Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 43

Potwory

W środku nocy zbudziło mnie światło. Podniosłem się na łokciu, osłaniając drugą ręką oczy. Harey, owinięta prześcieradłem, siedziała w nogach łóżka, skulona, z twarzą zasypaną włosami. Barki jej drgały. Płakała, nie wydając głosu.

– Harey!

Skuliła się jeszcze bardziej.

– Co z tobą?… Harey…

Usiadłem na łóżku, nie całkiem jeszcze przytomny, wyswobodzając się powoli z koszmaru, który dławił mnie przed chwilą. Dziewczyna drżała. Objąłem ją. Odepchnęła mnie łokciem. Chowała twarz.

– Kochanie.

– Nie mów tak.

– Ależ, Harey, co się dzieje?

Zobaczyłem jej mokrą, rozedrganą twarz. Grube, dzieci

– Nie chcesz mnie.

– Co ci przychodzi do głowy!

– Słyszałam.

Poczułem, że cała twarz mi sztywnieje.

– Co słyszałaś? Nie zrozumiałaś, to było tylko…

– Nie. Nie. Mówiłeś, że to nie ja. Żebym poszła. Poszłabym. Boże! Poszłabym, ale nie mogę. Nie wiem, co to jest. Chciałam i nie mogę. Jestem taka, taka podła!

– Dziecko!!!

Chwyciłem ją, przycisnąłem do siebie z całych sił, wszystko się rozpadało, całowałem jej ręce, mokre i słone palce, powtarzałem jakieś zaklęcia, przysięgi, przepraszałem, mówiłem, że to był głupi, wstrętny sen. Powoli uspokoiła się. Przestała płakać. Jej oczy były olbrzymie, lunatyczne. Wyschły. Odwróciła. głowę.

– Nie - powiedziała - nie mów tego, nie trzeba. Ty nie jesteś dla mnie ten sam…

– Ja nie jestem! Wyrwało mi się to jak jęk.

– Tak. Nie chcesz mnie. Czułam to wciąż. Udawałam, że nie widzę. Myślałam, że może mi się zdaje albo co. Ale nie. Zachowujesz się… inaczej. Nie traktujesz mnie poważnie. To był sen, to prawda, ale to ja ci się śniłam. Mówiłeś mi po imieniu. Brzydziłeś się. Dlaczego! Dlaczego?!

Ukląkłem przed nią, objąłem jej kolana.

– Dziecko…

– Nie chcę, żebyś tak mówił. Nie chcę, słyszysz? Nie jestem żadnym dzieckiem. Jestem…

Wybuchnęła szlochem i upadła twarzą na łóżko. Wstałem. Od wylotów wentylacyjnych z cichym furkotem ciągnęło chłodne powietrze. Było mi zimno. Narzuciłem płaszcz kąpielowy, usiadłem na łóżku i dotknąłem jej ramienia.

– Harey, posłuchaj. Powiem ci coś. Powiem ci prawdę…

Siadała, opierając się powoli na rękach. Widziałem, jak tętna tłuką się pod cienką skórą jej szyi. Twarz znowu mi drętwiała i czułem takie zimno, jakbym stał na mrozie. W głowie miałem kompletną pustkę.

– Prawdę? - powiedziała. - Święte słowo?

Nie od razu odpowiedziałem, musiałem przezwyciężyć skurcz gardła. To było takie nasze stare zaklęcie. Kiedy padło, żadne z nas nie śmiało już nie tylko kłamać, ale nawet przemilczeć cokolwiek. Był czas, kiedy zadręczaliśmy się nadmierną szczerością, w naiwnym przekonaniu, że nas ocali.

– Święte słowo - powiedziałem poważnie. - Harey… Czekała.

– Ty też się zmieniłaś. Wszyscy się zmieniamy. Ale nie to chciałem powiedzieć. Naprawdę wygląda tak… że z powodu, którego oboje nie znamy dokładnie… nie możesz mnie opuścić. Ale to się nawet dobrze składa, bo ja też nie mogę ciebie…

– Kris!

