Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 47 из 65

Marlenia Jasiczek wyszła za mąż zaraz po maturze za zamożnego przedsiębiorcę budowlanego i wczesne i zawarte dla pieniędzy małżeństwo dało jej cały szereg asumptów do wyższości. Po pierwsze, już na pierwszym roku była mieszkającą we własnościowych apartamentach mężatką, co w oczywisty sposób odróżniało ją od i

Wiara Marleni podlegała, rzecz jasna, tym samym, a nawet, z oczywistych powodów, ostrzejszym jeszcze wyższościowym regułom. Marlenia dawała do zrozumienia, iż wierzy w Boga jak nikt. Bóg wysłuchiwał jej modlitw. Bóg z nią rozmawiał. Bóg widział jej wyjątkowość. Jak powszechnie wiadomo: setki tysięcy ludzi setki tysięcy razy wychodziło i wychodzi z kościoła w obojętności albo nawet w rozczarowaniu. Marlenia zawsze wychodziła w ekstazie. Msze, w których uczestniczyła, były zawsze dojmująco przejmujące, różańce, które zmawiała, niebotycznie ją uskrzydlały, spowiedzi do głębi oczyszczały. Kiedy podczas jednej ze swych podróży do ojczyzny Ojciec Święty zaniemógł i nie odprawił mszy na krakowskich Błoniach, Marlenia, która na papieską mszę specjalnie pielgrzymowała do grodu Kraka, nie była w stanie ukryć, że wyjątkowość tego wydarzenia – płacz i żal jednoczący tłumy modlące się w deszczu – zaspokajała jej głód wyjątkowości w szczególny sposób, ona bowiem jako jedyna spośród stojącego na mokrej trawie miliona wiernych miała wrażenie, że łączy się z chorym Papieżem modlitwą słyszalną jak przez telefon i widzialną jak na telebimie. Słyszała ciężki oddech leżącego na swym łóżku w pałacu arcybiskupim przy Franciszkańskiej Ojca Świętego, widziała krople potu na jego czole, czuła na sobie jego uważne spojrzenie. Marlenia, rzecz jasna, nie mówiła tego wprost, ale nie zdziwiłbym się, jakby w głębi ducha uważała, że Ojciec Święty – celem obdarzenia jej specjalną wyjątkowością – specjalnie dla niej zaniemógł.

Szczyciła się też przyjaźnią z pewnym światłym księdzem kanonikiem i zapamiętale wspominała długie i szczere rozmowy z pewną poznaną na wczasach w Chorwacji siostrą przeoryszą. Tak. Sukienka o niepokojącej linii perwersyjnego habitu to nie był przypadek – Marlenia miała więcej tego rodzaju kreacji.

Ma się rozumieć, jej religijność kręciła mnie niezmiernie, i nie jest wykluczone, że ładowałem łapę pod jej spódnicę i w ogóle parłem do jej całkowitej kapitulacji po to, by, gdy będzie już po wszystkim, postawić ją w konieczności wyspowiadania się z grzechu cudzołóstwa. Nie zazdrościłem jej mężowi, z którym podobno, wedle jej niezmie

Niestety, nigdy mi nie uległa i jeśli się z czegoś w ogóle w tej sprawie spowiadała, to co najwyżej z pokus, za których pokonanie i wytrwanie w czystości najpewniej nie tylko nie musiała odbywać żadnej pokuty, ale być może nawet wzięła pochwałę.

Wszystko jedno zresztą. Opowiadam o tym jedynie po to, by podkreślić, iż Konstancja Wybryk z całym spokojem przetrwała krótką epokę szturmowania przeze mnie górnych partii rajstop Marleni Jasiczek. Z oczywistych powodów szczegóły tych szturmów przed uparcie odganianą nieszczęśnicą zatajałem. Pod względem skuteczności odganiania opowieść o przygodzie z Marlenia byłaby w końcu dla mnie historią samobójczą, dla Konstancji – konsolacyjną. Poprzestawałem na być może bardzo mało skutecznych, ale przynajmniej nie samobójczych ogólnikach.

