Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 58 из 99

— Bij! Wolna Kompania! — w ogromny ryk krasnoludów wkłuł się, niczym cienka graniasta klinga mizerykordii, wysoki sopran Julii Abatemarco. Kondotierzy, wydzierając się z szyku, kontruderzali na atakującą czworobok jazdę. Było to posunięcie iście samobójcze, na pozbawionych ochrony krasnoludzkich halabard, pik i pawęży najemników obrócił się cały impet nilfgaardzkiego natarcia. Łomot, wrzask i kwik koni sprawiły, że kornet Aubry odruchowo skulił się na kulbace. Ktoś uderzył go w plecy, poczuł, jak wraz z ugrzęzniętą w ścisku klaczą sunie w kierunku największego zamętu i najstraszliwszej rzezi. Mocno uchwycił rękojeść miecza, która nagle wydała mu się śliska i dziwnie nieporęczna.

Za chwilę, wyniesiony przed linię pawęży, rąbał już wokół siebie jak opętany i darł się jak opętany.

— Jeszcze raz! — usłyszał dziki krzyk Słodkiej Trzpiotki. - Jeszcze jeden wysiłek! Wytrzymajcie, chłopcy! Bij, zabij! Za dukat, co jak słońce złoty! Do mnie, Wolna Kompania!

Nilfgaardzki jeździec bez hełmu, ze srebrnym słońcem na płaszczu, wdarł się w szyk w strzemionach, strasznym ciosem bojowego topora obalił krasnoluda razem z pawężą, rozwalił głowę drugiemu. Aubry wykręcił się na siodle i ciął na odlew. Z głowy Nilfgaardczyka odleciał spory owłosiony fragment, on sam runął na ziemię. W tym samym momencie kornet też dostał czymś w głowę i spadł z kulbaki. Tłok sprawił, że nie od razu znalazł się na dole, przez kilka sekund wisiał, wrzeszcząc cienko, między niebem, ziemią a bokami dwóch koni. Ale choć po gardło najadł się strachu, bólu zakosztować nie zdążył. Gdy spadł, podkute kopyta prawie natychmiast zmiażdżyły my czaszkę.

Po sześćdziesięciu pięciu latach, pytania o tamten dzień, o bre

— W żaden sposób — mamrotała — żadna ze stron nie mogła osiągnąć przewagi. Myśmy byli w środku. W okrążeniu. Oni na zewnątrz. I po prostu zabijaliśmy się nawzajem. Oni nas, my ich… Khe-khe-khh… Oni nas. my ich…

Staruszka z trudem opanowała atak kaszlu. Ci ze słuchaczy, którzy byli bliżej, zobaczyli na jej policzku łzę, z trudem torującą sobie drogę wśród zmarszczek i starych szram.

— Byli równe mężni jak my — mamrotała babuleńka, ta, która niegdyś była Julią Abatemarco, Słodką Trzpiotką z Wolnej Kompanii Kondotierskiej. - Khe-khe… Byliśmy jednakowo mężni. My i oni.

Staruszka zamilkła. Na długo. Słuchacze nie ponaglali jej, widząc, jak uśmiecha się do wspomnień. Do chwały. Do majaczących w mgle niepamięci twarzy tych, którzy chwalebnie przeżyli. Po to, by później podle zabiły ich wódka, narkotyki i gruźlica.

— Byliśmy jednakowo mężni — dokończyła Julia Abatemarco. - Żadna ze stron nie miała sił, by być mężną bardziej. Ale my… My zdołaliśmy być mężni o minutę dłużej.

— Marti, bardzo się proszę, daj nam jeszcze troszkę tej twojej cudownej magii! Jeszcze troszeczkę, chociaż z dziesięć deka! Mamy w brzuchu tego nieszczęśnika jeden wielki gulasz, w dodatku przyprawiony mnóstwem drucianych kółeczek z kolczugi! Nic nie mogę robić, gdy on mi się tak rzuca jak patroszona ryba! Shani, psiakrew, trzymaj haki! Iola! Śpisz, cholera? Zacisk! Zaaaciiisk!

Iola odetchnęła ciężko, z trudem przełknęła ślinę, której miała pełne usta. Zaraz zemdleję, pomyślała. Nie wytrzymam, nie zniosę tego dłużej, tego smrodu, tej okropnej mieszanki odorów krwi, rzygowin, kału, moczu, treści jelit, potu, strachu i śmierci. Nie zniosę dłużej tego nieusta

Nie zniosę wysiłku i zmęczenia. Wciąż przynoszą nowych… I nowych…

Nie wytrzymam. Zwymiotuję. Zemdleję. Będzie wstyd…

— Chusta! Tampon! Zacisk jelitowy! Nie ten! Miękki zacisk! Uważaj, co robisz! Jeszcze raz się pomylisz, a walnę cię w ten rudy łeb! Słyszysz? Walnę w ten rudy łeb!

Wielka Melitele. Pomórz mi. Pomórz mi, bogini.

— No, proszę! Od razu poprawa! Jeszcze jeden zacisk, kapłanko! Klema na naczynie! Dobrze! Dobrze, Iola, tak trzymaj! Marti, obetrzyj oczy i twarz. I mnie też…

Skąd ten ból, pomyślał konetabl Jan Natalis. Co mnie tak boli?

