Страница 22 из 43
– Zaraz. Zaraz. Jak pan to rozumie? - indagował Sartorius. Snaut nie odzywał się. A może to jego przyspieszony oddech rozbrzmiewał w słuchawce? Harey popatrzyła w moją stronę. Zorientowałem się we własnym podnieceniu, ostatnie słowa niemal wykrzyczałem. Ochłonąwszy, zgarbiłem się na moim niewygodnym zydlu i zamknąłem oczy. Jak to wyrazić?
– Ostatecznym elementem konstrukcyjnym naszych ciał są atomy. Przypuszczam, że twory F są zbudowane z jednostek mniejszych od zwykłych atomów. Daleko mniejszych.
– Z mezonów…? - podsunął Sartorius. Nie był wcale zaskoczony.
– Nie, nie z mezonów… Mezony dałyby się dostrzec. Rozdzielczość tej aparatury tu, u mnie, na dole, sięga dziesięciu do minus dwudziestej Angstroema. Prawda? Ale nic nie widać, do końca. Więc nie mezony. Chyba raczej neutrina.
– Jak pan to sobie wyobraża? Bo przecież konglomeraty neutrinowe nie są trwałe…
– Nie wiem. Nie jestem fizykiem. Być może, stabilizuje je jakieś pole siłowe. Nie znam się na tym. W każdym razie, jeżeli jest tak, jak mówię, to budulec stanowią cząstki około dziesięć tysięcy razy mniejsze od atomów. Ale to nie jest wszystko! Gdyby molekuły białka i komórki były zbudowane bezpośrednio z tych „mikroatomów”, to musiałyby być odpowiednio mniejsze. I krwinki też, i fermenty, wszystko, ale tak nie jest. Z tego wynika, że wszystkie białka, komórki, jądra komórkowe są tylko maską! Rzeczywista struktura, odpowiedzialna za funkcjonowanie „gościa”, ukryta jest głębiej.
– Ależ, Kelvin! - krzyknął prawie Snaut. Urwałem przerażony. Powiedziałem „gościa”?! Tak, ale Harey nie słyszała tego. Zresztą nie zrozumiałaby. Patrzyła w okno, opierając głowę na ręce, jej mały, czysty profil rysował się na purpurowej zorzy. Słuchawka milczała. Słyszałem tylko dalekie oddechy.
– Coś w tym jest - mruknięcie Snauta.
– Tak, możliwe - dodał Sartorius - tylko mamy ten szkopuł, że ocean nie jest zbudowany z tych hipotetycznych cząstek Kelvina. Zbudowany jest ze zwykłych.
– Może potrafi syntetyzować i takie - zauważyłem. Poczułem nagłą apatię. Ta rozmowa nie była nawet śmieszna. Była niepotrzebna.
– Ale to by wyjaśniało tę niezwykłą wytrzymałość - mruknął Snaut. - I tempo regeneracji. Może nawet źródło energetyczne znajduje się tam, w głębi, nie muszą przecież jeść…
– Proszę o głos - odezwał się Sartorius. Nie cierpiałem go. Gdybyż przynajmniej nie wypadał z narzuconej sobie roli!
– Chcę poruszyć kwestię motywacji. Motywacji pojawienia się tworów F. Rozbiłbym ją tak: co to są twory F? To nie są osoby ani kopie określonych osób, tylko zmaterializowane projekcje tego, co na temat danej osoby zawiera nasz mózg.
Trafność tego określenia uderzyła mnie. Ten Sartorius, jakkolwiek antypatyczny, nie był jednak głupi.
– To dobre - wtrąciłem. - To wyjaśnia nawet, dlaczego pojawiły się oso… twory takie, a nie i
– Kelvin! - odezwał się znowu Snaut. Uderzyło mnie, że tylko on obruszał się na moje nieostrożne słowa. Sartorius zdawał się ich nie obawiać. Czyżby to znaczyło, że jego „gość” z natury jest mniej bystry od „gościa” Snauta? Przez sekundę wyroił mi się obraz jakiegoś karzełkowatego kretyna, którego ma u boku uczony doktor Sartorius.
– Owszem, zauważyliśmy to - odpowiedział on właśnie. - Teraz, co się tyczy motywacji pojawienia tworów F… Pierwsza, naturalna niejako, jest myśl o przeprowadzonym na nas eksperymencie. Byłby to jednak eksperyment raczej… lichy. Jeżeli robimy doświadczenie, to uczymy się na rezultatach, przede wszystkim na błędach, tak że w jego powtórzenia wprowadzamy poprawki… Tymczasem o tym nie ma nawet mowy. Te same twory F pojawiają się na nowo… nie korygowane… nie uzbrojone dodatkowo przeciw naszym… próbom pozbycia się ich…
– Jednym słowem, nie ma tu pętli działania z korygującym sprzężeniem zwrotnym, jak by to określił doktor Snaut - zauważyłem. - I co z tego wynika?
