Страница 29 из 43
– Tłumaczę ci przecież, że nie musisz mi powiedzieć, wystarczy, jeśli powiesz, że nie możesz.
– Niczego nie ukrywam… - odpowiedziałem ochryple.
– To doskonale - odparła wstając. Chciałem coś powiedzieć. Czułem, że nie mogę jej tak zostawić, ale wszystkie słowa grzęzły mi w gardle.
– Harey…
Stała przy oknie odwrócona plecami. Granatowy, pusty ocean leżał pod nagim niebem.
– Harey, jeżeli myślisz, że… Harey, przecież wiesz, że cię kocham…
– Mnie?
Podszedłem do niej. Chciałem ją objąć. Wyswobodziła się, odpychając rnoją rękę.
– Jesteś taki dobry… - powiedziała. - Kochasz mnie? Wolałabym, żebyś mnie bił!
– Harey, kochanie!
– Nie! Nie. Już lepiej milcz.
Podeszła do stołu i zaczęła zbierać talerze. Patrzałem w granatową pustkę. Słońce chyliło się i wielki cień Stacji miarowo poruszał się na falach. Talerz wymknął się z rąk Harey i upadł na podłogę. Woda bulgotała w zmywakach. Ruda barwa przechodziła na skrajach nieboskłonu w brudnoczerwone złoto. Gdybym wiedział, co robić. O, gdybym wiedział. Naraz zrobiło się cicho. Harey stanęła tuż za mną.
– Nie. Nie odwracaj się - powiedziała zniżając głos do szeptu. - Nie jesteś niczemu winien, Kris. Ja wiem. Nie martw się.
Wyciągnąłem ku niej rękę. Uciekła w głąb kabiny i podnosząc cały stos talerzy powiedziała:
– Szkoda. Gdyby mogły się stłuc, rozbiłabym, och, rozbiłabym wszystkie!!!
Przez chwilę myślałem, że naprawdę ciśnie je na ziemię, ale spojrzała na mnie bystro i uśmiechnęła się.
– Nie bój się, nie będę robić scen.
Zbudziłem się w środku nocy, od razu sprężony i czujny, usiadłem na łóżku; pokój był ciemny, przez uchylone drzwi padało słabe światło z korytarza. Coś syczało jadowicie, odgłos ten narastał razem z przytłumionymi, tępymi uderzeniami, jakby coś dużego gwałtownie tłukło się za ścianą. Meteor! - błysnęła myśl. - Przebił pancerz. Ktoś tam jest! Przeciągłe charczenie.
Otrzeźwiałem do reszty. To była Stacja, nie rakieta, a ten okropny odgłos…
Wypadłem na korytarz. Drzwi małej pracowni były otwarte na oścież, świeciło się tam. Wbiegłem do środka.
Ogarnął mnie wiew potwornego zimna. Kabinę wypełniała para ścinająca oddech w śnieg. Pełno białych płatków krążyło nad owiniętym w płaszcz kąpielowy ciałem, które tłukło się słabo na podłodze. Ledwo ją widziałem, w tej lodowatej chmurze, rzuciłem się do niej, chwyciłem wpół, płaszcz parzył mi ręce, rzęziła, wybiegłem na korytarz, mijając szeregi drzwi, nie czułem już zimna, tylko jej oddech dobywający się z ust obłoczkami pary jak płomień palił mi bark.
Złożyłem ją na stole, rozerwałem płaszcz na piersiach, przez sekundę patrzałem w jej ściętą, drgającą twarz, krew zamarzła na otwartych ustach, pokryła wargi czarnym nalotem, na języku błyszczały kryształki lodu…Pły
W pracowni był pły
Popatrzałem na wielkie oszklone szafy z narzędziami i lekarstwami. Tracheotomia? Intubacja? Ależ nie ma już płuc! Są spalone. Lekarstwa? Tyle lekarstw! Rzędy kolorowych butli i pudełek wypełniały półki. Chrapanie wypełniało całą salę, wciąż jeszcze mgła płynęła z jej otwartych ust.