Uniosłem ją, owiniętą w prześcieradło. Rożek, wilgotny od łez, spoczął na moim barku.

Chodziłem po pokoju i huśtałem ją. Pogładziła mnie po twarzy.

– Nie. Ty się nie zmieniłeś. To ja - szepnęła mi do ucha. - Coś jest ze mną. Może to?

Patrzała w czarny, pusty prostokąt po strzaskanych drzwiach, których szczątki wyniosłem wieczorem do magazynu. Będę musiał zawiesić nowe - pomyślałem. Posadziłem ją na łóżku.

– Czy ty w ogóle śpisz? - spytałem stojąc nad nią z opuszczonymi rękami.

– Nie wiem.

– Jakże nie wiesz. Zastanów się, kochanie.

– To nie jest chyba prawdziwy sen. Może jestem chora. Leżę tak i myślę, i wiesz… Zadrżała.

– Co? - spytałem szeptem, głos mógł mnie zawieść.

– To są bardzo dziwne myśli. Nie wiem, skąd mi się biorą.

– Na przykład?

Muszę być spokojny, pomyślałem, bez względu na to, co usłyszę, i przygotowałem się na jej słowa jak na silny cios.

Potrząsnęła bezradnie głową.

– To jest jakieś takie… dookoła…

– Nie rozumiem…?

– Jak gdyby nie tylko we mnie, ale dalej, tak jakoś, nie umiem powiedzieć. Na to nie ma słów…

– To pewno sny - rzuciłem niby od niechcenia i odetchnąłem. - A teraz zgasimy światło i do rana nie będziemy mieli żadnych zmartwień, a rano, jeżeli się nam zechce, to postaramy się o nowe. Dobrze?

Wyciągnęła rękę do wyłącznika, zapadła ciemność, ułożyłem się na wystygłej pościeli i poczułem ciepło jej zbliżającego się oddechu.

Objąłem ją.

– Mocniej - szepnęła. I po długiej chwili: - Kris!

– Co?

– Kocham cię. Miałem ochotę krzyczeć.

Ranek był czerwony. Obrzmiała tarcza słoneczna stała nisko nad widnokręgiem. U progu drzwi leżał list. Rozdarłem kopertę. Harey była w łazience, słyszałem, jak nuci. Od czasu do czasu wyglądała stamtąd, oblepiona mokrymi włosami. Podszedłem do okna i czytałem:

„Kelvin, ugrzęźliśmy. Sartorius jest za energicznym postępowaniem. Wierzy, że uda mu się destabilizować neutrinowe układy. Potrzeba mu do doświadczeń pewnej ilości plazmy, jako wyjściowego budulca F. Proponuje, żebyś udał się na rekonesans i pobrał pewną ilość plazmy do zasobnika. Działaj według własnego uznania, ale powiadom mnie o swojej decyzji. Ja nie mam zdania. Zdaje się, że w ogóle nic już nie mam. Wolałbym, żebyś to zrobił tylko dlatego, że będziemy się posuwać, choćby pozornie. Inaczej zostaje tylko zazdrościć G.

Szczur

PS. Nie wchodź do radiostacji. To możesz jeszcze dla mnie zrobić. Najlepiej zatelefonuj”.

Serce mi się ściskało, kiedy czytałem ten list. Przejrzałem go uważnie jeszcze raz, podarłem i rzuciłem strzępki do zlewu. Potem zacząłem szukać kombinezonu dla Harey. Już to było okropne. Zupełnie jak za poprzednim razem. Ale ona nic nie wiedziała, inaczej nie mogłaby się tak ucieszyć, kiedy jej powiedziałem, że muszę wybrać się na mały rekonesans na zewnątrz Stacji i proszę, żeby mi towarzyszyła. Zjedliśmy śniadanie w małej kuchni (przy czym Harey znowu ledwo przełknęła kilka kęsów) i poszliśmy do biblioteki.