– Tyle tylko, że jak na eksperyment byłaby to… fuszerka, skądinąd nieprawdopodobna. Ocean jest… precyzyjny. Przejawia się to chociażby w dwuwarstwowej konstrukcji tworów F. Do określonej granicy zachowują się tak, jak zachowywałyby się… rzeczywiste… rzeczywiści…
Nie mógł wybrnąć.
– Oryginały - podpowiedział szybko Snaut.
– Tak, oryginały. Ale kiedy sytuacja przekracza normalne możliwości przeciętnego… e… oryginału, następuje jak gdyby „wyłączenie świadomości” tworu F i przejawia się bezpośrednio i
– To prawda - powiedziałem - ale w ten sposób układamy tylko katalog zachowania się tych… tych tworów i nic więcej. To jest zupełnie jałowe.
– Nie jestem tego taki pewien - zaprotestował Sartorius. Naraz zrozumiałem, czym tak mnie drażnił: nie mówił, ale przemawiał, zupełnie jak na posiedzeniu Instytutu. Widać inaczej nie umiał.
– Tu wchodzi w grę sprawa indywidualności. Ocean jest całkowicie wyzuty z jej pojęcia. Tak musi być. Mnie się wydaje, proszę kolegów, że ta dla nas… e… najdrażliwsza, szokująca strona eksperymentu całkowicie wymyka mu się jako leżąca poza granicami jego pojmowania.
– Pan sądzi, że to nie jest zamierzone…? - spytałem. Twierdzenie to oszołomiło mnie trochę, ale po namyśle przyznałem, że niepodobna go wykluczyć.
– Tak. Nie wierzę w żadną perfidię, złośliwość, chęć najdotkliwszego ugodzenia… jak to czyni kolega Snaut.
– Wcale nie przypisuję mu ludzkich uczuć - po raz pierwszy zabrał głos Snaut - ale może powiesz, jak próbujesz tłumaczyć te ciągłe powroty?
– Może nastawili jakieś urządzenie, które działa w kółko, jak płyta gramofonowa - powiedziałem nie bez ukrytej chętki dokuczenia Sartoriusowi.
– Proszę kolegów, nie rozpraszajmy się - oświadczył nosowym głosem doktor. - To jeszcze nie wszystko, co chciałem powiedzieć. W normalnych warunkach uważałbym składanie nawet tymczasowego doniesienia o stanie mych prac za przedwczesne, ale ze względu na specyficzną sytuację uczynię wyjątek. Mam wrażenie, powtarzam, mam wrażenie, nie więcej na razie, że w przypuszczeniu kolegi Kelvina kryje się słuszność. Mam na myśli jego hipotezę o neutrinowej budowie… Układy takie znamy tylko teoretycznie, nie wiedzieliśmy, że można je stabilizować. Tu otwiera się określona szansa, albowiem zniweczenie tego pola siłowego, które nadaje układowi trwałość… Już od jakiejś chwili zauważyłem, że owa ciemna rzecz, która zasłaniała ekran po stronie Sartoriusa, przesuwa się: u samej góry zajaśniała szczelina i można było zobaczyć coś różowego, co się tam powoli ruszało. Teraz ciemna płaszczyzna obsunęła się nagle.
– Precz! Precz!!! - rozległ się w słuchawce rozdzierający krzyk Sartoriusa. W rozjaśnionym nagle ekranie między mocującymi się z czymś rękami doktora, przyobleczonymi w bufiaste zarękawki, jakich używa się w laboratoriach, zalśnił duży, złocisty, podobny do dysku przedmiot, i wszystko zgasło, nim zdążyłem jeszcze pojąć, że ów złoty krąg jest słomkowym kapeluszem…
– Snaut? - powiedziałem odetchnąwszy głęboko.
– Tak, Kelvin - odpowiedział mi zmęczony głos cybernetyka. Poczułem w tej chwili, że go lubię. Naprawdę wolałem nie wiedzieć, kto mu towarzyszy.
– Na razie mamy dość, co?
– Myślę - odparłem. - Słuchaj, jakbyś mógł, to wpadnij na dół albo do mojej kabiny, dobrze? - dorzuciłem pospiesznie, żeby nie zdążył odwiesić słuchawki.
– Zgoda - powiedział. - Ale nie wiem kiedy.
I na tym zakończyła się problemowa dyskusja.