Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 57 из 99

— Kto zwycięża? — zapytał nagle całkiem przytomnie, choć nieco bełkotliwie operowany, przewracając wybałuszonymi oczami. - Powiedzcie… kto… zwycięża?

— Synku — Rusty schylił się nad otwartą, krwawą i pulsującą jamą brzucha. - To naprawdę ostatnia rzecz, o którą martwiłbym się, będąc na twoim miejscu.

…wszczął się wówczas na skrzydle lewym i w środku linii bój okrutny i krwawy, ale tu, choć wielkie były Nilfgaardu zaciekłość i impet, rozbiła się ich szarża na królewskim wojsku tak, jak morska fala na skale się rozbija. Wyborowy bowiem stał tutaj żołnierz, walne mariborskie, wyzimskie i tretogorskie pancerne chorągwie, a także zawzięty lancknecht, zawodowy jurgieltnik, którego ko

I tak tam wojowano, iście jako morze ze skałą lądu, taki trwał bój, w którym nie zgadniesz, kto górę bierze, bo choć fale w skałę bezusta

Inaczej złożyła się sprawa na królewskiego wojska skrzydle prawym.

Niczym stary krogulec, który wie, gdzie spaść i na śmierć dziobnąć, tak i marszałek polny Me

Jarre zanurzył pióro w kałamarzu. Wnuczęta w głębi sadu krzyczały, ich śmiech dzwonił jak szklane dzwoneczki.

Dostrzegł jednak grożące niebezpieczeństwo baczny niczym żuraw Jan Natalis, w mig zrozumiał, co się święci. I nie mieszkając gońca pchnął do krasnoludów z rozkazem do pułkownika Elsa…

W całej swej siedemnastoletniej naiwności kornet Aubry mniemał, że dotarcie na prawe skrzydło, przekazanie rozkazu i powrót na wzgórze najmie mu najwyżej dziesięć minut. Absolutnie nie więcej! Nie na Chiquicie, klaczy zgrabnej i rączej niby łania.

Jeszcze zanim dotarł nad Złoty Staw, kornet uświadomił sobie dwie rzeczy: to, że nie wiadomo, kiedy dotrze na prawe skrzydło i nie wiadomo, kiedy uda mu się wrócić. I to, że rączość Chiquity bardzo, ale to bardzo mu się przyda.

Na polu na wschód od Złotego Stawu wrzał bój, Czarni siekli się z bruggeńską jazdą ochraniającą szyk piechoty. Na oczach korneta z bitewnego kłębowiska sypnęły się nagle niby iskry, niby szkiełka witraża, sylwetki w zielonych, żółtych i czerwonych płaszczach, bezładnie czmychające ku rzeczce Chotli. Za nimi, jak czarna rzeka, rozlali się Nilfgaardczycy.

Aubry, wrył klacz, szarpnął wodze, gotów zawracać i uciekać, zejść z drogi uciekającym i ścigającym. Poczucie obowiązku wzięło górę. Kornet przylgnął do końskiej szyi i poszedł w karkołomny cwał.

Dookoła był wrzask i tętent, kalejdoskopowa migotanina sylwetek, błyski mieczów, szczęk, huk. Niektórzy przyparci do stawu Bruggeńczycy stawili rozpaczliwy opór, zbiwszy się w kupę wokół chorągwi z kotwicowym krzyżem. Na polu Czarni wyrzynali rozproszoną, pozbawioną wsparcia piechotę.

Widok przesłonił mu czarny płaszcz ze znakiem srebrnego słońca.

— Evgyr, Nordling!

Aubry wrzasnął, podniecona wrzaskiem Chiquita dała iście jeleniego susa, ratując mu życie, wynosząc z zasięgu nilfgaardzkiego miecza. Nad głową nagle zawyły mu strzały i bełty, w oczach znowu zamigotały sylwetki.

Gdzie ja jestem? Gdzie swój? Gdzie wróg?

— Evgyr morv, Nordling!

Łomot, szczęk, rżenie koni, wrzask.

— Stój, gówniarzu! Nie tędy!

Głos kobiety. Kobieta na karym ogierze, w zbroi, z rozwianymi włosami, z twarzą pokrytą cętkami krwi. Obok pancerni jeźdźcy.

— Ktoś ty? — kobieta rozmazała krew pięścią, w której dzierżyła miecz.

— Kornet Aubry… Fligeladiutant konetabla Natalisa… Z rozkazami do półkowników Pangratta i Elsa…

— Nie masz szans dotrzeć tam, gdzie walczy Adieu. Pojedziemy do krasnoludów. Jestem Julia Abatemarco… W konie, cholera! Otaczają nas! Cwałem!

Nie zdążył zaprotestować. Bo i nie było sensu.

Po chwili wściekłego galopu z kurzu wyłoniła się masa piechoty, czworobok, oskorupiony jak żółw ścianą pawęży, jak poduszka do igieł najeżony żeleźcami. Nad czworobokiem powiewała wielka złota chorągiew ze skrzyżowanymi młotami, a obok niej sterczała tyczka z końskimi ogonami i ludzkimi czaszkami.

Czworobok, dopadając i odskakując jak psy szarpiące wywijającego kijem dziada, atakowali Nilfgaardczycy. Dywizja "Ard Feai

— Bij, Wolna Kompania! — wrzasnęła kobieta, zakręciwszy mieczem młyńca. - Zaróbmy na żołd!

Jeźdźcy — a z nimi kornet Aubry — runęli na Nilfgaardczyków.

Starcie trwało tylko kilka chwil. Ale było straszne. Potem ściana pawęży rozwarła się przed nimi. Znaleźli się wewnątrz czworoboku, w ścisku, wśród krasnoludów w kolczugach, misiurkach i szpiczastych szłomach, wśród redańskiej piechoty, lekkiej jazdy bruggeńskiej i opancerzonych kondotierów.

