Страница 48 из 65
Mnie oczywiście zarówno głośny proces poszlakowy z lat sześćdziesiątych, jak i legendarna ekspertyza wisiały pełnym zwisem (cóż za prorocze określenie), ale udawałam, że ciekawi mnie to żywo. Rozumiesz, Patryku, ja wtedy miałam niezwykle rozległe zainteresowania, ponieważ podjęłam decyzję, że mam niezwykle rozległe zainteresowania.
Facet mieszkał w kamienicy tuż obok poczty na Świętokrzyskiej i tam udałyśmy się z naszą ściśle naukową, a dla mnie ściśle fatalną wizytą. Fatalność polegała na tym, że w tym pierwszym spotkaniu nie było niczego fatalnego, wręcz przeciwnie, było ono urocze i zachwycające. Ponieważ wyobrażałam sobie, że przyjmie nas niepodnoszący się z fotela, ledwo żywy dziadek w piżamie, byłam w szoku tym większym. Ten starszy od nas o pół wieku, ściśle o czterdzieści dziewięć lat emeryt okazał się krzepkim, pełnym wigoru, szczupłym wysokim mężczyzną z bujną grzywą siwych włosów. Rozumiesz, na pierwszy rzut oka: stary traper nie do zdarcia, który dalej samotnie poluje na niedźwiedzie. Mało przesadne określenie, on faktycznie polował, podróżował i był w dodatku znawcą sztuki, muzyki i literatury. Oprowadził nas po mieszkaniu wypełnionym rzadkimi książkami, myśliwskimi trofeami, globtroterskimi pamiątkami i malarskimi oryginałami. Miał na sobie ciemnozielone sztruksowe spodnie i intensywnie pomarańczową koszulę. Co, niestety, rozstrzygające: był mądry i miał poczucie humoru. Powiedzieć: ani śladu demencji – to powiedzieć obraźliwie. Siedziałyśmy na kanapie w salonie, popijałyśmy jakiś egzotyczny trunek i zarykiwałyśmy się z jego sytuacyjnych dowcipów, z wymierzonych pod adresem naszych wykładowców, a jego niegdysiejszych uczniów złośliwości i z własnego życia wziętych opowieści. Zwłaszcza rozbawiła nas (ale też swoiście wzruszyła) opowieść o jego byłej żonie, z którą musiał się rozwieść, ponieważ okazała się lesbijką. Czułyśmy się ostro dowartościowane, że akurat nam, w końcu w porównaniu z nim zupełnym smarkulom, zwierza się z takich intymności. Czynił to w dodatku na porywającym luzie…
Na koniec wydobył z szuflady stylowego biurka kilkudziesięciostronicowy pożółkły maszynopis i dżentelmeńsko przeprosiwszy, że stawia jakiekolwiek warunki – poprosił o zwrot nie później jak za tydzień. Wyszłyśmy wniebowzięte. – Czy ty wiesz – mówi do mnie jeszcze na schodach moja lekko pijana i ciężko rozanielona koleżanka – czy ty wiesz, że jakby on miał chociaż dziesięć lat mniej, to ja bym na niego poleciała? A mnie natychmiast przeszyło perwersyjne pytanie: A dlaczego dziesięć lat mniej? Dlaczego nie dziesięć lat więcej? Czyli dlaczego nie teraz? Właściwie dlaczego by teraz na niego nie polecieć? Why not? – Dziesięć lat temu mogło być z nim gorzej – odpowiedziałam ironicznym tonem – dziesięć lat temu mógł być dużo głupszy i pewnie dużo gorzej wyglądał.
Koleżanka uznała odpowiedź za kolejny przejaw mojej znanej błyskotliwości i jeszcze długo konała ze śmiechu. Ja nie. Ale też nie pławiłam się w żadnych ryzykownych wyobrażeniach, chyba natychmiast zapomniałam o perwersyjnym pytaniu, co mnie przeszyło na schodach kamienicy tuż obok poczty przy Świętokrzyskiej. Zapomniałam wszakże jedynie na tydzień, po tygodniu przypomniało mi ono się z całą wyrazistością, po tygodniu bowiem okazało się, że koleżanka nie może i sama muszę pójść oddać legendarną ekspertyzę. Wiedziałam, natychmiast wiedziałam, czym się to skończy. Wiedziałam, że będę oddawać legendarną ekspertyzę klasykowi prawa w taki sposób, by wylądować w jego łóżku. Już przez telefon starałam się rozmawiać z brutalną, a nawet trzeba powiedzieć – chamską dwuznacznością. Komplementowałam go nieoszczędnie, mówiłam, że mam potworną tremę, że tamta wizyta wywarta na mnie niezwykłe wrażenie, że mnie zachwyciła, ale zachwyciła, panie profesorze, w bardzo niepokojący dla mnie sposób.
Oczywiście łykał pierdołę za pierdołą, nie ma faceta, który takich rzeczy nie łyka. Wiele stara
W zupełnych ciemnościach, kiedy pilnie unikałam nie tylko pocałunków, ale w ogóle jakichkolwiek dotknięć z mojej strony, to, co działo się z jego strony nie było nawet przykre, może było obrzydliwe, ale nie było przykre, w końcu nawet obrzydliwa adoracja pozostaje adoracją. Adoracja adoracją, Patryku, a czas czasem. Być może nawet nie śpieszyło mi się już panicznie, być może już nawet nie chciałam z jego przedwoje
ROZDZIAŁ XII – Kreacje wieczorowe
Moja mania zostania papieżem znacznie zelżała jesienią 1990, kiedy to ze stelażu przed kioskiem pana Śliwki ukradłem pierwszy numer polskiej edycji pisma „Popcorn" z zespołem Depeche Modę na okładce. Rzecz jasna, nie było tak, że grzech złodziejstwa wyzwolił mnie z obłędu świętości, a obsesję zostania papieżem zastąpiła obsesja zostania członkiem Depeche Modę.
Szczerze mówiąc, nie jestem nawet do końca pewien, czy na okładce pierwszego polskiego „Popcornu" byli akurat Depeche Modę. Może to byli New Kids on the Błock? Może Roxette? The Scorpions? Yanilla Ice? Chesney Hawkes? Jason Donovan? Paula Abdul? Depeche Modę na pewno byli na okładce jednego z pierwszych numerów „Popcornu", ale za to, czy byli ściśle na okładce numeru pierwszego, dziś nie dałbym sobie głowy uciąć. Świat jest pełen zagadek, a studnia pamięci niezgłębiona. Na sto procent nie pamiętam. Natomiast częściowo, powiedzmy na pięćdziesiąt procent pamiętam, że kiedy korzystając z chwili nieuwagi pana Śliwki chowałem „Popcorn" w torbie, prawdopodobnie byłem jeszcze w szponach moich wizji. Być może jeszcze kołatał mi w głowie cień idei, że kiedyś w papieskiej autobiografii bez osłonek opiszę kradzież, jakiej młodziutki Ojciec Święty dopuścił się na początku VIII klasy szkoły podstawowej. Ale był to cień zaledwie, nieprzekładalna na żadne realności resztka dzieci
[4] „Mężczyźni mojego pokolenia nigdy nie zdołali się przyzwyczaić do siły, długości i piękna kobiecych nóg dawniej całkowicie okrytych” – Saul Bellow, ulubiony pisarz Konstancji.