Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 48

Morning Star z Kansasu zamieściła kilkakrotnie sprawozdania z procesu Loomis kontra Swanson, ponieważ panował sezon ogórkowy i nie było lepszych materiałów. Jeden z artykułów przeczytał, jadąc do pracy, doktor Saul Rappaport z Institute for Advanced Study (jak mi powiedział, znalazł gazetę na siedzeniu w przedziale kolejowym – sam nigdy jej nie kupował).

Była to sobota i dzie

Myśl była obłędna – ale Rappaport nie mógł się jej pozbyć. Strumień informacji, na przykład mowy ludzkiej, nie zawsze wyjawia nam, że jest właśnie informacją, a nie chaosem dźwięków. Obcy język odbieramy często jako zupełny bełkot. Poszczególne słowa rozróżnia tylko ten, kto język rozumie. Dla nie rozumiejącego istnieje tylko jeden sposób umożliwiający owo doniosłe rozróżnienie. W wypadku gdy odbieramy autentyczny szum, poszczególne serie sygnałów nie powtarzają się nigdy w tej samej kolejności. W tym sensie „szumową serię” stanowi np. tysiąc liczb, które wychodzą na ruletce. Jest zupełnie niemożliwe, żeby w następnym tysiącu gier mogły się powtórzyć w tym samym uszeregowaniu – rezultaty serii poprzedniej. W tym właśnie istota „szumu”, że kolejność pojawiania się elementów – dźwięków lub i

Doktor Rappaport pomyślał sobie, że, być może, Swanson nie kłamał przed sądem i nie kopiował w kółko jednej taśmy, lecz użył kolejno taśm, które powstały w ciągu wielomiesięcznej rejestracji kosmicznego promieniowania. Jeżeli promieniowanie było sygnalizacją rozmyślną i jeśli w owym czasie jedna seria emisji „komunikatu” skończyła się, a potem podjęto nadawanie komunikatu od początku, w rezultacie powstałoby to, na co nastawał Swanson. Kolejne taśmy utrwaliłyby dokładnie takie same serie impulsów, które swoją powtarzalnością , zdradzały, że ich „szumowy wygląd” jest tylko pozorem!

Było to w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, lecz jednak możliwe. Kiedy zdarzały mu się iluminacje podobne do tej, Rappaport, na co dzień człowiek raczej wygodny, okazywał niezwykłą rzutkość i energię. Ponieważ gazeta zamieściła adres doktora Hailera, mógł się z nim łatwo skomunikować. Najbardziej zależało mu na tym, aby do ręki dostać taśmy. Napisał więc do Hailera, nie wyjawiając mu jednak swojej koncepcji – brzmiała zbyt fantastycznie – a tylko pytając go, czy mógłby mu użyczyć taśm pozostałych w archiwum Mount Palomar. Hailer, zrażony wmieszaniem swej osoby w aferę Laserowitza, odmówił. Bodaj wtedy dopiero Rappaport uwziął się na dobre i napisał wprost do obserwatorium. Nazwisko jego było dostatecznie znane w kręgach naukowych i niebawem, zdobył dobry kilometr taśm, które przekazał swemu przyjacielowi, doktorowi Howitzerowi, aby je zbadał maszyną cyfrową na rozkład częstości elementów, czyli dokonał tak zwanej analizy dystrybutywnej.

Już w tej fazie problem był bardziej złożony, aniżeli go tutaj przedstawiam. Informacja w tym większym, stopniu przypomina czysty szum, im dokładniej nadajnik wykorzystuje pojemność kanału przesyłowego. Jeżeli jest wykorzystana całkowicie, czyli pozbawiona nadmiarowości, sygnał dla nie uprzedzonego niczym się nie różni od kompletnego chaosu. Jakem już powiedział, tylko wtedy da się taki szum zdemaskować jako informację, jeśli emisje tego samego komunikatu powtarzają się w kółko i można je ze sobą dla porównania zestawić. To właśnie było zamiarem Rappaporta i w tym. miały mu pomóc urządzenia ośrodka obliczeniowego, w którym pracował Howitzer. Jemu też nie powiedział od razu, o co chodzi, ponieważ zależało mu na utrzymaniu tajemnicy; poza tym, gdyby miało się okazać, że jego myśl jest niewypałem, nikt by się o tym nie dowiedział. Ów zabawny początek wcale niezabawnej potem historii opowiadał Rappaport wiele razy i zachował nawet, w postaci relikwii, egzemplarz dzie

Howitzer, przeciążony robotą, nie bardzo chciał podjąć się żmudnej analizy, nie wiedząc, czemu ona służy: toteż ostatecznie Rappaport zdecydował się wprowadzić go w tajemnicę. Tamten zrazu go wyśmiał, lecz, pod wpływem sugestywnych słów Rappaporta, w końcu uległ jego prośbom.

Gdy po kilku dniach Rappaport wrócił do Massachusetts, Howitzer przywitał go wieścią o negatywnym wyniku badań, który, w jego mniemaniu, obalił fantastyczną hipotezę. Rappaport – wiem to od niego – gotów był już rzucić sprawę, lecz podrażniony docinkami przyjaciela zaczął się z nim spierać. Przecież – powiedział mu – cała neutrinowa emisja jednego kwadrantu czaszy niebieskiej jest istnym oceanem rozciągniętym na olbrzymim widmie częstości i jeżeli nawet Hailer i Mahoun, raz przeczesując to widmo, wychwycili zeń czystym trafem „kawałek” emisji sztucznej, pochodzącej od rozumnego nadawcy, to byłoby już prawdziwym cudem, gdyby dokonali tego – znów przypadkowo – po raz drugi.