Chciałem przejrzeć literaturę dotyczącą problemów pola i układów neutrinowych, zanim zrobię to, czego sobie życzy Sartorius. Nie wiedziałem jeszcze, jak się do tego wezmę, ale postanowiłem kontrolować jego pracę. Przyszło mi na myśl, że ten jakiś nie istniejący jeszcze anihilator neutrinowy mógłby wyzwolić Snauta i Sartoriusa, a ja przeczekałbym „operację” wraz z Harey gdzieś na zewnątrz - w samolocie na przykład. Ślęczałem jakiś czas przy dużym katalogu elektronowym, zadając mu pytanie, na które albo odpowiadał wyrzuceniem fiszki z lakonicznym napisem „Brak w Bibliografii”, albo proponował mi zapuszczenie się w taką dżunglę specjalistycznych, fizykalnych prac, że nie wiedziałem, co z tym począć. Nie chciało mi się jakoś opuścić tego wielkiego, okrągłego pomieszczenia o gładkich ścianach, pokratkowanych szufladami z mrowiem mikrofilmów i zapisów elektronowych. Położona w samym centrum Stacji biblioteka nie miała okien i była najlepiej izolowanym miejscem wewnątrz stalowej skorupy. Kto wie, czy nie dlatego było mi w niej dobrze, mimo jawnego fiaska poszukiwań. Błądziłem po wielkiej sali, aż stanąłem przed ogromnym, sięgającym stropu regałem pełnym książek. Był to nie tyle luksus, co najmniej zresztą wątpliwy, ile wyraz pamięci i szacunku wobec pionierów solaryjskiej eksploracji: półki, liczące około sześciuset tomów, dźwigały całą klasykę przedmiotu, poczynając od monumentalnej, choć w znacznej mierze przestarzałej już dziewięciotomowej monografii Giesego. Wyjmowałem te tomy, od których ciężaru od razu zwisała ręka, i kartkowałem je od niechcenia, przysiadłszy na poręczy fotela. Harey też znalazła sobie jakąś książkę - ponad jej ramieniem odczytałem kilka linijek druku. Była to jedna z nielicznych książek, należących do pierwszej wyprawy, bodaj że nawet ongiś własność samego Giesego - „Kucharz Międzyplanetarny”… Nic nie powiedziałem widząc, z jaką uwagą Harey studiuje przepisy kulinarne, przystosowane do srogich warunków kosmonautyki, i wróciłem do szacownej księgi, którą miałem na kolanach. „Dziesięć lat badań Solaris” wyszło w serii „Solariana” jako pozycje od czwartej do trzynastej, podczas gdy obecne mają liczby czterocyfrowe.

Giese nie miał zbyt wiele polotu, ale ta cecha może tylko zaszkodzić badaczowi Solaris. Nigdzie bodaj wyobraźnia i umiejętność pospiesznego tworzenia hipotez nie staje się tak zgubna. W końcu wszystko jest na tej planecie możliwe. Niewiarygodnie brzmiące opisy konstelacji, które tworzy plazma, są według wszelkiego prawdopodobieństwa autentyczne, chociaż na ogół niesprawdzalne, ocean bowiem rzadko kiedy powtarza swoje ewolucje. Obserwującego je po raz pierwszy przerażają głównie obcością i ogromem, gdyby występowały w małej skali, w jakimś bajorze, uznano by je zapewne za jeszcze jeden „wybryk natury”, przejaw przypadkowości i ślepej gry sił. To, że miernota i geniusz stają jednakowo bezradni wobec nieprzebranej rozmaitości solarycznych form, też nie ułatwia obcowania z fenomenami żywego oceanu. Giese nie był jednym ani drugim. Był po prostu klasyfikatorem-pedantem, z gatunku tych, których zewnętrzny spokój osłania pochłaniającą całe życie, niezmordowaną zaciekłość pracy. Jak długo mógł, posługiwał się po prostu językiem opisu, a kiedy brakło mu słów, radził sobie stwarzając nowe słowa, często niefortu