Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 43

Stary mimoid

Siedziałem u wielkiego okna i patrzałem w ocean. Nie miałem nic do roboty. Raport, opracowany w pięć dni, był teraz wiązką fal, pędzącą przez próżnię gdzieś za gwiazdozbiorem Oriona. Kiedy dotrze do ciemnej mgławicy pyłowej, która rozprzestrzenia się na obszarze ośmiu trylionów szeście

był czarniejszy niż kiedykolwiek. Ruda mgła stapiała jego styki z niebem, ten dzień był wyjątkowo parny, jakby zapowiadał jedną z owych niezmiernie rzadkich i ponad wyobrażenie gwałtownych burz, które kilka razy do roku nawiedzają planetę. Są podstawy do przypuszczenia, że jedyny jej mieszkaniec kontroluje klimat i burze te sprowadza sam. Jeszcze przez kilka miesięcy miałem patrzeć z tych okien, z wysokości obserwować swobody białego złota i znużonej czerwieni, od czasu do czasu odzwierciedlane w jakiejś pły

Ale ja nie miałem domu. Ziemia? Myślałem o jej wielkich, zatłoczonych, huczących miastach, w których zgubię się, zatracę prawie tak, jak gdybym uczynił to, co chciałem zrobić drugiej czy trzeciej nocy - rzucić się w ocean, ciężko falujący w ciemności. Utonę w ludziach. Będę milkliwym i uważnym, a przez to cenionym towarzyszem, będę miał wielu znajomych, nawet przyjaciół, i kobiety, a może nawet jedną kobietę. Przez pewien czas będę sobie musiał zadawać przymus, aby uśmiechać się, kłaniać, wstawać, wykonywać tysiące drobnych czy

Do kabiny wszedł Snaut. Rozejrzał się, popatrzał potem na mnie, wstałem i podszedłem do stołu.

– Chciałeś coś?

– Zdaje się, że nie masz nic do roboty…? - spytał mrugając. - Mógłbym ci dać, wiesz, są pewne obliczenia, nie najpilniejsze wprawdzie…

– Dziękuję ci - uśmiechnąłem się - ale to niepotrzebne.

– Jesteś tego pewien? - spytał patrząc w okno.

– Tak. Rozmyślałem o różnych rzeczach i…

– Wolałbym, żebyś tyle nie myślał.

– Ach, to zupełnie nie wiesz, o co chodzi. Powiedz mi, czy… wierzysz w Boga? Spojrzał na mnie bystro.

– Co ty? Kto wierzy jeszcze dziś… W jego oczach tlał niepokój.

– To nie jest takie proste - powiedziałem umyślnie lekkim tonem - bo nie chodzi mi o tradycyjnego Boga ziemskich wierzeń. Nie jestem religiologiem i może niczego nie wymyśliłem, ale nie wiesz przypadkiem, czy istniała kiedyś wiara w Boga… ułomnego?

– Ułomnego? - powtórzył unosząc brwi. - Jak to rozumiesz? W pewnym sensie bóg każdej religii był ułomny, bo obarczony ludzkimi cechami, powiększonymi tylko. Bóg

Starego Testamentu był na przykład żądnym czołobitności i ofiar gwałtownikiem, zazdrosnym o i

– Nie - przerwałem mu - mnie idzie o Boga, którego niedoskonałość wynika nie z prostoduszności jego ludzkich stwórców, ale stanowi jego najistotniejszą, immanentną cechę. Ma to być Bóg, ograniczony w swojej wszechwiedzy i wszechmocy, omylny w przewidywaniu przyszłości swoich dzieł, którego bieg ukształtowanych przezeń zjawisk może wprawić w przerażenie. Jest to Bóg… kaleki, który pragnie zawsze więcej, niż może, i nie od razu zdaje sobie z tego sprawę. Który skonstruował zegary, ale nie czas, jaki odmierzają. Ustroje czy mechanizmy, służące określonym celom, ale one przerosły te cele i zdradziły je. I stworzył nieskończoność, która z miary jego potęgi, jaką miała być, stała się miarą jego bezgranicznej klęski.

– Niegdyś, manicheizm… - zaczął wahając się, Snaut. Podejrzliwa rezerwa, z jaką zwracał się do mnie w ostatnim czasie, znikła.

– Ale to nie ma nic wspólnego z pierwiastkiem dobra i zła - przerwałem mu natychmiast. - Ten Bóg nie istnieje poza materią i nie może się od niej uwolnić, a tylko tego chce…

– Podobnej religii nie znam - powiedział po chwili milczenia. - Taka nie była nigdy… potrzebna. Jeśli cię dobrze rozumiem, a obawiam się, że tak, to myślisz o jakimś bogu ewoluującym, który rozwija się w czasie i dorasta, wznosząc się na coraz to wyższe piętra potęgi, do świadomości jej bezsiły? Ten twój Bóg to istota, która weszła w boskość jak w sytuację bez wyjścia, a pojąwszy to, oddała się rozpaczy. Tak, ale Bóg rozpaczający to przecież człowiek, mój drogi? Chodzi ci o człowieka… To nie tylko kiepska filozofia, to nawet kiepska mistyka.

