Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 43

– Polecę z tobą.

– Dziękuję ci, ale wolę sam. To jednak coś nowego, coś zupełnie nowego - mówiłem szybko, wciągając kombinezon. Snaut mówił coś jeszcze, ale nie bardzo go słuchałem, szukając potrzebnych rzeczy.

Poszedł za mną na lotnisko. Pomagał mi wytoczyć maszynę z boksu na środek startowej tarczy. Kiedy wkładałem skafander, spytał nagle:

– Czy słowo ma jeszcze dla ciebie jakąś wartość?

– Wielki Boże, Snaut, ty wciąż? Ma. I dałem ci je już. Gdzie są rezerwowe butle?

Nic już nie powiedział. Kiedy zamknąłem przezroczystą kopułkę, dałem mu ręką znak. Uruchomił podnośnik, wyjechałem wolno na wierzch Stacji. Motor zbudził się, zaszumiał przeciągle, trójśmigło zawirowało i aparat uniósł się dziwnie lekko, pozostawiając w dole coraz mniejszy, srebrzysty dysk Stacji.

Byłem pierwszy raz sam nad oceanem; wrażenie zupełnie i

Koło, jakie zatoczyłem nie dość wprawnie, wyniosło mnie daleko na podwietrzną, a mimoid został w tyle, jako rozległa, jasna plama, odcinająca się od oceanu nieregularnym konturem. Stracił nadaną mu przez mgły różową barwę, był żółtawy jak zeschła kość, na chwilę znikł mi z oczu, zamiast niego zobaczyłem w oddali Stację, wiszącą pozornie tuż nad samym oceanem, niczym ogromny, staroświecki zeppelin. Powtórzyłem manewr, wytężając całą uwagę: masyw mimoidu, ze swą stromą, groteskową rzeźbą rósł na kursie. Wydało mi się, że mogę zaczepić o najwyższe z jego bulwiastych występów, i podciągnąłem helikopter tak gwałtownie, że tracąc szybkość, cały się zakołysał; ostrożność zbyteczna, bo zaokrąglone szczyty dziwacznych wież przepłynęły nisko w dole. Zrównałem lot maszyny z dryfującą wyspą i wolno, metr po metrze, jąłem wytracać wysokość, aż kruszejące szczyty wzniosły się nad kabiną. Nie był wielki. Od końca do końca liczył bodaj trzy czwarte mili, a szeroki był na kilkaset ledwo metrów; w niektórych miejscach ukazywał przewężenie zwiastujące, że rychło się tam przełamie. Musiał stanowić odłamek formacji bez porównania większej; wedle solaryjskiej skali był to drobny odprysk, szczątek, liczący Bóg raczy wiedzieć ile tygodni i miesięcy.

Odkryłem - pomiędzy żyłowatymi wyniosłościami zerwany nad samym oceanem - jak gdyby brzeg, kilkadziesiąt kwadratowych metrów dość spadzistej, ale płaskiej niemal powierzchni, i skierowałem tam maszynę. Lądowanie okazało się trudniejsze, niż sądziłem, o mały włos byłbym zawadził śmigłem o wyrastającą w oczach ścianę, ale udało mi się. Zgasiłem natychmiast motor i odrzuciłem kopułkę w tył. Zbadałem jeszcze, stojąc na skrzydle, czy helikopterowi nie grozi osunięcie się w ocean; fale lizały zębatą krawędź o kilkanaście kroków od mego lądowiska, ale stał pewnie na szeroko rozstawionych płozach. Zeskoczyłem na… „ziemię”. To, co wziąłem przedtem za ścianę, o którą prawie że zawadziłem, było olbrzymią, jak rzeszoto podziurawioną, błoniasto cienką, kostną płytą, ustawioną sztorcem, przerośniętą podobnymi do galeryjek zgrubieniami. Szeroka na kilka metrów szczelina dzieliła skosem całą tę kilkupiętrową płaszczyznę, ukazując - podobnie jak jej wielkie, nieregularnie rozrzucone otwory - perspektywę głębi. Wspiąłem się na najbliższe, pochyłe przęsło ściany, stwierdzając, że buty skafandra są nadzwyczaj chwytne, a sam skafander nie utrudnia wcale poruszeń, i znalazłszy się jakieś cztery piętra ponad oceanem, zwrócony w głąb szkieletowatego krajobrazu, teraz dopiero mogłem objąć go dokładnie wzrokiem.