Aha.

Zaciśnięte pięści.

— Dorżnijmy ich! — krzyknął, zacierając ręce, Kees van Lo. - Dorżnijmy ich, panie marszałku! Linia pęka na styku, uderzmy! Uderzmy nie zwlekając, a na Wielkie Słońce, załamią się! Pójdą w rozsypkę!

Me

— Uderzmy — powtórzył Kees van Lo, spokojniej, już bez emfazy. — «Nauzicaa» jest gotowa…

— «Nauzicaa» ma stać — powiedział ostro Me

Dowódca brygady «Vrihedd», Isengrim Faoiltiarna, zwany Żelaznym Wilkiem, odwrócił ku marszałkowi swą straszną twarz zniekształconą blizną ciągnącą się przez czoło, brew, nasadę nosa i policzek.

— Uderzajcie — wskazał buławą Me

Elf zasalutował. Zeszpecona twarz nie drgnęła mu nawet, wielkie głębokie oczy nie zmieniły wyrazu.

Sojusznicy, pomyślał Me

Ale ja ich w ogóle nie rozumiem, tych elfów.

Są tacy obcy.

Tacy i

— Ciekawe — Rusty spróbował otrzeć twarz łokciem, ale łokieć też miał we krwi. Iola pospieszyła mu z pomocą.

— Interesujące — powtórzył chirurg, wskazując na pacjenta. - Pchnięty widłami lub jakimś dwuzębnym typem gizarmy… Jeden ząb żeleźca przebił serce, o, proszę spojrzeć. Komora niezawodnie przebita, aorta niemal odseparowana… A on jeszcze przed chwilą oddychał. Tu, na stole. Ugodzony w samo serce, dożył aż do stołu…

— Chcecie rzeź — spytał ponuro kawalerzysta z lekkiej jazdy wolenterskiej — że on pomarł? Nadaremno my jego z bitwy nieśli?

— Niegdy nie jest nadaremno — nie spuścił wzroku Rusty. - A gwoli prawdy, to tak, nie żyje, niestety. Exitus . Zabierzcie… Ech, cholera… Rzućcie no okiem, dziewczyny.

Marti Sodergren, Shani i Iola schyliły się nad zwłokami. Rusty odciągnął powiekę trupa.

— Widziałyście kiedyś coś takiego?

Wszystkie trzy drgnęły.

— Tak — powiedziały wszystkie jednocześnie. Spojrzały na siebie, jakby lekko zdumione.

— Ja też widziałem — powiedział Rusty. - To wiedźmin. Mutant. To by tłumaczyło, dlaczego żył tak długo… To był wasz towarzysz broni, ludzie? Czy przynieśliście go przypadkowo?

— Nasz to był druh, panie medyku — potwierdził ponuro drugi wolentarz, dryblas z obandażowaną głową. - Z naszego skwadronu, ochotnik jak my. Ech, majster był od miecza. Zwał się Coën.

I był wiedźminem?

— Ano. Ale poza tym porządny chłop.

— Ha — westchnął Rusty, widząc czterech żołnierzy niosących na przesiąkniętym i kapiącym krwią płaszczu kolejnego ra

— Nic, panie Rusty. Nic. Już wszystko w porządku.

— Czuję się — powtórzyła Triss Merigold — tak, jak gdyby mnie okradziono.

Ne

— Dokonałaś wyboru — powiedziała wreszcie. - Wybrałaś swoją drogę, Triss. Swój własny los. Dobrowolnie. Nie czas na żale.

— Ne

— Kim jestem, by ci wybaczać? I co ci przyjdzie z mojego wybaczenia?

— Przecież widzę — wybuchnęła Triss — jakim wzrokiem patrzysz na mnie! Ty i twoje kapłanki. Widzę, jak zadajecie mi oczami pytanie. Co tutaj robisz, magiczko? Dlaczego nie jesteś tam, gdzie Iola, Eurneid, Katje, Myrrha? Jarre?

— Przesadzasz, Triss.

Czarodziejka patrzyła w dal, na las siniejący za murem świątyni, na dymy dalekich ognisk. Ne

— One — odezwała się Triss — wszystkiego mi odmówiły.

Ne

— Odmówiły mi wszystkiego — powtórzyła Triss. - Takie mądre, takie rozsądne, takie logiczne… Jak im nie wierzyć, gdy tłumaczą, że są sprawy ważne i mniej ważne, że z tych mniej ważnych należy rezygnować bez namysłu, poświęcać je dla tych ważnych bez cienia żalu? Że nie ma sensu ratowanie ludzi, których się zna i kocha, bo to są jednostki, a los jednostek jest bez znaczenia dla losów świata. Że nie ma sensu walka w obronie czci, honoru i ideałów, bo to są pojęcia puste? Że prawdziwe pole bitwy o losy świata jest zupełnie gdzie indziej, że gdzie indziej będzie się walczyło? A ja się czuję okradziona. Okradziona z możliwości popełniania szaleństw. Nie mogę szaleńczo pośpieszyć na pomoc Ciri, nie mogę jak szalona biec i ratować Geralta i Ye