Julia Abatemarco — Słodka Trzpiotka, kondotierka, Aubry teraz dopiero skojarzył — zaciągnęła go przed pękatego krasnoluda w szyszaku ozdobionym kraśną szkofią, niezgrabnie siedzącego na nilfgaardzkim oladrowanym koniu, w kopijniczym siodle o wielkich łękach, na które się wdrapał, by móc patrzeć ponad głowami piechocińców.

— Pułkownik Barclay Els?

Krasnolud kiwnął szkofią, z wyraźnym uznaniem zauważając krew, którą spryskani byli kornet i jego klacz. Aubry zaczerwienił się mimowolnie. To była krew Nilfgaardczyków, których kondotierzy rąbali tuż obok niego. On sam nie zdążył nawet wyciągnąć miecza.

— Kornet Aubry…

— Syn Anzelma Aubry'ego?

— Najmłodszy.

— Ha! Znam twego ojca! Co masz dla mnie od Natalisa i Foltesta, korneciku?

— W środku ugrupowania grozi wam przełamanie… Pan konetabl rozkazuje, by Hufiec Ochotniczy co rychlej zwinął skrzydło, wycofał się nad Złoty Staw i rzeczkę Chotlę… By wesprzeć…

Słowa zagłuszył ryk, szczęk i kwik koni. Aubry nagle uświadomił sobie, jak bezsensowne przywiózł rozkazy. Jak niewiele znaczą te rozkazy dla Barclaya Elsa, dla Julii Abatemarco, dla tego krasnoludzkiego czworoboku pod złotą chorągwią z młotami powiewającą nad czarnym morzem otaczającego ich, szturmującego ze wszech stron Nilfgaardu.

— Spóźniłem się… - zajęczał. - Przybyłem za późno…

Słodka Trzpiotka prychnęła. Barclay Els wyszczerzył zęby.

— Nie, korneciku — powiedział. - To Nilfgaard przybył za wcześnie.

— Gratuluję paniom, i sobie, udanej resekcji jelit cienkiego, grubego, splenektomii, zszycia wątroby. Zwracam uwagę na czas, jaki zajęło nam usunięcie skutków tego, co naszemu pacjentowi zrobiono w bitwie w ciągu ułamka sekundy. Polecam to jako materiał do filozoficznych przemyśleń. Pacjenta zaszyje nam teraz pa

— Ale ja tego nigdy jeszcze nie robiłam, panie Rusty!

— Kiedyś trzeba zacząć. Czerwone z czerwonym, żółte z żółtym, białe z białym. Tak zszyj, a na pewno będzie dobrze.

— Że niby jak? — potargał brodę Barclay Els. - Co ty gadasz, korneciku? Najmłodszy synu Anzelma Aubry'ego? Że niby my tutaj co, próżnujemy? Mu, kurważ jego mać, nie drgnęliśmy nawet pod naporem! Na krok nie ustąpiliśmy! Nie nasza wina, że ci z Brugge nie zdzierżyli!

— Ale rozkaz…

— W dupie mam rozkaz!

— Jeśli nie zapchamy luki — przekrzyczała rwetes Słodka Trzpiotka — Czarni złamią front! Złamią front! Otwórz mi szyk, Barclay! Uderzę! Przedrę się!

— Wyrżną was, nim dolecicie stawu! Zginiecie bez sensu!

— Co więc proponujesz?

Krasnolud zaklął, zerwał z głowy hełm, grzmotnął nim o ziemię. Oczy miał dzikie, przekrwione, straszne.

Chiquita, płoszona wrzaskami, pląsała pod kornetem, na ile pozwalał ścisk.

— Wołać mi tu Yarpena Zigrina i De

Dwa krasnoludy przybywały z najzaciętszego boju, było to widoczne na pierwszy rzut oka. Oba były zbryzgane posoką. Stalowy naramie

— Wszystko w porządku, Zigrin?

— Ciekawe — wydyszał krasnolud — dlaczego wszyscy o to pytają?

Barclay Elsodwrócił się, znalazł wzrokiem korneta i wpił w niego oczy.

— Więc jak, najmłodszy synu Anzelma? — charknął. - Król i konetabl rozkazują, byśmy tam to nich przyszli i wsparli ich? No, to otwieraj dobrze oczy, korneciku. Będzie na co patrzeć.

— Cholera! — ryknął Rusty, odskakując do stołu i wymachując skalpelem. - Dlaczego? Psiakrew, dlaczego tak musi być?

Nikt mu nie odpowiedział. Marti Sodergren rozłożyła tylko ręce. Shani pochyliła głowę, Iola pociągnęła nosem.

Pacjent, który właśnie umarł, patrzył w górę, a oczy miał nieruchome i szkliste.

— Bij, zabij! Na pohybel skurwysynom!

— A równo mi! — zaryczał Barclay Els. - Równy krok! Dzierż szyk! I kupą! Kupą!

Nie uwierzą mi, pomyślał kornet Aubry. Nigdy mi nie uwierzą, gdy będę o tym opowiadał. Ten czworobok walczy w pełnym okrążeniu… Otoczony ze wszystkich stron kawalerią, szarpany, sieczony, tłuczony i dźgany… I ten czworobok idzie. Idzie, równy, zwarty, pawęż przy pawęży. Idzie, depcząc i przestępując trupy, pcha przed sobą elitarną dywizję "Ard Feai

— Bij!

— Równy krok! Równy krok! — ryczał Barclay Els. - Dzierż szyk! Pieśń, kurważ mać, pieśń! Nasza pieśń! Naprzód, Mahakam!

Z kilku tysięcy krasnoludzkich gardeł wydarła się sły