Страница 56 из 99
Król Foltest, opanowując tańczącego konia, siwka w ozdobionym liliami rzędzie, odwrócił ku konetablowi swój piękny, godny bicia na monetach profil.
— Tedy trzeba nam przyjąć ich godnie. Mości konetablu! Panowie oficerowie!
— Śmierć Czarny,! - wrzasnęli jednym głosem kondotier Adam «Adieu» Pangratt i hrabia de Ruyter. Konetabl popatrzył na nich, potem wyprostował się i nabrał tchu w płuca.
— Do chorągwi!!!
Z oddali głucho grzmiały nilfgaardzkie litwary i bębny, buczały krzywuły, olifanty i surmy. Ziemia, uderzona tysiącami kopyt, drgnęła.
— To już — odezwał się Andy Biberveldt, niziołek, starszy taboru, odgarniając włosy z małego, szpiczasto zakończonego ucha. - Lada chwila…
Tara Hildebrandt, Didi «Chmielarz» Hofmeier i pozostali zgromadzeni wokół wozacy pokiwali głowami. Oni też słyszeli głuchy, jednostajny łomot kopyt dobiegający zza wzgórza i lasu. Wyczuwali drżenie ziemi.
Ryk wzmógł się raptownie, skoczył o ton wyżej.
— Pierwsza salwa łuczników. - Andy Biberveldt miał doświadczenie, widział, a raczej słyszał, niejedną bitwę. - Będzie jeszcze jedna.
Miał rację.
— Teraz to już się zderzą!
Lepp… piej www… wejdźmy ppp… pod wozy — zaproponował William Hardbottom, zwany Momotkiem, kręcąc się niespokojnie. - Mmmm… mówię wam…
Biberveldt i pozostałe niziołki spojrzały na niego z politowaniem. Pod wozy? Po co? Od miejsca bitwy dzieliło ich blisko ćwierć mili. A gdyby nawet zagon jaki wpadł tu, na tyły, na tabory, zbawi to kogo siedzenie pod wozem?
Ryk i łomot narastały.
— Już — ocenił Andy Biberveldt. I znowu miał rację.
Z odległości ćwierć mili, zza wzgórza i lasu, przez ryk i nagły huk walącego o żelazo żelaza, dobiegł taborytów wyraźny, makabryczny, podnoszący włosy na głowie dźwięk.
Kwik. Straszliwy, rozpaczliwy, dziki kwik i wizg kaleczonych zwierząt.
— Kawaleria… — Biberveldt oblizał wargi. - Kawaleria nadziała się na piki…
— Tyy… tylko — wydukał pobladły Momotek — nie wiem co im kkk… konie zawiniły, sss… kkk… kurwysynom.
Jarre wymazał gąbką nie wiedzieć które już z rzędu napisane zdanie. Przymknął oczy, przypominając sobie tamten dzień. Moment, w którym zderzyły się obie armie. W którym oba wojska, jak zawzięte brytany, skoczyły sobie do gardeł, zwarły w śmiertelnym uścisku.
Szukał słów, którymi można by było to opisać.
Na próżno.
Klin jazdy z impetem wbił się w czworobok. Niczym gigantyczny puginał w sztychu dywizja «Alba» skruszyła wszystko, co broniło dostępu do żywego ciała temerskiej piechoty — piki, oszczepy, halabardy, włócznie, pawęże i tarcze. Niczym puginał dywizja «Alba» wbiła się w żywe ciało i toczyła krew. Krew, w której teraz taplały się i ślizgały konie. Ale ostrze puginału, choć wbite głęboko, nie dosięgło serca ani żadnego z żywotnych organów. Klin dywizji «Alba», miast rozgnieść i rozczłonkować temerski czworobok, wbił się i utknął. Uwiązł w elastycznej i gęstej jak smoła hurmie pieszego ludu.
Początkowo nie wyglądało to groźnie. Czoło i boki klina stanowiły elitarne ciężkozbrojne roty, od tarcz i blach pancerzy klingi i żeleźca lancknechtów odskakiwały jak młoty od kowadeł, nie było się też jak dobrać do oladrowanych wierzchowców. I choć co i rusz któryś z pancernych walił się jednak z konia lub razem z koniem, to miecze, topory, czekany i morgensterny kawalerzystów kładły napierających piechocińców prawdziwym pokotem. Uwięźnięty w ciżbie klin drgnął i zaczął wbijać się głębiej.
— "Albaaa"! — Młodszy lejtnant Devin aep Meara usłyszał krzyk obersztera Eggebrachta, wybijający się ponad szczęk, ryk, wycie i rżenie. - Naprzód, «Alba»! Niech żyje cesarz!
Ruszyli, rąbiąc, tłukąc i tnąc. Spod kopyt kwiczących i wierzgających koni słychać było plusk, chrup, zgrzyt i trzask.
— «Aaalbaaa»!
Klin utknął znowu. Lancknechci, choć przerzedzeni i skrwawieni, nie ustąpili, naparli, ścisnęli jazdę jak cęgami. Aż zatrzeszczało. Pod ciosami halabard, berdyszów i bojowych cepów załamali się i pękli pancerni pierwszej linii. Dźgani partyzanami i spisami, ściągani z siodeł hakami gizarm i rohatyn, bezlitośnie tłuczeni żelaznymi kiścieniami i maczugami kawalerzyści dywizji «Alba» zaczęli umierać. Wbity w czworobok piechoty klin, jeszcze niedawno groźne, kaleczące żelazo w żywym organizmie, teraz był jak sopel lodu w wielkiej chłopskiej pięści.