Czy ty nie rozumiesz – powtarzałem w koło – czy ty nie widzisz, co się dzieje? Niby tak doskonale znasz się na wszystkim, wszystko jesteś w stanie wyjaśnić, zanalizować i zinterpretować, a nie widzisz, co się tuż przed twoim nosem dzieje? Nie widzisz, że to koniec? Nie widzisz, że mi wszystko zbrzydło? Nie czujesz, że mi zbrzydły twoje opowieści, nawyki, upodobania, a zwłaszcza poglądy na sztukę? Atakowanie czułych punktów jej upodobań estetycznych zdawało się przynosić jakiś efekt (cień efektu), toteż na tym odcinku frontu koncentrowałem całą siłę ognia. Jej ulubionego pisarza Saula Bellowa wyzywałem od grafomanów, na Woodym Allenie psy wieszałem, a o Jacku Nicholsonie szkoda gadać, co gadałem. Konstancja zdawała się uginać, wyraźnie chwiała się na nogach, nie padała jednak. Szydziłem z teatru, zwłaszcza z pewnych niepowtarzalnych przedstawień dzisiejszych, które uwielbiała – też nic.

Swoją drogą jedno z tych przedstawień (szczerze mówiąc jedyne, jakie widziałem) wywarło na mnie mocne i dziwaczne wrażenie. Dałem się Konstancji namówić

głównie z tej przyczyny, że teatr, do którego mnie ciągnęła, mieścił się w Pałacu Kultury – miałem niedaleko.

Awangardowe długi spektakl polegał głównie na tym, że po scenie przez wiele godzin miotał się facet w wyciągniętym swetrze, z zawodu prawdopodobnie pisarz, i cały czas w gorączkowych monologach pastwił się nad swoimi zabitymi w wypadku samochodowym rodzicami. W pewnym momencie nawet leżące w trumnach kukły jego starych wjechały na scenę, ale gościa wcale to nie speszyło, chyba nawet jeszcze bardziej się rozwścieczył i z większą swobodą i specjalnie dociekliwie zaczął piętnować błędy wychowawcze i życie erotyczne spoczywających w tekturowych pudłach nieboszczyków, zwłaszcza matki, która, jak wynikało z wątłej akcji, miała wieloletni pozamałżeński romans, na domiar paskudztwa z pewnym obłudnym kardynałem.

Oglądałem to wszystko z podszytą nutą wstrętu fascynacją. Pamiętałem z Granatowych Gór otwartą trumnę dziadka Jana Nepomucena, definitywna nieobecność mojego przepadłego bez wieści starego nie wychodziła mi z głowy i nie mogłem nie zauważyć, że w niektórych moich natręctwach muszę być podobny do głównego bohatera, że mam w duchu skło

Do dziś nie mogę też zapomnieć opowieści Konstancji o czterech, a w istocie tylko – o łasko – o trzech zdiagnozowanych nieszczęśnikach seksualnych – bezrobotny dzie

Po rozstaniu z największą miłością mojego życia, po rozstaniu z muzykiem rockowym, w moim życiu – mówiła Konstancja – zapadły w ciemności. Rozjaśniałam je balangami, rozległymi kontaktami koleżeńskimi i rzekomo aktywnym studiowaniem. Było jeszcze ciemniej. Właśnie w ramach specjalnie aktywnego studiowania pewnego dnia razem z moją bardzo bliską koleżanką wybrałyśmy się ze ściśle naukową wizytą do emerytowanego, cieszącego się niezmiernym autorytetem i – nie tylko w naszych kręgach – dosyć znanego profesora prawa. Sprawę do profesora miała koleżanka, szło o głośny poszlakowy proces z lat sześćdziesiątych, o którym profesor napisał legendarną rozprawę – ekspertyzę, tekst nie do zdobycia. Koleżanka w końcu ośmieliła się i zadzwoniła. – Proszę bardzo, niech panie wpadną do mnie, ja niechętnie wychodzę z domu, świat mnie brzydzi – powiedział klasyk prawa.