Podobieństwo do archaicznego, na pół obróconego w gruzy miasta, jakiejś egzotycznej osady marokańskiej sprzed wieków, zwalonej trzęsieniem ziemi czy i

Byłem już tak wysoko, że poczułem jego ruch: nie tylko płynął przed siebie, popychany uderzeniami czarnych mięśni oceanu, nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, ale przechylał się też, raz w jedną, a raz w drugą stronę, nadzwyczaj powoli, każdemu z tych wahadłowych chybnięć towarzyszył przeciągły, lepki szum burych i żółtych pian ściekających z wynurzanej krawędzi. Ten ruch kołyszący został mu nadany bardzo dawno, chyba u narodzin, zachował go dzięki swojej olbrzymiej masie; obejrzawszy z mego napowietrznego stanowiska ile mogłem, ostrożnie zlazłem w dół; i wtedy dopiero - dziwna rzecz - zorientowałem się, że mimoid zupełnie mnie nie ciekawi, że przyleciałem tu na spotkanie nie z nim, ale z oceanem.

Usiadłem na szorstkiej, spękanej powierzchni, mając kilkanaście kroków za sobą helikopter. Czarna fala wpełzła ciężko na brzeg, rozpłaszczając się i tracąc jednocześnie barwę; kiedy się cofnęła, po krawędzi calizny spływały drżące nitki śluzu. Obsunąłem się jeszcze niżej i wyciągnąłem rękę ku następnej. Powtórzyła wówczas wiernie ów fenomen, doświadczony przez ludzi pierwszy raz nieomal przed wiekiem: zawahała się, cofnęła, oblała moją dłoń, nie dotykając jej jednak, tak że między powierzchnią rękawicy a wnętrzem zagłębienia, które od razu zmieniało konsystencję, stając się z pły

W pączkowaniu, wzroście, rozprzestrzenianiu się tego żywotworu, w każdym z jego ruchów z osobna i we wszystkich naraz przejawiała się jakaś - chciałoby się powiedzieć - ostrożna, ale nie płochliwa naiwność, kiedy usiłował zapamiętale i szybko poznać, ogarnąć nowy, spotkany nieoczekiwanie kształt i wpół drogi musiał się cofnąć, kiedy groziło przekroczenie tajemniczym prawem ustanowionych granic. Jak niewypowiedzianie kontrastowała owa zwi

Przez cały ostatni tydzień zachowywałem się tak rozsądnie, że nieufny błysk oczu Snauta przestał mnie w końcu prześladować. Zewnętrznie byłem spokojny, w skrytości nie uświadamiając sobie tego jasno, oczekiwałem czegoś. Czego? Jej powrotu? Jak mogłem? Każdy z nas wie, że jest istotą materialną, podległą prawom fizjologii i fizyki i że siła wszystkich razem wziętych naszych uczuć nie może walczyć z tymi prawami, może ich tylko nienawidzić. Odwieczna wiara zakochanych i poetów w potęgę miłości, która jest trwalsza niż śmierć, owo ścigające nas przez wieki finis vitae sed non amoris jest kłamstwem. Ale to kłamstwo jest tylko daremne, nie śmieszne. Być natomiast zegarem odmierzającym upływ czasu, na przemian roztrzaskiwanym i składanym od nowa, w którego mechanizmie, gdy konstruktor pchnie tryby, zaczyna wraz z ich pierwszym ruchem iść rozpacz i miłość, wiedzieć, że jest się repetierem męki, tym głębszej, im staje się przez wielość powtórzeń komiczniejsza? Powtarzać istnienie ludzkie, dobrze, ale powtarzać je tak, jak pijak powtarza oklepaną melodię, wrzucając coraz nowe miedziaki w głąb grającej szafy? Ani przez chwilę nie wierzyłem, że ten pły