Termofory…
Zacząłem ich szukać, ale nim znalazłem, skoczyłem do drugiej szafy, rzucałem pudełkami ampułek, teraz strzykawka, gdzie, w sterylizatorach, nie mogłem jej złożyć zgrabiałymi rękami, palce były sztywne i nie chciały się zginać. Zacząłem furiacko walić ręką o pokrywę sterylizatora, ale nie czułem tego, jedynym odzewem było słabe mrowienie. Leżąca zarzęziła głośniej. Przyskoczyłem do niej. Oczy miała otwarte.
– Harey!
To nie był nawet szept. Nie mogłem dobyć głosu. Miałem obcą, zawadzającą mi twarz, jak z gipsu. Żebra latały jej pod białą skórą, włosy, wilgotne od topniejącego śniegu, rozsypały się na wezgłowiu. Patrzała na mnie.
– Harey!
Nic więcej nie mogłem powiedzieć. Stałem jak kloc z tymi obcymi, drewnianymi rękami, stopy, wargi, powieki zaczynały mnie piec coraz mocniej, ale prawie tego nie czułem, kropla rozpuszczającej się w cieple krwi spłynęła jej po policzku, rysując skośną kreskę. Język zadrgał i znikł, wciąż jeszcze rzęziła.
Ująłem jej przegub, był bez tętna, rozciągnąłem poły płaszcza i przyłożyłem ucho do przeraźliwie zimnego ciała tuż pod piersią. Przez trzeszczący szum jakby pożaru usłyszałem tętent, galopujące tony, zbyt szybkie, aby je można zliczyć. Stałem, nisko nachylony, z zamkniętymi oczami, gdy coś dotknęło mojej głowy. Wsunęła mi palce we włosy. Zajrzałem jej w oczy.
– Kris - wyrzęziła. Chwyciłem jej rękę, odpowiedziała uściskiem, który nieomal zmiażdżył mi dłoń, przytomność uciekła z jej wykrzywionej okropnie twarzy, białka łysnęły między powiekami, w gardle zachrapało i całym ciałem zatargały torsje. Ledwo mogłem ją utrzymać, przewieszoną przez krawędź stołu. Tłukła głową o brzeg porcelanowego leja. Podtrzymywałem ją i przyciskałem do stołu, za każdym następnym spazmem wyrywała mi się, błyskawicznie oblał mnie pot i nogi zrobiły się jak z waty. Gdy torsje osłabły, spróbowałem ją położyć. Piała chwytając powietrze. Nagle w tej strasznej, zakrwawionej twarzy zaświeciły oczy Harey.
– Kris - zacharczała - jak… jak długo, Kris?
Zaczęła się dławić, piana wystąpiła jej na usta, znowu szarpały nią torsje. Trzymałem
ją ostatkiem sił. Upadła na wznak, aż zęby zadzwoniły, i dyszała.
– Nie, nie, nie - wyrzucała szybko z każdym wydechem i każdy zdawał się ostatni. Ale torsje wróciły jeszcze raz i znowu rzucała mi się w ramionach, wciągając w krótkich przerwach powietrze z wysiłkiem, od którego występowały wszystkie żebra. Nareszcie powieki nasunęły się do połowy na jej otwarte, ślepe oczy. Zastygła. Myślałem, że to koniec. Nie próbowałem nawet zetrzeć różowej piany z jej ust, stałem nad nią, pochylony, słysząc jakiś daleki, wielki dzwon, i czekałem na ostatni oddech, żeby upaść po nim na podłogę, ale ona wciąż oddychała, prawie nie rzężąc, coraz ciszej, a koniuszek piersi, który prawie całkiem przestał już drgać, poruszał się szybkim rytmem pracującego serca. Stałem, zgarbiony, a jej twarz zaczynała różowieć. Nic jeszcze nie pojmowałem. Tylko wnętrze obu dłoni zwilgotniało mi i zdawało mi się, że głuchnę, że coś miękkiego, elastycznego wypełnia uszy, wciąż jednak słyszałem ten bijący dzwon, teraz głuchy jak z pękniętym sercem.
Uniosła powieki i nasze oczy spotkały się.
– Harey - chciałem powiedzieć, ale zabrakło mi jakby ust, twarz była martwą, ciężką maską i mogłem tylko patrzeć.
