Страница 31 из 43
Rozmowa
Następnego dnia, wróciwszy z obiadu, znalazłem na stole pod oknem kartkę od Snauta. Donosił, że Sartorius wstrzymał się na razie od pracy nad anihilatorem, aby przeprowadzić jako ostatnią próbę naświetlenie oceanu pękiem twardych promieni.
– Kochanie - powiedziałem - muszę pójść do Snauta.
Czerwony wschód gorzał w szybach i dzielił pokój na dwie części. Byliśmy w niebieskawym cieniu. Poza jego granicą wszystko wydawało się jak z miedzi, można było pomyśleć, że każda książka, upadając z półki, zadźwięczy.
– Chodzi o ten eksperyment. Tylko nie wiem, jak to zrobić. Wolałbym, rozumiesz… - urwałem.
– Nie tłumacz się, Kris. Tak bym chciała… Gdyby to nie trwało długo?
– Trochę musi potrwać - powiedziałem. - Słuchaj, a gdybyś poszła ze mną i zaczekała na korytarzu?
– Dobrze. Ale, jeśli nie wytrzymam?
– Jak to właściwie jest? - spytałem i dodałem szybko: - Nie pytam przez ciekawość, rozumiesz, ale, być może, zorientowawszy się, sama potrafiłabyś nad tym zapanować.
– To jest strach - powiedziała. Pobladła trochę. - Nie umiem nawet powiedzieć, czego się boję, bo właściwie nie boję się, tylko, tylko się zatracam. W ostatniej chwili czuję jeszcze taki, taki wstyd, nie umiem ci powiedzieć. A potem już nic. Dlatego myślałam, że to jest jakaś choroba… - dokończyła ciszej i wzdrygnęła się.
– Może być, że tak jest tylko tu, na tej przeklętej Stacji - powiedziałem. - Co do mnie, będę robił wszystko, żebyśmy ją jak najszybciej opuścili.
– Myślisz, że to możliwe? - otwarła oczy.
– Dlaczegoż by nie? W końcu nie jestem tu przykuty… zresztą, to będzie zależało także od tego, co ustalę ze Snautem. Jak ci się zdaje, czy długo możesz być sama?
– To zależy… - powiedziała wolno. Opuściła głowę. - Jeżeli będę słyszała twój głos, to chyba dam sobie radę.
– Wolałbym, żebyś nie słyszała, co mówimy. Nie, żebym miał coś do ukrycia przed tobą, ale nie wiem, nie mogę wiedzieć, co powie Snaut.
– Nie kończ. Rozumiem. Dobrze. Stanę tak, żeby słyszeć tylko dźwięk twojego głosu. To mi wystarczy.
– To zatelefonuję teraz do niego z pracowni. Zostawię otwarte drzwi. - Skinęła głową. Wyszedłem poprzez ścianę czerwonych promieni słonecznych na korytarz, wskutek kontrastu prawie czarny mimo sztucznego oświetlenia. Drzwi małej pracowni stały otworem. Lustrzane szczątki termosu Dewara leżące na podłodze pod rzędem wielkich rezerwuarów pły
– Witam - powiedział.
– Przeczytałem kartkę. Chciałbym z tobą pomówić. Czy mogę przyjść?
– Możesz. Zaraz?
– Tak.
– Proszę cię. Czy… w towarzystwie?
– Nie.
Jego brązowa od opalenizny, chuda twarz, z grubymi poprzecznymi zmarszczkami na czole, w wypukłym szkle przechylona skosem, jakby był dziwną rybą, mieszkającą w akwarium, z którego wyzierał przez szybkę, przybrała wieloznaczny wyraz.
– No, no - powiedział. - Więc czekam.
– Możemy iść, kochanie - zacząłem z nie całkiem naturalnym ożywieniem, wchodząc do kabiny poprzez czerwone smugi światła, za którymi widziałem tylko majaczącą sylwetkę Harey. Głos mnie zawiódł; siedziała zaparta w fotelu, przeplótłszy łokcie pod poręczami.