Tak więc należało postarać się o taśmy, które miał w swym posiadaniu Swanson. Howitzer zgodził się z tą argumentacją, zauważył jednak, bo i on chciał mieć rację, że przy rozpatrywaniu alternatywy „wiadomość z gwiazd” albo „oszustwo Swansona” – jej drugi człon obciążony jest parę milionów razy większym prawdopodobieństwem niż pierwszy. Dodał jeszcze, że z uzyskania taśm niewiele Rappaportowi przyjdzie: otrzymawszy wezwanie sądowe i pragnąc stworzyć sobie podstawy skutecznej obrony, Swanson mógł po prostu skopiować posiadaną taśmę i przedstawić ową kopię jako rzekomo osobny oryginał – neutrinowej rejestracji.

Rappaport nie umiał na to odpowiedzieć, ale mając znajomego – specjalistę w zakresie aparatur długoseryjnej rejestracji półautomatycznej – zatelefonował do niego i zapytał, czy taśmy, na których notowano pewne przebiegi naturalne, można odróżnić jakoś od taśm, na które podobne napisy zostały naniesione wtórnie (czyli jaka jest – jeśli w ogóle istnieje – różnica między oryginałem rejestracji a jego kopią). Okazało się, że rozróżnienie takie bywa możliwe; Rappaport zwrócił się wtedy do adwokata Swansona i po tygodniu dysponował już całym kompletem taśm. Wszystkie okazały się oryginałami, jak orzekł rzeczoznawca, tak więc – Swanson oszustwa się nie dopuścił: emisja naprawdę powtarzała się okresowo.

Takiego rezultatu badań nie zakomunikował Rappaport ani Howitzerowi, ani adwokatowi Swansona, lecz tego samego dnia, a raczej tejże nocy, poleciał do Waszyngtonu, wiedząc zaś dobrze, jak beznadziejne może być forsowanie przeszkód biurokracji, udał się prosto do Mortimera Rusha, doradcy prezydenckiego do spraw nauki, byłego kierownika NASA, którego znał osobiście. Rush, fizyk z wykształcenia, prawdziwie pierwszorzędna głowa, przyjął go mimo spóźnionej pory. Rappaport czekał w Waszyngtonie trzy tygodnie na jego odpowiedź. Tymczasem taśmy badali coraz to ważniejsi specjaliści.

Rush wezwał go wreszcie na konferencję, w której uczestniczyło ogółem dziewięć osób; byli między nimi luminarze nauki amerykańskiej – Donald Prothero, fizyk, Yvor Baloyne, językoznawca i filolog, Tihamer Dill, astrofizyk oraz John Bear, matematyk-informacjonista. Sposobem nieformalnym postanowiono na owej konferencji utworzyć specjalną komisję do zbadania „neutrinowego listu z gwiazd”, który otrzymał wtedy, za półżartobliwą sugestią Baloyne’a, nazwę kryptonimową MASTERS VOICE. Rush poprosił uczestników obrad o dyskrecję, czysto prowizoryczną, ponieważ obawiał się, że nadanie sprawie sensacyjnego charakteru przez prasę może tylko przeszkodzić w otrzymaniu niezbędnych funduszów, rzecz bowiem stałaby się od razu przedmiotem politycznej rozgrywki w Kongresie, gdzie pozycja Rusha, jako przedstawiciela silnie krytykowanej administracji, była zachwiana.

Zdawać się mogło, że sprawie został nadany bieg możliwie rozsądny, gdy całkiem nieoczekiwanie wmieszał się w nią niedoszły doktor fizyki, D. Ph. Sam Laserowitz. Z całej relacji o procesie Swansona wyczytał tyle tylko, iż rzeczoznawca sądowy ani słowem nie wspomniał w swym orzeczeniu, jakoby „strefy milczenia” na taśmach były „pustymi miejscami” spowodowanymi periodycznym wyłączaniem aparatury. Pojechał zatem do Melleville, gdzie toczył się proces, i siedział w hotelu, oblegając obrońcę Swansona, ponieważ pragnął dostać taśmy, które wi

Człowiekiem tym był doktor Rappaport. Laserowitz posłał swego detektywa tropem niczego nie podejrzewającego Rappaporta, a gdy ten pojawił się w Waszyngtonie i kilkakrotnie złożył wizytę Rushowi, uznał, że nadszedł czas działania. Bardzo niemiłym zaskoczeniem dla Rusha i kandydatów na uczestników operacji Masters Voice był więc, artykuł w Morning Star, przedrukowany przez jedną z gazet waszyngtońskich; w którym, pod odpowiednim nagłówkiem, Laserowitz donosił, jak to administracja usiłuje nikczemnym sposobem schować pod korcem bezce

Teraz dopiero Rush uznał, że sprawa może nabrać niepożądanego aspektu na arenie międzynarodowej, gdyby komuś przyszło do głowy, że Stany Zjednoczone usiłowały ukryć przed wszystkimi fakt nawiązania łączności z cywilizacją kosmiczną. Nie przejął się co prawda zbytnio artykułem, gdyż jego niepoważny ton dyskredytował zarówno autora, jak i samą informację, liczył więc, jako najbardziej doświadczony na terenie praktycznym publicity, na to, że jeśli zachowa się milczenie, wszczęty hałas sam rychło ucichnie.