– Nie - odpowiedziałem z uporem - nie chodzi mi o człowieka. Może być, że pewnymi rysami odpowiadałby tej prowizorycznej definicji, ale to tylko dlatego, że jest pełna luk. Człowiek wbrew pozorom nie stwarza sobie celów. Narzuca mu je czas, w którym się urodził, może im służyć albo buntować się przeciw nim, ale przedmiot służby czy buntu jest dany z zewnątrz. Aby doświadczyć całkowitej wolności poszukiwania celów, musiałby być sam, a to się nie może udać, gdyż człowiek nie wychowany wśród ludzi nie może się stać człowiekiem. Ten… mój to musi być istota pozbawiona liczby mnogiej, wiesz?

– Ach - powiedział - że ja od razu… I wskazał ręką za okno.

– Nie - sprzeciwiłem się - i on nie. Najwyżej jako to, co ominęło w swoim rozwoju szansę boskości, zbyt wcześnie zasklepiwszy się w sobie. On jest raczej anachoretą, pustelnikiem kosmosu, a nie jego bogiem… On się powtarza, Snaut, a ten, o którym myślę, nigdy by tego nie zrobił. Może powstaje właśnie gdzieś, w którymś zakątku Galaktyki, i niebawem zacznie w przystępie młodzieńczego upojenia gasić jedne gwiazdy i zapałać i

– Jużeśmy zauważyli - rzekł kwaśno Snaut. - Novae i Supernovae… czy to są według ciebie świeczki jego ołtarza?

– Jeżeli chcesz to, co mówię, traktować tak dosłownie…

– A może właśnie Solaris jest kolebką twego boskiego niemowlęcia - dorzucił Snaut. Coraz wyraźniejszy uśmiech otoczył jego oczy cienkimi zmarszczkami. - Może on jest właśnie w twoim rozumieniu pierwociną, zalążkiem Boga rozpaczy, może jego witalne dziecięctwo przerasta jeszcze o góry jego rozumność, a to wszystko, co zawierają nasze biblioteki solarystyczne, jest tylko wielkim katalogiem jego niemowlęcych odruchów…

– My zaś przez pewien czas byliśmy jego zabawkami - dokończyłem. - Tak, to możliwe. I wiesz, co ci się udało? Stworzyć zupełnie nową hipotezę na temat Solaris, a to naprawdę nie byle co! I od razu masz wytłumaczenie niemożliwości nawiązania kontaktu, braku odpowiedzi, pewnych - nazwijmy je tak - ekstrawagancji w postępowaniu z nami; psychika małego dziecka…

– Rezygnuje z autorstwa - mruknął stając przy oknie. Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy w czarne falowanie. U wschodniego horyzontu rysowała się we mgle blada, podługowata plamka.

– Skąd ci się wzięła ta koncepcja ułomnego Boga? - spytał nagle, nie odrywając oczu od zalanej blaskiem pustyni.

– Nie wiem. Wydała mi się bardzo, bardzo prawdziwa, wiesz? To jedyny Bóg, w którego byłbym skło

– Mimoid… - powiedział całkiem cicho, i

– Co mówisz? A tak. Zauważyłem go już przedtem. Bardzo stary.

Obaj patrzyliśmy w przymglony rudo horyzont…

– Polecę - odezwałem się niespodzianie. - Tym bardziej że nigdy nie opuściłem jeszcze Stacji, a to dobra okazja. Wrócę za pół godziny…

– Co mówisz? - otworzył oczy Snaut. - Polecisz? Dokąd?

– Tam - wskazałem majaczącą we mgle, cielistą plamę. - Cóż to szkodzi? Wezmę mały helikopter. Byłoby śmieszne, wiesz, gdybym - na Ziemi - musiał się przyznać kiedyś, że jestem solarystą, który nigdy nawet nogi nie postawił na solaryjskim gruncie…

Podszedłem do szafy i zacząłem przebierać między kombinezonami. Snaut obserwował mnie, milcząc, aż rzekł:

– Nie podoba mi się to.

– Co? - odwróciłem się z kombinezonem w rękach. Ogarnęło mnie od dawna nie zaznane podniecenie. - O co ci chodzi? Karty na stół! Boisz się, że coś… nonsens! Daję ci słowo, że nie. Nawet o tym nie pomyślałem. Nie, naprawdę nie.