Czy zbyt późno usłyszała moje kroki, czy też nie mogła rozluźnić tego przeraźliwego skurczu dość szybko, aby przybrać normalna pozę, dość że widziałem ją przez sekundę, walczącą 7. tą niezrozumiałą siłą, która się w niej kryła, i serce zdławił mi ślepy, szalony gniew pomieszany z litością. Poszliśmy milcząc długim korytarzem, mijaliśmy jego sekcje, pokryte różnobarwną emalią, która miała - w intencji architektów - urozmaicać pobyt w pancernej skorupie. Już z daleka zobaczyłem uchylone drzwi radiostacji. Padała z nich w głąb korytarza długa smuga czerwieni, bo i tu docierało słońce. Spojrzałem na Harey, która nie usiłowała się nawet uśmiechnąć, widziałem, jak przez całą drogę, skupiona, przygotowuje się do walki z samą sobą. Zbliżający się wysiłek już teraz zmienił jej twarz, która pobladła i jakby zmalała. Kilkanaście kroków od drzwi przystanęła, zwróciłem się do niej, samymi końcami palców pchnęła mnie lekko, żebym szedł, i naraz moje plany, Snaut, eksperyment, cała Stacja, wszystko wydało mi się niczym wobec męki, z jaką przyszła się tu zmierzyć. Poczułem się oprawcą i chciałem już zawrócić, kiedy szeroką słoneczną smugę, załamaną na ścianie korytarza, przesłonił ludzki cień. Przyspieszając kroku, wszedłem do kabiny. Snaut był tuż za progiem, jakby zmierzał mi na spotkanie. Czerwone słońce stało w prostej linii za nim i purpurowy brzask zdawał się promieniować z jego siwych włosów. Patrzyliśmy na siebie dobrą chwilę, nic nie mówiąc. Badał jak gdyby moją twarz. Jego wyrazu nie widziałem, oślepiony blaskiem okna. Obszedłem go i stanąłem obok wysokiego pulpitu, z którego sterczały giętkie łodygi mikrofonów. Odwrócił się wolno na miejscu, śledząc mnie spokojnie z tym swoim lekkim skrzywieniem ust, które właściwie niemal się nie zmieniając stawało się raz uśmiechem, a raz grymasem zmęczenia. Nie spuszczając ze mnie oczu, podszedł do całoście
Milczenie, które zachowywaliśmy dotąd, stawało się już co najmniej dziwne. Wsłuchałem się w nie, koncentrując uwagę na ciszy wypełniającej korytarz, gdzie została Harey, ale nie dobiegał stamtąd najlżejszy szmer.
– Kiedy będziecie gotowi? - spytałem.
– Moglibyśmy zacząć nawet dziś, ale zapis zajmie jeszcze trochę czasu,
– Zapis? Masz na myśli encefalogram?
– No tak, zgodziłeś się przecież. A co? - zawiesił głos.
– Nie, nic.
– Słucham cię - odezwał się Snaut, kiedy milczenie zaczęło znów narastać między nami.
– Ona już wie… o sobie - zniżyłem głos prawie do szeptu. Podniósł brwi.
– Tak?
Odniosłem wrażenie, że nie był naprawdę zaskoczony. Czemu więc udawał? W jednej chwili odechciało mi się mówić, ale przemogłem się. Niech to będzie lojalność - pomyślałem - jeżeli już nic więcej.
– Zaczęła się domyślać bodaj od naszej rozmowy w bibliotece, obserwowała mnie, dodała jedno do drugiego, potem znalazła magnetofon Gibariana i przesłuchała taśmę…
Nie zmienił pozycji, wciąż oparty p szafę, ale w jego oczach ukazał się drobny błysk. Stojąc u pulpitu, miałem na wprost siebie skrzydło drzwi, uchylonych na korytarz. Ściszyłem głos jeszcze bardziej:
– Tej nocy, kiedy spałem, próbowała się zabić. Pły
Coś zaszeleściło niczym przeciąg w luźnych papierach. Znieruchomiałem, wsłuchując się w to, co było na korytarzu, ale źródło szmeru znajdowało się bliżej. Zachrobotało jakby mysz… Mysz! Nonsens. Nie było tu żadnych myszy. Obserwowałem spod oka siedzącego.
