Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 43

Potrząsnęła głową.

– Jesteś dobry. Nie myśl sobie, że nie umiem ocenić tego wszystkiego, co robiłeś. Robiłeś to najlepiej, jak umiałeś. Ale na to nie ma rady. Kiedy przed trzema dniami siedziałam rano przy twoim łóżku i czekałam, aż się zbudzisz, nie wiedziałam nic. Tak mi się zdaje, jakby to było bardzo, bardzo dawno temu. Zachowywałam się niczym niespełna rozumu. Miałam w głowie jakby taką mgłę. Nie pamiętałam, co było wcześniej, a co później, i niczemu się nie dziwiłam, jakoś tak jak po narkozie albo po długiej chorobie. I myślałam nawet, że może chorowałam, tylko nie chcesz mi tego powiedzieć. Ale potem coraz więcej rzeczy dawało mi do myślenia. Wiesz, jakie rzeczy. Już mi coś świtało po tej twojej rozmowie tam, w bibliotece, z tym, jak on się nazywa, ze Snautem. A że nie chciałeś nic mówić, wstałam w nocy i puściłam ten magnetofon. Skłamałam tylko ten jeden jedyny raz, bo ja go schowałam potem, Kris. Ten, co mówił, jak on się nazywał?

– Gibarian.

– Tak, Gibarian. Wtedy zrozumiałam już wszystko, chociaż prawdę mówiąc, dalej nic nie rozumiem. Nie wiedziałam jednej rzeczy, że ja nie mogę się… że ja nie jestem… że to się tak skończy… bez końca. O tym nic nie mówił. Może zresztą mówił, ale zbudziłeś się i wyłączyłam taśmę. Ale i tak usłyszałam dosyć, żeby się dowiedzieć, że nie jestem człowiekiem, tylko instrumentem.

– Co ty mówisz?

– Tak. Do badania twoich reakcji czy coś w tym rodzaju. Każdy z was ma taki, taką jak ja. To jest oparte na wspomnieniach albo na wyobrażeniach, stłumione. Tak jakoś. Zresztą ty to wszystko wiesz lepiej ode mnie. On mówił takie straszne, nieprawdopodobne rzeczy i gdyby nie to, że wszystko się zgadzało, nie uwierzyłabym chyba!

– Co się zgadzało?

– No, że nie potrzebuję snu i że muszę być wciąż przy tobie. Wczoraj rano myślałam jeszcze, że ty mnie nienawidzisz, i byłam nieszczęśliwa z tego powodu. Boże, jaka byłam głupia! Ale powiedz, sam powiedz, czy mogłam sobie wyobrazić? Przecież on wcale nie nienawidził tej swojej, ale jak on o niej mówił! Dopiero wtedy zrozumiałam, że cokolwiek bym zrobiła, to wszystko jedno, bo czy chcę, czy nie, dla ciebie to musi być tak jak tortura. A właściwie jeszcze gorzej, bo narzędzie tortury jest martwe i niewi

– To dlatego zapaliłaś światło? - spytałem, z trudem wydając głos nagle zdławionym gardłem.

– Tak. Ale nic z tego nie wyszło. Bo ja szukałam w sobie, wiesz… - ich - tego czegoś i

– Rozumiem.

– Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…

– Wiem…

– Ale czułam serce, a zresztą pamiętałam, że badałeś moją krew. Jaka jest moja krew, powiedz mi, powiedz prawdę. Przecież możesz teraz.

– Taka sama jak moja.

– Naprawdę?

– Przysięgam ci.

– Co to znaczy? Wiesz, myślałam potem, że może t o jest gdzieś we mnie schowane, że ono jest… przecież może być bardzo małe. Ale nie wiedziałam, gdzie. Myślę teraz, że to były w gruncie rzeczy wykręty z mojej strony, bo bardzo się bałam tego, co chciałam zrobić, i szukałam jakiegoś i

– Co ma się dać zrobić? Milczała.

– Chcesz umrzeć?

– Chyba tak.

Znowu zapanowała cisza. Stałem nad nią, skuloną, patrząc na puste wnętrze sali, na białe płyty emaliowanych sprzętów, na błyszczące, rozsypane narzędzia, jakby szukając czegoś bardzo potrzebnego, i nie mogłem tego znaleźć.

– Harey, czy ja też mogę coś powiedzieć? Czekała.

– To prawda, że nie jesteś zupełnie taka jak ja. Ale to nie znaczy, że jesteś czymś gorszym. Przeciwnie. Możesz zresztą myśleć o tym, co chcesz, ale dzięki temu… nie umarłaś.

Jakiś dzieci

– Czy to ma znaczyć, że jestem… nieśmiertelna?

– Nie wiem. W każdym razie jesteś daleko mniej śmiertelna niż ja.

– To straszne - szepnęła.

– Może nie tak bardzo, jak ci się wydaje.

– Ale nie zazdrościsz mi…

– Harey, to jest raczej kwestia twego… przeznaczenia, tak bym to nazwał. Wiesz, tu, na Stacji, twoje przeznaczenie jest w gruncie rzeczy tak samo ciemne jak moje i każdego z nas. Tamci będą kontynuować eksperyment Gibariana i może się stać wszystko…

– Albo nic.

– Albo nic, i powiem ci, że wolałbym, aby nic się nie stało, nawet nie ze względu na strach (chociaż on też gra chyba jakąś rolę, nie wiem), ale dlatego, ponieważ to nic nie da. Tego jednego jestem zupełnie pewny.

– Nic nie da, a czemu? Tu chodzi o ten… ocean?

Wzdrygnęła się.

– Tak. O kontakt. Myślę, że to jest w istocie nadzwyczaj proste. Kontakt oznacza wymianę jakichś doświadczeń, pojęć, a przynajmniej rezultatów, jakichś stanów, ale jeżeli nie ma nic do wymieniania? Jeżeli słoń nie jest bardzo wielką bakterią, to ocean nie może być bardzo wielkim mózgiem. Z obu stron mogą, oczywiście, zachodzić pewne działania. W efekcie jednego patrzę teraz na ciebie i usiłuję ci wytłumaczyć, że jesteś mi droższa niż te dwanaście lat życia, które poświęciłem Solaris, i że chcę być z tobą dalej. Może twoje zjawienie się miało być torturą, może przysługą, a może tylko mikroskopowym badaniem. Wyrazem przyjaźni, podstępnym ciosem, może szyderstwem? Może wszystkim naraz albo - co wydaje mi się najprawdopodobniejsze - czymś całkiem i

– Słuchaj… - powiedziała - jest jeszcze coś. Czy ja… jestem do niej… bardzo podobna?

– Byłaś bardzo podobna - powiedziałem - ale teraz już nie wiem.

– Jak to…?

Wstała z ziemi i patrzała na mnie wielkimi oczami.

– Przesłoniłaś ją już.

– I jesteś pewny, że nie ją, tylko mnie? Mnie…?

– Tak. Ciebie. Nie wiem. Boję się, że gdybyś naprawdę nią była, nie mógłbym cię kochać.

– Dlaczego?

– Bo zrobiłem coś okropnego.

– Jej?

– Tak. Kiedy byliśmy…

– Nie mów.

– Dlaczego?

– Bo chcę, żebyś wiedział, że nie jestem nią.