— Tameriaaaa! Za króla, chłopy! Bij Czarnych!
Ale lancknechtom też nie przychodziło łatwo. «Alba» nie dawała się rozerwać, miecze i topory wznosiły się i spadały, rąbały i cięły, za każdego zwalonego z kulbaki jeźdźca piechota płaciła srogą cenę krwi.
Oberszter Eggebracht, pchnięty w szczelinę pancerza cienkim jak szydło ostrzem spisy, zakrzyczał, zakołysał się w kulbace. Nim zdołano dać mu pomoc, straszliwy cios bojowego cepa zmiótł go na ziemię. Piechota zakłębiła się nad nim.
Sztandar z czarnym alerionem ze złotym perisonium na piersi zachwiał się i upadł. Pancerni, wśród nich i młodszy lejtnant Devlin aep Meara, rzucili się w tamtą stronę, rąbiąc, siekąc, tratując, wrzeszcząc.
Chciałbym wiedzieć, pomyślał Devlin aep Meara, wyrywając miecz z rozłupanego kapalina i czaszki temerskiego lancknechta. Chciałbym wiedzieć, pomyślał, szerokim uderzeniem odbijając godzące w niego zębate żeleźce gizarmy.
Chciałbym wiedzieć, po co to wszystko. Dlaczego to wszystko. I przez kogo to wszystko.
— Eee… I wtedy zebrał się konwent wielkich mistrzyń… Naszych Czcigodnych Matek… E… Których pamięć zawsze żywa będzie wśród nas… Albowiem… Eee… wielkie mistrzynie z Pierwszej Loży… uradziły… Eee… Uradziły…
— Adeptko Abonde. Jesteś nie przygotowana. Ocena niedostateczna. Siadaj.
— Ale ja się uczyłam, naprawdę…
— Siadaj.
— Po licho mamy się uczyć o tych starociach — zamruczała Abonde, siadając. - Kogo to dziś obchodzi… I jaki z tego pożytek…
— Cisza! Adeptka Nimue!
— Obecna, pani mistrzyni.
— To widzę. Czy znasz odpowiedź na pytanie? Jeśli nie znasz, siadaj i nie trwoń mojego czasu.
— Umiem.
— Słucham.
— Więc uczą nas kroniki, że konwent mistrzyń zebrał się na zamku Łysa Góra, by uradzić, jakim sposobem zakończyć szkodliwą wojnę, jaką wiedli ze sobą cesarz Południa i władcy Północy. Czcigodna Matka Assire, święta męcze
— Bardzo dobrze adeptko Nimue. Postawiłabym ci ocenę celującą… Gdyby nie owo "więc" na początku wypowiedzi. Nie zaczyna się zdania od "więc". Siadaj. A teraz o pokoju cintryjskim opowie nam…
Zadzwonił dzwonek na przerwę. Ale adeptki nie zareagowały natychmiastowym wrzaskiem i łomotem pulpitów. Zachowały ciszę i godny, dystyngowany spokój. Nie były już smarkulami z freblówki. Były trzecią klasą! Miały po czternaście lat!
A to zobowiązywało.
— No, tutaj wiele do dodania nie ma — Rusty ocenił stan pierwszego ra
Shani i Iola schyliły się. Rusty zatarł ręce.
— Jak rzekłem, tutaj nic dodać. Można wyłącznie ująć. Do roboty. Iola! Opaska, mocno. Shani, nóż. Nie ten. Obustro
Ra
— Nieco magii, Marti, jeśli można prosić — skinął niziołek, pochylając się nad pacjentem się nad pacjentem tak, by zająć mu całe pole widzenia.
— Będę amputował synku.
— Nieeeee! — rozdarł się ra
— Jeśli amputuję, umrzesz.
— Wolę umrzeć… - ra
— Nie mogę — Rusty podniósł nóż, spojrzał na klingę, na wciąż błyszczącą, niepokalaną stal. - Nie mogę pozwolić ci umrzeć. Tak się bowiem składa, że jestem lekarzem.
Zdecydowanie wbił ostrze i ciął głęboko. Ra
Goniec wrył konia ostro, że aż prysnęła spod kopyt darń. Dwaj adiutanci uczepili się uzdy, osadzili spienionego rumaka. Goniec zeskoczył z siodła.
— Do kogo? — krzyknął Jan Natalis. - Od kogo przybywasz?
— Od pana de Ruytera… — wykrztusił goniec. - Zatrzymaliśmy Czarnych… Ale są duże straty… Pan de Ruyter prosi o wsparcie…
— Nie ma wsparcia — odrzekł po chwili milczenia konetabl. - Musicie wytrzymać. Musicie!
— A tu — wskazał Rusty z miną kolekcjonera demonstrującego swą kolekcję — niech panie spojrzą, piękny skutek cięcia w brzuch… Ktoś nieco nas wyręczył, wcześniej dokonując na nieszczęśniku amatorskiej laparotomii… Dobrze, że niesiono go troskliwie, nie pogubiono ważniejszych organów… To znaczy, domniemywam, że nie pogubiono. Jak z tym jest, Shani, według ciebie? Czemu taka mina, dziewczyno? Do tej pory znałaś mężczyzn wyłącznie z zewnątrz?
— Uszkodzone są jelita, panie Rusty…
— Diagnoza tyleż trafna, co oczywista! Tu nawet patrzeć nie trzeba, wystarczy powąchać. Chusta, Iola. Marti, wciąż za dużo krwi, bądź uprzejma, udziel nam jeszcze trochę twej bezce