– Słucham - powiedział spokojnie.
– Oczywiście, nie udało się jej… w każdym razie wie, kim jest.
– Dlaczego mi to mówisz? - spytał nagle. Nie wiedziałem zrazu, co powiedzieć.
– Chcę, żebyś się orientował… żebyś wiedział, jak jest - mruknąłem.
– Ostrzegałem cię.
– Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś - podniosłem mimo woli głos.
– Nie. Oczywiście, że nie. Ale tłumaczyłem ci, jak to jest. Każdy „gość”, kiedy się zjawia, jest prawie fantomem, poza bezładną mieszaniną wspomnień i obrazów, zaczerpniętych ze swojego… Adama… jest właściwie - pusty. Im dłużej jest tu z tobą, tym bardziej się uczłowiecza. Także usamodzielnia się, do określonych granic, ma się rozumieć. Dlatego im dłużej to trwa, tym trudniej…
Urwał. Spojrzał na mnie spode łba i rzucił od niechcenia:
– Ona wie wszystko?
– Tak, mówiłem ci już.
– Wszystko? I to, że była tu już raz i że ty…
– Nie! Uśmiechnął się.
– Kelvin, słuchaj, jeżeli do tego stopnia… co zamierzasz właściwie robić? Opuścić Stację?
– Tak.
– Z nią?
– Tak.
Milczał, jakby namyślając się nad odpowiedzią, ale było jeszcze coś w jego milczeniu… co? Znowu ów niewyczuwalny powiew zaszeleścił tuż jakby za cienką ścianą. Poruszył się na krześle.
– Doskonale - powiedział. - Cóż tak patrzysz? Myślałeś, że stanę ci na drodze? Zrobisz, jak zechcesz, mój drogi. Ładnie byśmy wyglądali, gdybyśmy na domiar wszystkiego zaczęli jeszcze stosować tu przymus! Nie zamierzam cię przekonywać, powiem ci tylko tyle: usiłujesz - w sytuacji nieludzkiej - zachować się jak człowiek. Może to i piękne, ale daremne. Zresztą i tego piękna nie jestem pewny, bo czy to, co głupie, może być piękne? Ale nie w tym rzecz. Ty rezygnujesz z dalszych doświadczeń, chcesz odejść, zabierając ją. Tak?
– Tak.
– Ale to także jest… doświadczenie. Uważasz?
– Jak to rozumiesz? Czy ona… będzie mogła…? Jeżeli razem ze mną, to nie widzę…
Mówiłem coraz wolniej, aż urwałem. Snaut westchnął lekko.
– My wszyscy uprawiamy tu strusią politykę, Kelvin, ale przynajmniej wiemy o tym i nie pozujemy na szlachetność.
– Nie pozuję na nic.
– Dobrze, nie chciałem cię urazić. Cofam to, co powiedziałem o szlachetności, ale strusia polityka zostaje w mocy. Ty uprawiasz ją w szczególnie niebezpiecznej formie. Okłamujesz siebie i ją, i znów siebie. Znasz warunki stabilizowania układu, zbudowanego z neutrinowej materii?
– Nie. I ty nie znasz. Tego nikt nie zna.
– Oczywiście. Ale wiemy jedno, że taki układ jest nietrwały i może istnieć tylko dzięki nieustającemu dopływowi energii. Wiem to od Sartoriusa. Ta energia wytwarza zwichrowane pole stabilizujące. Otóż: czy to pole jest zewnętrzne w stosunku do „gościa”? Czy też źródło tego pola znajduje się w jego ciele? Pojmujesz różnicę?
– Tak - powiedziałem wolno. - Jeżeli jest zewnętrzne, to… ona, to… taki…