nauki i polityki, zapewne orientował się w niepożądanych skutkach oddania Projektu pod taką opiekę, toteż powstrzymawszy jeszcze swojego senatora na dwadzieścia cztery godziny, wysłał dwu zaufanych do Laserowitza, by przemówili mu do rozsądku. Laserowitz nie tylko okazał się głuchy na perswazję, ile urządził przybyłym taką awanturę, że doszło do bitki, w której interweniowała wezwana przez zarząd hotelu policja.

W następnych dniach prasę nawodniły zgoła fantastyczne, a właściwie bzdurne wieści o rozmaitych „dwójcach” i „trójcach” milczenia przesłanych Ziemi przez Kosmos, o zjawiskach świetlnych, lądowaniu małych zielonych człowieczków, którzy nosili „neutrinową odzież”, i tym podobne brednie, w których często gęsto powoływano się na Laserowitza tytułowanego już profesorem. Rychło jednak, bo nim miesiąc minął, „znakomity uczony” okazał się paranoikiem i został zamknięty w lecznicy dla umysłowo chorych. Na tym, niestety, historia jego się nie zamknęła. Aż do prasy centralnej, do wielkich gazet dotarły echa fantasmagorycznego zmagania Laserowitza (który dwa, razy uciekał ze szpitala, przy czym drugi raz uczynił to sposobem radykalnym, opuścił go bowiem przez okno z ósmego piętra) o prawdę jego odkrycia, tak – według opublikowanych potem wersji – obłąkańczego, a przecież bliskiego prawdy. Wyznaję, że ciarki przechodzą mi po skórze, ilekroć wspominam ten fragment prehistorii naszego Projektu.

Jak łatwo można się domyślić, zapełnianie szpalt prasy masą wieści coraz to nonsensowniejszych było niczym i

Los owego fanatyka był prawdziwie koszmarny i nie od razu pogodziłem się z tym, że zarówno jego obłęd, jak i ów ostatni krok z okna w ośmiopiętrową pustkę były autentyczne, lecz przekonali mnie do takiej wersji zdarzeń ludzie, którym muszę ufać. A jednak signum temporis wytłoczone zostało już w nagłówku naszego ogromnego przedsięwzięcia, znak czasów, jak żadne może mieszających obrzydliwość ze wzniosłością; zygzak losowych zdarzeń, zanim rzucił w nasze ręce ową wielką szansę, zmiażdżył, jak pestkę, człowieka, który, choć w zaślepieniu, podszedł przecież jako pierwszy do progu odkrycia.

Jeśli się nie mylę, wysła