Oczy jej obiegły pokój, głowa poruszyła się. Było całkiem cicho. Za mną, w i
– Co - powiedziała - co…? Nie… udało się? Dlaczego…? Dlaczego tak patrzysz…? I nagle, w strasznym krzyku:
– Dlaczego tak patrzysz!!! Zapadła cisza. Obejrzała swoje ręce. Poruszała palcami.
– To ja…? - powiedziała.
– Harey - wymówiłem bez tchu, samymi wargami. Podniosła głowę.
– Harey…? - powtórzyła. Zsunęła się wolno na podłogę i stanęła. Zachwiała się, odzyskała równowagę, postąpiła kilka kroków. Wszystko to robiła w jakimś osłupieniu, patrzała na mnie i jakby mnie nie widziała.
– Harey? - powtórzyła wolno jeszcze raz. - Ale… ja… nie jestem Harey. A kto - ja?… Harey? A ty, ty?!
Nagle oczy jej rozszerzyły się, rozbłysły i cień uśmiechu, najwyższego zdumienia rozjaśnił jej twarz.
– Może ty też? Kris! Może ty też?! Milczałem, oparty plecami o szafę, tam gdzie pchnął mnie strach. Ręce jej opadły.
– Nie - powiedziała. - Nie, bo się boisz. Ale, słuchaj, ja przecież nie mogę. Nie można tak. Ja nic nie wiedziałam. Ja teraz, ja dalej nic nie rozumiem. Przecież to nie jest możliwe? Ja - przyciskała zaciśnięte, zbielałe ręce do piersi - nic nie wiem, oprócz, oprócz Harey! Myślisz może, że ja udaję? Nie udaję, święte słowo, nie udaję.
Ostatnie słowa przeszły w jęk. Upadła na podłogę, łkając, ten krzyk jakby roztrzaskał coś we mnie, jednym skokiem dopadłem jej, porwałem za ramiona, broniła się, odpychała mnie łkając bez łez, krzycząc:
– Puść! Puść! Brzydzisz się! Wiem! Nie chcę tak! Nie chcę! Przecież widzisz, sam widzisz, że to nie ja, nie ja, nie ja…
– Milcz! - krzyczałem potrząsając nią, oboje krzyczeliśmy nieprzytomnie, klęcząc przed sobą. Głowa Harey latała, tłukąc o moje ramię, przyciskałem ją do siebie z całej siły. Nagle zamarliśmy, ciężko dysząc. Woda kapała miarowo z kranu.
– Kris… - wybełkotała wciskając twarz w moje ramię - powiedz, co mam zrobić, żeby mnie nie było, Kris…
– Przestań! - krzyknąłem. Podniosła twarz. Wpatrywała się we mnie.
– Jak…? Ty też nie wiesz? Nie można nic poradzić? Nic?
– Harey… zlituj się…
– Chciałam… widziałeś przecież. Nie. Nie. Puść, nie chcę, żebyś mnie dotykał! Brzydzisz się.
– Nieprawda!
– Kłamiesz. Musisz się brzydzić. Ja… ja sama… też. Gdybym mogła. Gdybym tylko mogła…
– Zabiłabyś się.
– Tak.
– A ja nie chcę, rozumiesz? Nie chcę, żebyś się zabiła. Chcę, żebyś była tu, ze mną, ł nic i
Ogromne szare oczy pochłaniały mnie.
– Jak ty kłamiesz… - powiedziała całkiem cicho.
Puściłem ją i wstałem z klęczek. Usiadła na podłodze.
– Powiedz, co mam zrobić, żebyś uwierzyła, że mówię to, co myślę? Że to jest prawda. Ze i
– Nie możesz mówić prawdy. Nie jestem Harey.
– A kim jesteś?
Milczała długą chwilę. Kilka razy podbródek zadrgał jej, aż opuszczając głowę wyszeptała:
– Harey… ale… ale wiem, że to nieprawda. To nie mnie… kochałeś tam, dawniej…
– Tak - powiedziałem. - Tego, co było, nie ma. To umarło. Ale ciebie, tutaj, kocham. Rozumiesz?