Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 46 из 65

ROZDZIAŁ XI – Odganianie Konstancji

O paru tygodni usiłuję bezskutecznie rozstać się z Konstancją. Zrażam ją do siebie, jak mogę – nic nie pomaga. Prowokuję bezsensowne awantury, obrażam ją i upokarzam, szydzę z niej – wszystko to działa odwrotnie: jest coraz czulsza, coraz bardziej zakochana, płacze rozpaczliwie jak nastolatka. Słuchaj – mówię do niej – mam dość twoich mądrości, wszystkie twoje mądrości to są w gruncie rzeczy kabotyńskie brednie. Ty nie rozumiesz nawet własnego bezwstydu, nie rozumiesz samej siebie, jakbyś rozumiała, nie opowiadałabyś z chorobliwym zapałem wszystkich twoich „dobrze opowiedzianych bezwstydnych historii kobiety w wieku Chrystusowym". Mam dość, mam absolutnie dość twoich „dobrze opowiedzianych bezwstydnych historii kobiety w wieku Chrystusowym". Mam dość słuchania o twoich wziętych adwokatach, nazbyt namiętnych Hindusach, czterech, a w istocie tylko – o łasko – trzech zdiagnozowanych seksualnych nieszczęśnikach oraz o i

Być może tu zresztą było rzeczywiste źródło (praźródło) moich żalów: czasy, w których rytualnie spotykaliśmy się wpierw na mieście, należały do przeszłości, od jakichś trzech miesięcy Konstancja zagnieździła się u mnie na dobre. Powi

Przestałem być sobą – w wystudiowany sposób mściwie przyciszałem głos – słuchaj, ja przy tobie przestałem być sobą, przestałem mówić własnymi słowami i nie myślę po swojemu. Uległem ci i przez to jestem wściekły na samego siebie – nie powi

Chryste Panie! Nic nie działało. Nie żeby się jakoś broniła, nie mówiąc o obronie z wyobrażalną dla niej zręcznością. Przyjęła postawę całkowicie bierną i była przez to nie do ruszenia. Nie miałem pojęcia, jakiego użyć materiału wybuchowego, by skamieniałą z rozpaczy Konstancję Wybryk wysadzić w powietrze. Zaprosiłem dwie dziewczyny z agencji towarzyskiej i z grubą przesadą zadbałem, by po ich wizycie pozostały widzialne ślady. Potem przerażony, że złapałem aids albo syfa, upiłem się do nieprzytomności i zwymiotowałem na poduszkę – nic. Konstancja nazajutrz spoglądała na mnie wzrokiem zranionej łani i sprzątała rzygowiny, i zbierała gumy z dywanu. Poprosiłem Marlenię Jasiczek – koleżankę z roku – by wydzwaniała do mnie ile się da i w obecności Konstancji prowadziłem niekończące się idiotycznie czułe rozmowy – nic. Odwrotnie też działałem, poleciłem Marleni prażyć Konstancję głuchymi telefonami, co dawało mi podstawę do obleśnych i karczemnych scen zazdrości – nic. Zdobyłem telefon matki Konstancji, zadzwoniłem do niej, przedstawiłem się i spazmatycznie krzyknąłem do słuchawki: Pani córka jest kurwą! – nic. Konstancja nawet jednym mgnieniem powieki nie zdradziła, że wie o takim moim wyczynie, wszystko jedno, może faktycznie nie wiedziała. Wiedziała natomiast z całą pewnością, że coraz gorliwiej w sprawie odganiania współpracująca ze mną Marlenia Jasiczek przesiaduje u mnie całymi wieczorami, raz po raz zostaje na noc i w nakazany przeze mnie sposób przyjmuje jej telefony. Nie, Patryk nie może teraz podejść, bierze właśnie prysznic. Patryk mówi, że nie podejdzie, bo nie chce mu się z panią gadać. Nie ma o czym. On mówi, żebym pani powiedziała, że sto razy pani mówił, że już pani nie kocha. On teraz mnie kocha. Teraz ja z nim jestem.

Milion na milion normalnych i nienormalnych kobiet po takiej dawce rezygnuje. Nie Konstancja. Nic jej nie zrażało, przebijała się przez najszczelniejsze uszczelnienia, rączo pokonywała najstrzelistsze przeszkody. Daj spokój – mówiła – daj spokój. Nie wierzę ci, nie wiem, dlaczego mnie odganiasz. Przecież mnie kochasz. Mnie kochasz, a nie tamtą smarkulę. Zostaw ją, bo robisz jej krzywdę. – Nie robię jej żadnej krzywdy, ponieważ jestem z nią naprawdę – odpowiadałem i odpowiedź moja była do pewnego stopnia szczera, w końcu siłą bezwładu wplątałem się w przelotny i pełen swoistej grozy romans z Marlenią Jasiczek. Swoją drogą tak efektownej postaci jak Marłenia niejeden mógłby mi pozazdrościć.

Wpadła mi w oko jesienią 1995 roku na samym początku studiów. Tak się zabawnie złożyło, że pierwszy raz była u mnie na Śliskiej, ergo pierwszy raz ładowałem jej łapę pod spódnicę (na serio dobierałem się do niej) podczas telewizyjnej debaty KwaśniewskiWałęsa. Zdawała się kompletnie nie rozumieć, o co mi chodzi, mylnie brałem jej roztargnienie za objaw goryczy spowodowanej porażką legendarnego przywódcy Solidarności. Była na pozór tak przejęta przegraną swego faworyta, że sprawiała wrażenie osoby nie z tego świata, nie doceniłem ani siły makijażu, ani tego, że sprawianie wrażenia osoby nie z tego świata jest sensem jej życia.

Marlenią Jasiczek za to, by sprawiać wrażenie osoby nie z tego, a z i

Kiedy w końcu w sprawie odganiania Konstancji zaczęła mi pomagać do tego stopnia, że staliśmy się sobie niezmiernie bliscy, przez co należy rozumieć, że na każdym spotkaniu bez względu na czas i miejsce ładowałem Marleni Jasiczek łapę pod spódnicę, ona zaś – nie rozproszona już żadną debatą prezydencką – za każdym razem zamierała w bezgranicznym zdumieniu i zduszonym głosem pytała: – Dlaczego? Wyjaśnij, dlaczego ładujesz mi łapę pod spódnicę? Otóż kiedy byliśmy już tak blisko, że łapy moje dochodziły do górnych partii jej niespotykanych rajstop, i kiedy ona pytała: – Dlaczego, wyjaśnij mi, dlaczego? – ja zaś nie byłem w stanie udzielać żadnych przekonujących odpowiedzi, bo wszystkie władze psychofizyczne skupiałem na tym, aby gmerać jeszcze głębiej i wyżej, i kiedy ona zawiedziona brakiem przekonującej odpowiedzi zaczynała bronić się jak tygrysica, słowem, kiedy bez względu na porę dnia i miejsce, bez względu na to, czy było to rano, czy wieczorem – w Ti Amo na Świętokrzyskiej, w Chez Lautrec na Sie

Banalne? Banalne. Przy bliższym jednak wejrzeniu okazało się, że nie aż tak banalne. Marleni nie szło zwyczajnie o rytualną babską niepewność: co na siebie włożyć, jaką dobrać kreację na wykład z międzynarodowego prawa morskiego, jaką na ćwiczenia z postępowania cywilnego, a jaką na konwersatorium z przestępczości nieletnich. Marleni rzekomo szło o to, by się odziać w sposób nieodróżnialny od reszty towarzystwa. Trawiona manią wyższości i nieposkromioną potrzebą dawania do zrozumienia, że jest z i